Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Początki orkiestry dętej, przykościelnej / 1

Kategoria :  Dzieje Śląska pod władaniem Prus       Data : 2017-03-23 02:38:48

Jubileusz. Pod władaniem Prus. Dnia 2 sierpnia 1896 roku ks. proboszcz Karol Klose obchodził jubileusz 50-lecia kapłaństwa, stało się to niezapomnianym wydarzeniem w Wielkim Żyglinie. Z rana o godzinie 9-tej zgromadzili się wierni przed probostwem, aby złożyć dostojnemu jubilatowi życzenia. Po przemówieniu p. J. Gawlika, zaprowadzono zacnego kapłana w procesji, w towarzystwie muzyki do kościoła, gdzie odbyło się nabożeństwo za parafian. Jest to fragment z korespondencji, wydrukowanej w periodyku „Katolik”.

Orkiestry przykościelne. Orkiestrami przykościelnymi były te, które udzielały się przy różnych parafialnych uroczystościach, i dlatego tak je powszechnie nazywano. Orkiestrę tworzyły muzykujące grupy rodzinne, co było prawie regułą. W ten naturalny sposób przysposabiały się do uprawiania muzyki dzieci, bo nauka instrumentalnego grania odbywała się na miejscu. A zaś bardziej utalentowani doskonalili swoje muzyczne umiejętności u mistrzów, również spoza rodziny, gdy ją było na to stać.

Podczas uroczystości jubileuszowych ks. K. Klose wystąpiła publicznie przykościelna orkiestra żyglińska. Bez ryzyka można napisać, iż była ona czynna już wcześniej. Inna wiadomość o jej publicznym wystąpieniu podana została również w „Katoliku”, a był to opis uroczystego osadzenia krzyża na szczycie wieży kościoła, zbudowanego w Jędrysku. Miało to miejsce 14 września 1899 roku (zob. "Żyglińscy Alojzianie i ich założyciel").

Składy dętych orkiestr. W tym czasie orkiestry dęte były domeną męską. Czy mężczyźni, jak i młodzież u nas w mieście, w owym czasie, byli mniej utalentowani muzycznie od żyglińskich sąsiadów? Przyjęcie takiego założenia byłoby wyjątkowo niesprawiedliwe.

W Kościele katolickim od dawien dawna obchodzono święto Bożego Ciała. Należy ono do ruchomych świąt kalendarzowych. W 1899 roku przypadło, jak zwykle w czwartek, ale dnia 1 czerwca.

Kiedy i jaki był początek? W przywołanym już katolickim periodyku, opatrzonym Nr 65, zamieszczono interesujący komunikat: „Przy procesji Bożego Ciała, przygrywała pierwszy raz nowoutworzona kapela. To się wszystkim podobało i procesję bardzo upiększyło. Niestety w kościele kapela w Niedzielę nie przygrywała, a to z tego powodu, że kościół zbyt mały”.

kościółek

Drewniany kościółek z widoczną na drugim planie dzwonnicą

Wydarzenie to miało miejsce 1 czerwca 1899 r. w miasteczku Georgenberg i było to pierwsze publiczne wystąpienie przykościelnej kapeli, jak głosił komunikat.

Pierwsze, ale i nie ostatnie, ponieważ święto Bożego Ciała obchodzone jest w Kościele katolickim każdego roku, a więc corocznie było to publiczne wystąpienie i nie pierwsze, lecz kolejne. A zatem nie ulega już żadnej wątpliwości, że płeć męska z Miasteczka nie ustępowała żyglińskim sąsiadom, a często i przyjaciołom, w muzycznych i organizacyjnych uzdolnieniach.

W roku tym lokalistą był ks. Józef Czaja, zaradny i pracowity kapłan. Gdy ks. Karol Klose objął urząd administratora nowoutworzonej parafii w Jędrysku, to został ks. Józef mianowany czasowym administratorem parafii żyglińskiej. Tym zleconym mu zadaniem trudził się do czasu przejęcia przez ks. Kaspra Orlińskiego urzędu proboszcza w parafii wielkożyglińskiej.

Zmiany na urzędzie burmistrza. W tym samym roku urząd burmistrza w naszym mieście zajmował Karol Krauss. Pełnił tę funkcję od 18 grudnia 1894 do 25 lipca 1899 roku. Starał się on o posadę burmistrza w Sobótce (Zobten) koło  Wrocławia i to z pomyślnym dla niego skutkiem, co w konsekwencji spowodowało, iż złożył urząd burmistrza w naszym mieście.

