Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Dobrowolna Straż Przeciwpożarowa

Kategoria :  Dzieje Śląska pod władaniem Prus       Data : 2017-09-09 18:24:25

 Pożary w mieście, a straży pożarnej brak. Zaradny burmistrz. 30 maja założenie Dobrowolnej Straży Przeciwpożarowej (DSP). Obywatelski skład DSP. Piękny przykład Ryszarda Rubina lek. medycyny. Jaką rolę pełnił Spritzenverband? Budowa remizy strażackiej i wieży obserwacyjnej. Pierwsza interwencja gaszenia pożaru. Stan techniczny DSP w 1945 roku. Kulturowe zaniedbania.

Zacny burmistrz.W dużych miastach burmistrz miał zastępców, a jeden z nich był uprawniony i zobowiązany do kierowania sprawami przeciwpożarowymi. On był pierwszym ogniomistrzem w mieście; w czasach pruskich nazywano go Stadtbrandmeister.

Jeszcze prawie do końca lipca 1899 roku na urzędzie burmistrza w naszym mieście zasiadał Karol Kraus. Złożył ten urząd 25 lipca 1899 roku i to przed upływem kadencji. Od następnego dnia funkcję burmistrza sprawował Jan Münzer, dotychczasowy pierwszy ławnik, który z urzędu był zastępcą burmistrza; to wymuszone okolicznościami zastępstwo trwało do 14 października tego roku.

Ale już znacznie wcześniej, bo 19 sierpnia tego roku, radni miejscy wybrali na burmistrza Jerzego (Georga) Seidla. Obowiązująca procedura wymagała, aby wybór został zatwierdzony przez landrata (starostę tarnogórskiego). Dopiero po wydaniu tej administracyjnej decyzji mógł J. Seidel objąć urząd. Jego roczne wynagrodzenie składało się z dwóch części: stałej w wysokości 1500 mk i dodatku w wysokości 1200 mk; w tym czasie górnik kopalni bibielskiej zarabiał około 30 - 45 mk.

Georg Seidel był sekretarzem miejskim w Żorach. Znał język polski i należał do kościoła rzymsko-katolickiego. Po drugiej wojnie światowej  znalazł się w Würzburgu, w tym mieście zmarł i został pochowany na miejscowym cmentarzu. Za jego pierwszej kadencji, 6-cio letniej, miasto nabyło okazałą budowlę, w centralnej części Rynku, po jego zachodniej stronie, na potrzebę urządzenia ratusza, który po prawie 45. latach w całości zgorzał nad ranem dnia 20 stycznia 1945 roku, a była to niedziela.W latach 50-tych budynek został odbudowany, lecz nadano mu już nowa formę architektoniczną – to dzisiejszy ratusz miejski.

Georg Seidel rozpoczął urzędowanie na stanowisku burmistrza od 15 października 1899 roku. W 1906 roku został wybrany na kolejną kadencję; niezależnie od tego, czy następne kadencje były sześcioletnie bądź dwunastoletnie kończyły się w 1918 roku. Od października 1918 roku rozpoczęła się kolejna kadencja na stanowisku burmistrza. Czy Georg Seidel został ponownie wybrany na burmistrza? Prawdopodobnie tak. Lecz od 1 czerwca 1919 roku wprowadzono w mieście zarząd komisaryczny, a to by dowodziło o tym, że kadencja burmistrza G. Seidla została przerwana; nie znamy jej powodu.

W następstwie vakatu na urzędzie burmistrza powołano komisaryczny zarząd miejski. Składał się on z dwóch ławników: Karla Kuboszka, który był pierwszym ławnikiem, a więc z urzędu zastępcą burmistrza oraz Hermana Blumenreicha. Zarząd ten działał do 22 lutego 1920 roku.