Znowu gra przykościelna orkiestra. Było to pogodne przedpołudnie, sobota 12 maja 1906 r. Dzień zapowiadał się uroczyście dla parafialnej wspólnoty. Ponieważ dzisiaj miano świętować zawieszenie różdżki na wieźbie dachowej wieży kościelnej, której drewniana konstrukcja była już całkiem osadzona na murach nowego, murowanego kościoła. Około godziny 11-tej przed południem zgromadzili się parafianie przy budowanym kościele, a także murarze, cieśle i robotniczki, był obecny również nasz czcigodny ks. proboszcz Benon Drzezga.

Zjawiła się tam także orkiestra, która najpierw odegrała na sklepieniu wieży kościelnej hymn Ciebie Boże Chwalimy. Potem na tym samym miejscu wygłoszone zostały mowy polierów murarskiego i ciesielskiego. Następnie, ale już w nawie kościelnej, muzykańci odegrali pieśń Serdeczna Matko. Z kolei ks. Benon Drzezga wygłosił kazanie; podziękował Panu Bogu i robotnikom za to, że przy tej budowie nie zdarzyły się żadne nieszczęścia.

Na ostatku odbyła się gościna. Ks. proboszcz zaprosił Zarząd Kościelny na poczęstunek do domu parafialnego, a robotnicy rozgościli się w sali karczemnej u p. Gomołki, częstując się piwem („Górnoślązak” 121/1906); później ta posesja stała się własnością rodziny Żyłków.

Mieszkaniec naszego miasta, który sporządził korespondencję z tego intersującego wydarzenia zanotował, iż uroczystości towarzyszyła muzyka. Nie podał jednak nic bliższego o jej wykonawcach. Czy była to orkiestra przykościelna?

Ilu muzykantów mogło wystąpić podczas zawieszenia wieźby? Tego nie wiemy, ale zapewnie tylu, by można było muzykującą grupę nazwać orkiestrą według ówczesnych kryteriów, bo nikt nie nazywa muzykującego solistę orkiestrą. Było ich tyle samo albo i więcej od liczby muzykantów w dniu święta Bożego Ciała w 1899 roku. Liczby grających muzyków z tamtego dnia także nie znamy. Jeśli jednak nie potrafili się oni zmieścić w kościele (drewnianym) podczas niedzielnej Mszy św., to dlatego, ponieważ była to już grupa.

Formalne wymagania wobec występujących publicznie orkiestr. Orkiestra mogła publicznie prezentować swoją instrumentalną muzykę, gdy uzyskała na to policyjne zezwolenie i to w formie pisemnej. Brak takiego dokumentu powodował, na podstawie skargi policji, wezwanie stawienia się przed właściwy sąd ławniczy kapelmistrza i wszystkich pozostałych muzykantów. Z reguły sąd nakładał kary grzywny od 50 do 150 mk. Najsurowszą na kapelmistrza, a łagodniejszą na pozostałych członków orkiestry (zapłata za dniówkę górnika w kopalniach bibielskich wynosiła maksimum 3 do 3,50 mk i to była najwyższa robotnicza stawka).

Sąd ławniczy. W ówczesnym ustroju sądowniczym plasował się w miejscu najniższej instancji sądowej w sprawach karnych. Były one ustanowione przy sądach okręgowych. Orzekał on w składzie trzech osób: zawodowego sędziego i dwóch przedstawicieli obywatelstwa. Przedmiotem rozpraw sądowych były wykroczenia lżejszej wagi m.in.: bijatyki, pyskówki, drobne kradzieże oraz naruszanie przepisów porządkowych; to ostatnie dotyczyło muzykowania, chóralnego śpiewu, bez pisemnej zgody policji.

Regulacja prawna. O stowarzyszeniach i zebraniach obowiązująca w Prusiech od 1851 roku, została zmieniona 15 maja 1908 roku. Jej dotychczasowa ostrość uległa złagodzeniu. Od tej daty w powiatach na Górnym Śląsku, w których zamieszkiwało więcej aniżeli 60% ludności deklarującej się jako polskojęzyczna, można było spotkania zamknięte organizować dla należących do towarzystwa bez konieczności powiadamiania o tym policji. Z początku obowiązywania nowej regulacji na Górnym Śląsku było 12 takich powiatów, w tym tarnogórski.

Nowa ustawa o stowarzyszeniach ożywiła pragnienie zakładania towarzystw polsko-katolickich; dało się to zauważyć już w następnym roku. Wniosek założycieli takiej organizacji, o takiej nazwie, rejestrowano pod warunkiem, gdy złożony został w języku niemieckim; wymagano nazwy w pełnym brzmieniu i statut. Mogli do niej należeć mężczyźni i kobiety, którzy ukończyli 18 lat. Przed jej nowelizacją progiem wiekowym było ukończone 21 lat. W niektórych z nich wprowadzono oznaki dla ich członków, które wpinano w odzienia.

Do zgromadzeń zamkniętych mogły być zaliczane m.in. ćwiczenia śpiewu, muzyki instrumentalnej w wynajętej sali, domu prywatnym. Orkiestra, której przewodził Hieronim Przybyłek, prowadziła swoje ćwiczenia w jego ogrodzie, a porą zimową w izbie jego domu;( to za przekazem ś.p. Benona Przybyłka).

Hieronim Przybyłek, dyrygent

Przybyłek Hieronim, dyrygent, prawdopodobny współzałożyciel przykościelnej orkiestry w 1899 roku. Fot. pobrano z publikacji A. Famuły "Miasteczko Śląskie Parafia i ..."

Kaczy Rynek. Posesja H. Przybyłka położona była od wschodniej strony przy Steigerstrasse (dzisiejsza ul. St. Czarneckiego, gdy pisano ten artykuł), a zachodniej przy Schlagerstrasse (dzisiejsza ul. J. Matejki). Obydwie brały swój początek od dawnej ulicy żyglińskiej i wychodziły na starodawny Rynek, który w czasach pruskich nazwano Bismarckplatz. Ale zanim ten plac przyjął nazwę żelaznego kanclerza, nazywano go Entenring, a z polskiego, co potwierdza źródło pisemne, Kaczym Rynkiem; pisemny przekaz głosił, że nazwa wzięła się od pływających w bajorach, na tym Rynku, kaczek. Bez ryzyka można napisać, że w tym miejscu od czasu powstania miasta, odbywało się targowisko w każdy poniedziałek, a od 1637 roku także w każdą środę, zgodnie z pierwotnym i późniejszym miejskim przywilejem. Na Kaczym Rynku organizowano również coroczny jarmark, a od 1637 roku drugi. Obok handlowych kramów w dni targowe, prowadzono również sprzedaż bydła rzeźnego. Drugi jarmark rozpoczynał się 17 grudnia i trwał trzy dni.

Dodatkowe przywileje dnia targowego i jarmarku nadał miastu Łazarz II Donnersmarck; „Ażebyście i nadal zachowywali wierność mnie i moim potomkom, udzielam wam przywileju...”

Dodać wypada do tej łaskawości właściciela miasta to, że on na udzieleniu przywileju nic nie tracił, a zyskiwał, bo kasował od miasta dodatkowy podatek za dzień targowy i jarmark, a ponadto zagarniał do własnej skarbony myto, czy to od furmanki, czy od koni w zaprzęgu, różnie to bywało, ale zawsze. Żaden właściciel miasta nie był altruistą, a przywileje przeważnie miały również wymiar propagandowy, podobnie jak i dzisiaj, ponieważ samoreklama była i jest służką Hermesa.

Monografista miasta Bruno Gogolin wypowiada się o Łazarzu II Młodszym, Panu Bytomia, Tarnowskich Gór i Bogumina z nieskrywanym szacunkiem. Był przekonany o jego szlachetności i dobroci, co nie jest pozbawione racji. Łazarz II założył w mieście szpital pod patronatem św. Łazarza, tak twierdzi wspomniany monografista, który swój pogląd uzasadnia, lecz bardziej emocjonalnie, aniżeli racjonalnie.

Czy przywilej dodatkowego dnia targowego był praktykowany w przywołanym okresie czasu? Zapewnie tak, chociaż z różną intensywnością. Lecz nie miało to większego znaczenia dla przyjęcia nazwy Kaczego Rynku.