W naszym niewielkim mieście urząd burmistrza kumulował te wszystkie funkcje, które w dużych miastach były podzielone pomiędzy pierwszego burmistrza a pozostałymi jego zastępcami. Z tej przyczyny Jerzy Seidel był z urzędu pierwszym ogniomistrzem w naszym małym mieście, oczywiście w zakresie hierarchii ogniomistrzów, bo funkcja ogniomistrza będzie przewidziana również w statucie później utworzonej miejskiej Dobrowolnej Straży Przeciwpożarowej, poczynając od daty jej ustanowienia.

Obowiązek dbałości o bezpieczeństwo mieszkańców i miasta.Burmistrz był zobowiązany i wyposażony w uprawnienia do podejmowania działań, których celem było bezpieczeństwo miasta i jego mieszkańców. Działając na tej podstawie Jerzy Seidel zwołał na dzień 30 maja 1900 roku zgromadzenie obywateli w sprawie ustanowienia w tym dniu Dobrowolnej Straży Przeciwpożarowej. W dalszym wywodzie mówił o tym, że ma ona służyć miasteczku Georgenberg i ochronie jego obywatelstwa i będzie przez to dla wszystkich prawdziwym błogosławieństwem. Następnie zaapelował, aby pamiętać o tym ważnym dla miasta dniu i go świętować. Na dany przez burmistrza znak wszyscy zebrani wznieśli trzykrotny okrzyk: Wiwat! Na cześć panującego monarchy Rzeszy Niemieckiej i Króla Prus Wilhelma II. Następnie przystąpiono do merytorycznej debaty.

straż pożarna

Herb, czyli znak tożsamości Dobrowolnej Straży Pożarnej w miasteczku Georgenberg. Dwa odciski pieczęci OSP z okresu międzywojnia nawiązują do ciągłości historii Straży Pożarnej w Miasteczku, wtenczas jeszcze urzędowo nie śląskim, ale koło Tarnowskich Gór.

Oto lista uczestników zgromadzenia: 1) Blumenreich Herman, przedsiębiorca (spedytor). 2) Brosdecko Ludwik, golibroda (Barbier). 3) Fleischer Richard, mistrz rzeźniczy, 4) Galbas Josef, mistrz kowalski. 5) Gogolin Josef, mistrz stolarski. 6) Gembczyk Anton, maszynista. 7) Kuboszok Karl, zarządca kopalni. 8) Kaleja Michael, pracownik cegielni. 9) Lautner Oskar, mistrz maszynowy. 10) Mrawek Josef, badacz mięsa (Fleischbeschaer). 11) Münzer Johan, steiger. 12) Machura Paul, dozorca maszyn. 13) Mainka Johann, maszynista. 14) Mainka Karl, maszynista. 15) Nowak Josef I, urzędnik. 16) Nowak Josef II, mistrz szewski (zwany później - Królem Polski). 17) Nowak Hieronimus, czyściciel maszyn. 18) Ossadnik Johann, kupiec. 19) Ossadnik Juliusz, rolnik-mieszczanin - Ackerbürger). 20) Ossadnik Walentin, rolnik-mieszczanin (Ackerbürger). 21) Preiss Heinrich, kupiec. 22) Parusel Aleksander, nadzorca maszyn. 23) Przibyllek Max, nadzorca maszyn. 24) Pisarek Ignacy, rzeźnik. 25) Przibyllek Thomas, nadzorca i konserwator maszyn. 26) Przibyllek Hieronimus, nadzorca i konserwator maszyn. 27) Rosenbaum Heinrich, karczmarz. 28) Sagan Ernst, karczmarz. 29) Siwiec Johann, górnik. 30) Sobainski Johann, krawiec. 31) Zernik Bernhard, kupiec. 32) Krzonkalla Franz, steiger, maszynista. 33) Machura Jakob, konserwator maszyn. 34) Nowak Cyprian, szleper. 35) Dolla Karl, kupiec. 36) Jarzombek Johann, urzędnik. 37) Bielszowski H., maszynista parowozowy. 38) Sonnenbrod Julius, szewc. 39) Walochnik Josef, drobny przedsiębiorca. 40) Schiwy Franz, kupiec. 41) Wylenzek Karl, dorożkarz, przewoźnik. 42) Kick Johann, szleper. 43) Ratzki Ludwik, maszynista. 44) Scheja Simon, rolnik-mieszczanin (Ackerbürger). 45) Kick Juliusz, schleper. 46) Wodarczyk Peter, steiger. 47) Mayer Karl, malarz. 48) Stobrawa Rabesch, technik maszynowy. 49) Seidel Georg, burmistrz miasta.