Przykłady miejskiego rzemiosła. Przy starodawnym Rynku, od strony północnej, w narożu, które dzisiaj tworzy ul. Gwiaździsta z Placem Władysława Jagiełły była czynna kuźnia p. Janusa, znana podrostkom z mojego rocznika z osobistego doświadczenia. Przy Georgstrasse znalazła miejsce kuźnia p. Mzyka, a obok stolarnia p. Razika. A przy ulicy Piwnej, w niewielkim oddaleniu od dawnej synagogi, znalazła swoje miejsce kuźnica p. Wąsika. Były to dobre usytuowania dla rodzimych rzemieślników. Prowadzono w nich naprawy furmanek, podkuwano konie i wykonywano z kutego żelaza przedmioty dla domowych gospodarstw i także cmentarne ogrodzenia grobowe, których nie imała się rdza. Przy tej samej ulicy, po lewej stronie idąc w kierunku zachodnim, prowadził swój warsztat rzemieślniczy p. Kocurek, piastujący urząd mistrza cechu bednarskiego. Jego żona była nauczycielką w tutejszej szkole podstawowej, uczyła mój rocznik w klasie pierwszej i drugiej. Bardzo poczciwa i wrażliwa kobieta. Czytając nam fragment nowelki B. Prusa "Anielka" ocierała łzy, które podczas tego czytania, spływały jej po policzkach.

Jarmark, czy targowiska. To zgromadzenie sprzedających i kupujących, jak i zwyczajnych podglądaczy oraz niemała ilość zwierząt pociągowych i rzeźnych. Plac nie był brukowany, więc można sobie wyobrazić, jak po takiej handlowej „masówce” wyglądał. Analogicznie nazywano w Tarnowskich Górach dawniejszy Kaczyniec, zamieniony na ulicę Kaczyniec, jako Entenring. Jeszcze nie tak dawno nazwa ta zdobiła stronę tytułową znakomitego lokalnego, historycznego periodyku. Również w mieście Bytom był „Kaczy Plac” i to zapewnie z tych samych powodów jak u nas i w Tarn-Górach.

Jeszcze o wymaganych formalnościach. Zebrania i występy publiczne, prowadzenie pielgrzymek wymagały również zgody policji. Za występ publiczny, wszystkich wymienionych zgromadzeń, uważano skierowanie zaproszenia do wzięcia w nim udziału dla wszystkich, czyli dla każdego. Występy publiczne mogły być prowadzone tylko w języku niemieckim, jednak nie był to przepis bezwzględnie obowiązujący, świadczą o tym uroczystości kościelne, podczas których wygłaszano kazania w języku polskim i niemieckim, jak i śpiewy religijne w naprzemiennych językach. Kościół katolicki, jak i zbór ewangelicki nie zapraszał do religijnych celebracji jedynie swoich wiernych, którzy się z nimi identyfikowali, ale i tych spoza ich konfesji. Dlatego uroczystości religijne należało traktować jako spotkania publiczne i za takie je uznawano, okazując jednocześnie zmienną tolerancję dla używania języka polskiego.

A w parafialnej kronice zapisano: „Należy zaznaczyć, że od chwili, gdy nabożeństwa zaczęto odprawiać w nowym kościele, to odbywały się z niemieckim śpiewem i kazaniem, a sprawowane są raz na cztery tygodnie.” (A. Famuła...1998).

A zatem w pozostałe niedziele trzech pierwszych tygodni odprawiano nabożeństwa w języku polskim, co dowodzi o wyraźnej przewadze polskojęzyczych katolików w naszym mieście. Wychowankowie ks. T. Chistopha, a był nim ks. Benon Drzyzga, potrafili podobnie jak i ich świątobliwy wychowawca godzić te dwa językowe żywioły w naszej parafii, za co ten ostatni i tak zapłacił wysoką cenę.

Jeśli podczas polskich Mszy św. w kościele wolno było śpiewać w tym języku, to również i chór mógł uczestniczyć w nabożeństwie łacińsko-polskim, wykonując polskie i łacińskie pieśni religijne.

Kilka słów o pierwszym organiście. Był to wystarczający pretekst do uprawiania ćwiczeń poza kościołem i to w obydwu językach. Co mogło stać na przeszkodzie, że się ta możliwość nie zrealizowała? Czy zaporą był miejscowy organista Klemens Golletz? Wiadomo, że był skonfliktowany z miejscową orkiestrą, ks. Benonen Drzyzgą, a nawet z zarządem kościelnym, którego był członkiem, i zastępstwem gminym. Należał do przeciwników używania języka polskiego w kościele. Z racji przynależności do Zarządu Kościelnego miał pieczę nad kasą parafialną i przyjmował datki w intencjach Mszy św. i innych. Starsze parafianki, które nie znały dobrze języka niemieckiego, a przychodziły do niego, aby datę Mszy św. uzgodnić i złożyć ofiarę, bywały przez niego poniżane z powodu nieznajomości języka niemieckiego.