Powyższy skład osobowy jest powtórzeniem zapisu z rękopisu dziennika straży ogniowej. Nie uwzględniał ten zapis, prawdopodobnie przez przeoczenie bądź z innego powodu, jednej z osób, która w spotkaniu uczestniczyła i to aktywnie, a nawet została jej powierzona ważna funkcja w utworzonych strukturach zarządu zakładanej straży pożarnej. Był nią miejscowy lekarz medycyny Richard Rubin.

Porządek obrad realizowano w następującej kolejności:

Pkt. 1 Przedłożono projekt statutu Dobrowolnej Straży Pożarowej (DSP) na dzień 30 maja 1900 roku, który został przyjęty. Jednak na wniosek dr R. Rubina został on uzupełniony o zapis w sprawie, połączenia ze strażą przeciwpożarową Grupy Sanitarnej (GS), którą będą tworzyli jej członkowie.

Od razu zgłosiło się trzech ochotników do grupy sanitarnej: Johan Ossadnik, Bernhard Zernik i Ludwik Brosdetzko. Pan dr R. Rubin zadeklarował, że członków grupy przeszkoli oraz wyposaży ją w potrzebne medykamenty, a wszystko bezpłatnie.

Pkt. 2 Zarząd DSP oraz GS został wybrany przez aklamację na okres 3 lat.

W skład Zarządu zostali wybrani: Georg Seidel - burmistrz, na przewodniczącego. Dr Richard Rubin – lekarz, na zastępcę. Oscar Lautner – mistrz masarski, na skarbnika. Johann Ossadnik – kupiec, na księgowego. Johann Mrawek – badacz mięsa, na zastępcę.

Pkt. 3 Wybrano także Zarząd d/s technicznych, również na okres 3 lat.

W skład Zarządu zostali wybrani: Karl Kuboszok – administrator kopalni, na ogniomistrza (Branddirektor). Josef Gogolin - mistrz stolarski, na zastępcę. Josef Galbas - mistrz kowalski - nadzór nad sprzętem technicznym.

Na dowódców poszczególnych sekcji wybrano: Dla sekcji drabin Josefa Nowaka - mistrza szewskiego. Dla sekcji sikawek Josefa Gogolina - mistrza stolarskiego. Dla sekcji tłoczonych węży Franza Schiwego - kupca i ławnika miejskiego. Dla sekcji stróży Hermana Blumenreicha - przedsiębiorcę, spedytora. Na trębacza wybrano Karla Mainkę - z zawodu maszynistę, a z zamiłowania muzyka.

Pkt. 4 Burmistrz będzie się starał wnioski dzisiejszego zgromadzenia wykonać, a także wyposażenie dla straży ogniowej załatwić.

Pod protokołem zostały złożone trzy podpisy: Seidel, Kuboszok i Schiwy.

Wspomniany w Pkt. 1. Statut, był dokumentem oddzielnym i nie zachował się ( a jednak zachował się). Statuty w tamtym czasie sporządzano według wypracowanego wzoru, prawdopodobnie urzędowego, który nie był zamknięty wobec lokalnych uzupełnień o inne postanowienia. Najogólniej w statucie była zapisana nazwa, siedziba straży pożarnej i jej cel. Podawano rodzaje uczestnictwa w Dobrowolnej Straży Przeciwpożarowej (DSP); podział ten opierał się na kryteriach osób czynnych (strażaków), wspierających i honorowych. Kim byli czynni wiadomo. Do wspierających należali ci, którzy łożyli na DSP pomoc pieniężną, ale i usługową; do tych ostatnich należeli m. in. Żyłkowie, którzy udostępniali pomieszczenia dla spotkań DSP rocznych bądź periodycznych, podobne usługi świadczyła rodzina Skrzypczyków (Żmijów). Przyznanie honorowego członkostwa było obwarowane wymaganiami formalnymi – decydowało o tym walne zgromadzenie i jeszcze inne wymagania stały na tej drodze; udało mi się ustalić dwie osoby, które wyróżniono odznaką honorową, za określone zasługi: był to: ks. prob. Franciszek Wilhelm i nadleśniczy Ziegler (nadleśnictwo za dworcem kolejowym na Radloku). Statut regulował również wysokość wpisowego i rocznej składki. Określone były w nim prawa i obowiązki wszystkich rodzajów członkostwa. Jak również wsparcie dla tych, którzy ponieśli uszczerbek na zdrowiu w czasie akcji gaśniczych. Statut określał wymagania przy wyborze władz DSP, jak i wyłączny zakres spraw tylko dla Walnego Zgromadzenia np. zmianę statutu. Traktowal także o majątku DSP.

Wyposażenie naszej straży ogniowej było typowe dla małej, prowincjonalnej miejscowości, która pod względem obszaru i zabudowy nie różniła się zdecydowanie od pobliskich wiejskich miejscowości, lecz rożniła się tym od nich tym, że posiadała status miasta. Na stan techniczny składały się: bosaki, drabiny, beczki na wodę, wiadra i pompa ręczna dwukołowa, z reguły popsuta, to wszystko już wcześniej znajdowało się na stanie gminy, i było złożone w jakieś szopie na zapleczu magistratu.

Finansowanie DSP. Nie należy sądzić, że DSP pozostawała na utrzymaniu gminy. Byłoby to możliwe tylko wtedy, gdyby miała status stałej straży ogniowej, a przyznanie takiego następowało tylko za zgodą rejencji, która przyglądała się bacznie każdemu budżetowi tak miejskiemu, jak i wiejskiemu. Dlatego stałe straże przeciwpożarowe tworzono przede wszystkim w miastach, które swoją kondycję finansową opierały na miejscowym przemyśle i w miarę wysokiej liczbie mieszkańców, ponieważ to stanowiło podstawową gwarancję stałych przychodów budżetowych. Ale o stałą straż pożarną mogły starać się również ludne gminy o charakterze wiejskim, gdy pozwalał im na to ich budżet, na przykład Piekary, Radzionków, Brzozowice, Zabrze.

Były także tworzone prywatne straże pożarne przy dużych zakładach przemysłowych, które łożyły na ich utrzymanie. A ich profesjonalna ochrona przeciwpożarowa nie ograniczała się jedynie do zakładu matki, ale i miejscowości siedziby zakładu, jak i zagrożeń pożarowych poza nią. Przykładem może być zakładowa straż pożarna Huty Hugona w Sowicach, która 15 lipca 1904 roku brała czynny udział w tłumieniu ognia w naszym mieście i nie była to wcale jednorazowa akcja. O założeniu którejś z organizacyjnych form straży przeciwogniowej stałej, prywatnej dobrowolnej (OSP) albo i przymusowej decydowała, przede wszystkim, kasa przeznaczona na jej utrzymanie.

Dopiero na początku 1903 roku otrzymała nasza straż ogniowa dwie sikawki wodne wraz z oprzyrządowaniem od Spritzenverbandu. To był związek gmin: Miasteczka, Wielkiego i Małego Żyglina, Bibieli i należących do nich folwarków. Wymienione podmioty miały swój udział w tworzeniu funduszu międzygminnego, który przeznaczony był dla rzeczowego wspierania straży ogniowych. Największy w nim udział miało nasze miasto (55%).