św. Cecylia

Św. Cecylia. Obraz autorstwa Guido Reni. Pobrano z "Gościa Niedzielnego"

Jego przeciwieństwem był pierwszy nauczyciel i organista Jan Brysz w Wielkim Żyglinie. Zmarł 26 lutego 1910 roku. Mszę św. pogrzebową odprawił jego syn ks. Leon Brysz, który wówczas był kapelanem w kościele żyglińskim. A tak wspominali zmarłego parafianie: „ Zawsze był najpierwszy w kościele i śpiewał z nami chętnie, wszystkie nasze prześliczne pieśni polskie, co nam się parafianom bardzo podobało. Lubił go także nasz ks. prob. Kasper Orliński, który jest o śpiew bardzo dbały”. A więc rola kościelnego organisty mogła być nie tylko kulturozachowawcza, ale i twórcza.

K. Golletz pochowany został na cmentarzu w jego najstarszej części. Grób został otoczony niskim, żelaznym płotkiem, jak na fotografii, którego elementy pewnie były wykonane przez któregoś z licznych miejscowych kuźników. U wezgłowia grobu osadzono solidny pomnik, z wyrafinowaną i rzadko spotykaną na tym cmentarzu estetyką. Każdy szczegół miejsca tego grobu jest świadectwem lokalnej i nie tylko świeckiej, ale i katolickiej kultury cmentarnej.

Grób

Grób Klemensa Golltza z 1914 roku położony w najstarszej części cmentarza parafialnego

Niezależnie od różniących się ocen postępowania Klemensa Golltza, był on: pierwszym nauczycielem (dyrektorem) miejscowej szkoły, organistą, dyrygentem Gesangvereinu, należał do Zarządu Kościelnego.

Bezimienny tajemniczy grób. Należy się cieszyć z tego, że nie przyszło nikomu do głowy znieść  grobu Klemensa Golltza, jak to się stało z innym, bezimiennym, lecz stanowiącym także indywidualny przykład lokalnej, cmentarnej kultury. Był on również usytuowany w najstarszej części parafialnego cmentarza, po prawej stronie dróżki prowadzącej do grobu ks. T. Christopha, z bocznego wejścia na cmentarz. W mogile tej miały być złożone szczątki żołnierza z armii napoleońskiej.

Parafialny cmentarz przy drodze prowadzącej do Tarnowskich Gór został poświęcony w listopadzie 1815 roku, a w marcu poprzedniego roku Rosjanie okupowali już Paryż. Wiadomo, że metryki kościelne nie potwierdziły pochówku żołnierza z armii napoleońskiej na miejscowym cmentarzu.

Jednak pielęgnowany przekaz wskazuje na pochówek żołnierski. Obudowa grobu otoczona była dużymi i ciężkimi, żelaznymi łańcuchami, których końcówki połączone zostały z żelaznymi kulami osadzonymi na postumentach z tego samego metalu. Z własnego doświadczenia pamiętam, jak podczas uroczystości cmentarnych w Święto Wszystkich Świętych i w Dzień Zadusznych, podnosiliśmy te ciężkie łańcuchy, z dużymi kutymi żelaznymi oczkami i to z każdym rokiem coraz wyżej To oryginalne dzieło kuźniczego kunsztu było kosztowne i mogło być wystawione tylko przez rodzinę zamożną.

Jeśli mogiła kryła rzeczywiście szczątki żołnierza to mógł to być również wojskowy uczestnik powstania listopadowego bądź styczniowego; to drugie byłoby bardziej prawdopodobne, który chcąc ujść aresztowania, a nawet zsyłki na Sybir, uszedł na Górny Śląsk. Dlaczego wybrał dawne miasteczko Georgenberg? Odpowiedź skrywa tajemnica upływu czasu, jeśli tak było. Przekaz o złożonym w tym grobie żołnierzu pielęgnował ś.p. Józef Dyrgała.

Ponieważ wiedza o tym, kto został pogrzebany w tym grobie jest prawie żadna, nie można wykluczyć i tego, że złożono w nim szczątki jakiegoś miejscowego, szanowanego obywatela; mógł to być burmistrz, wójt bądź cechmistrz znaczącej i wpływowej organizacji kowalskiej w mieście; wspomniana kuźnicza oprawa tego zniesionego grobu, wspiera tę ostatnią ewentualność.

Kontynuacja w drugiej części



Autor artykułu : Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com