Budowa remizy i wieży obserwacyjnej. Otrzymany sprzęt zmobilizował władze miejskie do rozpoczęcia, z początkiem 1903 roku, budowy remizy strażackiej zintegrowanej z wieżą do ćwiczeń i obserwacji. Pierwotny kosztorys tej budowli przewidywał wydatkowanie na budowlę 3000 mk, lecz już wkrótce został skorygowany do 4000 mk. W miesiącu październiku tego roku przedłożono radnym rzeczywisty koszt budowy remizy strażackiej, który wyniósł 5250 marek. Radni przyzwolili na tę nieprzewidzianą nadwyżkę, ponieważ nie było innego wyjścia. Jednak zarząd magistratu miał się postarać o to, aby Spritzenverband pokrywał koszty dzierżawy remizy strażackiej, co miało być przeznaczone na pokrycie odsetek od pożyczki, jaką miasto zaciągnęło w powiatowej kasie na budowę remizy. Nieruchomość, jak i przynależna do niej remiza strażacka były własnością gminy miejskiej, z obciążoną hipoteką: pomieszczenie remizy jedynie udostępniano DSP, a więc plan pokrycia czynszu najmu był chytry. Spłata pożyczki była rozłożona na lat 40.

Remiza

Wspólna fotografia przy fragmencie remizy, wieży do ćwiczeń i obserwacji oraz ówczesnego technicznego wyposażenia. Fot. pobrano z publicystyki książkowej Marka Wrońskiego "Miasteczko Śląskie dawniej i dziś."

Nie wiemy nic o tym, czy zarząd miasta podjął starania o pokrywaniu kosztów najmu remizy z funduszu tworzonego przez związek gmin i folwarki, i z jakim skutkiem, w sukces należy raczej powątpiewać, ponieważ miał on cechy funduszu celowego.

wspólna fotografia

Pamiątkowa fotografia z czasów pruskich. Nienaganne świąteczne umundurowanie. Na drugim planie piękny fragment dawnej remizy. Fot. pobrano j.w. z monografii Marka Wrońskiego.

Dyscyplina. Strażak podobnie jak i żołnierz musi znać miejsce stawienia się w gotowości, gdy jest wezwany w razie potrzeby. O tym, kto ma z obowiązku uczestniczyć w tłumieniu pożaru, decydowało miejskie bądź gminne prawodawstwo. W 1903 roku wyszło z magistratu pisemne powiadomienie dla wszystkich mężczyzn, we właściwym wieku, o obowiązkowym stawiennictwie do urzędowo zarządzonych ćwiczen strażackich. Każdy uchylający się od tej powinności był zagrożony karą pieniężną w wysokości 9 marek, bądź aresztem: w 1898 roku w kopalni „Pasieki”, hajer (górnik przodowy) otrzymywał za dniówkę 1,70 mk, szleper (wózkowy) 1,60 mk, takie było wynagrodzenie przed rozpoczęciem strajku w tym roku. Za kg masła stołowego płacono 1,20 - 1,30 mk, za kg grochu 0,13 - 0,16 mk, kopa jaj kosztowała 1,60 – 1,80 mk, za kg mąki pszennej wyborowej płacono 0,23 mk; były to ceny targowe i stosowane tylko przy sprzedaży hurtowej, bo w sprzedaży detalicznej były wyższe.

Kto gasił pożary? W razie pożaru, każdy mieszkaniec był zobowiązany do udziału w jego tłumieniu, lecz dokładnie to miejscowe (gminne) prawo rozstrzygało o tym, na kim z mieszkańców spoczywa ten obowiązek; z reguły kobiety w stanie błogosławionym, niedołężni starcy, jak i dzieci do określonego wieku byli z tej powinności zwolnieni. Taki stan mógł obowiązywać zanim zorganizowano DSP, bo w następstwie tego aktu mogły nastąpić w tym zakresie zmiany. Gdy się palił dom Teodora Cellarego przy dawnej Bahnhofstrasse (1906 rok), to zanim przybyła na miejsce straż ogniowa, mieszkańcy spontanicznie, a więc z niczyjej zachęty, zmagali się już z tłumieniem pożaru, wynosili meble z pobliskich domów, a nawet sprzęt ruchomy z drewnianego kościoła; takie zachowanie było wtenczas czymś normalnym i to nawet bez magistrackich regulacji prawnych.

Jeszcze zanim powołano DSP występowała w naszym mieście jakaś jej forma, prawdopodobnie była to przymusowa straż przeciwpożarowa; listę zobowiązanych do udziału w gaszeniu pożaru, wykładano w  magistracie, gdzie każdy mieszkaniec mógł sprawdzić, czy aktywnym obowiązkiem tłumienia pożaru został objęty. Już wtenczas miasto było wyposażone w podstawowy sprzęt gaśniczy; drabiny, bosaki, toporki, haki itp. Przedmioty te należały do typowego wyposażenia, a ich posiadanie było obowiązkowe i rozciągało się na wszystkie posesje, bo takie było rozporządzenie rejencji.

Na stanie wyposażenia przeciwpożarowego miasta była również ręczna sikawka, o której wzmiankuje się podczas opisów akcji tłumienia pożaru: „W nocy z niedzieli na poniedziałek, z 1 na 2 listopada (1896 rok) zgorzała chałupa należąca do listowego (listonosza) p. Wylężałka. Na miejsce pożaru przybyła miejska sikawkaręczna dwukołowa, ale już trochę za późno, a przyczyną tego opóźnienia jest brak u nas ochotniczej straży ogniowej. Należałoby pomyśleć o jej założeniu”. Z 1898 roku, a więc w dwa lata później, zachowała się podobna wiadomość: „Z poniedziałku na wtorek, z 23 na 24 maja, zgorzała do szczętu posiadłość kupca Juliusza Ossadnika. Z mebli i towarów mało co się uratowało. Pogorzelec był ubezpieczony. Władze gminy powinny zawczasu pomyśleć o reperacji miejskiej sikawki, która podczas pożaru bezczynną stała. Najwyższy czas pomyśleć o założeniu straży ogniowej”.

Sikawka, która doczekała się wzmianek w lokalnej prasie, weszła zapewnie na wyposażenie nowozałożonej DSP. Co bardziej uważni czytelnicy monografii Miasteczka Śląskiego, autorstwa Marka Wrońskiego powinni zauważyć w części ikonograficznej monografii fotografię, na której ręczna dwukołowa sikawka jest widoczną; wydaje się jednak, że nie jest to ta pierwotna, na której stan techniczny narzekano, bo na fotografii są dwie i obydwie, tak się wydaje, pochodzą z wyposażenia Spritzenverbandu; jest tam również dwókołówka do zwijania węży i wóz pod zaprzęg konny dla przewozu strażaków.

Jeden z wiekszych pożarów powstał w gorące lato, w południe z dnia 13 lipca 1899 roku. Jego źródłem był strych domostwa Józefa Budnego; „W domu nie było nikogo. Ogień z tego domu przeniósł się na sąsiednie, a stamtąd na stojącą w pewnym oddaleniu stodołę, należącą do listonosza Floriana Altdorfa. Paląca się stodoła wywołała ogromny płomień ognia, który sięgnął do dwóch kolejnych domów i stodoły, wzniecając w nich pożar. Ogień uniemożliwił dojście do któregokolwiek domu, aby cokolwiek z nich wynieść. Wreszcie przybyły dwie straże pożarne: jedna z Tarnowskich Gór, co do drugiej nie było pewności, bo mówiono,że była ona z Radzionkowa (ale być może z bliższej Huty Hugona). Ich akcja była skierowana na ratowanie sąsiednich domów, aby nie przeniósł się na nie pożar. Zgorzało 8 domów murowanych, dwa drewniane i pięć stodół. Z bydła, które się spaliło, dwie sztuki należały do chałupnika Kocotta, a jedna do listowego Floriana Altdorfa. Domy były ubezpieczone, ale meble tylko u niektórych. Wielkie straty poniósł kupiec Juliusz Ossadnik, u którego mało co się uratowało, a były tam złożone duże ilości papy i smoły. Na miejsce pożaru przybyło hrabstwo Donnersmarcków, landrat tarnogórski Gustaw von Schwerin i kilku innych panów. Podobno hrabia obiecał pogorzelcom dać za darmo drewno budowlane”.

Na podstawie lokalizacji składu sklepowego kupca Juliusza Ossadnika, o czym nam wiadomo, można wnosić, że pożar sięgnął po budowle zgrupowane po obu stronach dzisiejszej ulicy Gwiaździstej, a więc daje się go osadzić w zachodnio-północnej części dawnego Bismarckplatzu, to dzisiejszy Plac Władysława Jagiełły.

Pierwsza interwencja założonej DSP . Miała miejsce przy akcji tłumienia pożaru u rzeźnika Stojki. „Miało to miejsce 22 sierpnia, o godzinie 10 późnym wieczorem, w roku założenia straży ogniowej. W krótkim czasie spłonął cały dom mieszkalny i gospodarcze przynależności kupca Lewkowica. Z początku nie ustalono przyczyny pożaru. Mówi się atoli, że ogień ktoś z zemsty podłożył, gdyż podobno kupiec Lewkowic otrzymał kilka dni przed tym list z pogróżkami. Spaliły się u niego wszystkie zapasy, ale był ubezpieczony”.

W tydzień po tym tragicznym wydarzeniu, powstał ponownie w środę 27 sierpnia pożar i strawił domostwo Antoniego Lisa; kilka lat później, gdy pracował on w tutejszej kopalni „Juliusz”, zginął tragicznie i pozostawił żonę wraz z czwórką dzieci. „Podejrzenie o podpalenie padło na wspomnianego wcześniej rzeźnika Sojkę i jego żonę. Musiało ono być poważne skoro oboje trafili do śledczego więziena w Bytomiu; mieszkali w naszym mieście zaledwie od 6 m-cy”. Nie zdołano ustalić finału tej sprawy.

Pierwotne miejsce zbiórek. Zanim wystawiona została remiza strażacka, miejscem zbiórek strażaków była szopa na zapleczu magistratu, skąd wyruszano do miejsca pożaru. Przechowywano w niej także sprzęt gaśniczy.

Do przewozu strażaków i sprzętu na miejsce pożaru byli zobowiązani, według urzędowo sporządzonej listy, miejscowi gospodarze wraz z ich zaprzęgami konnymi. W pierwszych trzech latach od założenia DSP, najbliżej do stawienia się w gotowości miał przedsiębiorca spedycyjny Herman Blumenreich, który najmował dla swoich zaprzęgów konnych od magistratu szopy stajenne (gospodarcze), położone także na zapleczu magistrackiego budynku; lecz najczęściej jego konne zaprzęgi były zaangażowane w rozległej terenowo pracy spedycyjnej; w kopalniach bibielskich, piaskowniach. Lecz zawodowe zajęcia nie zwalniały go z obowiązku spełnienia powinności obywatelskiej. Mógł skorzystać z możliwości zlecenia jej wykonania innemu gospodarzowi, oczywiście za zapłatą, którego konne zaprzęgi znajdowały się w dyspozycji na miejscu.

H. Blumenreich zajmował wtenczas kilka pomieszczeń mieszkalnych w budynku magistrackim, które także najmował. Przewóz strażaków furmanką do miejsca pożaru, a pamiętam to z własnego doświadczenia, praktykowany był jeszcze kilka dobrych lat po drugiej wojnie światowej.

Jak zwoływano strażaków do akcji. Sygnałem z trąbki strażackiej informowano strażaków i pozostałych mieszkańców o powstaniu pożaru, a ten, który obwieszczał o nim, przemieszczał się rowerem po ulicach, jeśli takowy posiadał, jeśli była to noc, budził strażaków, a w dzień odrywał ich od codziennych zajęć, aby mogli szybko stanąć w gotowości do akcji.

Instrument, który służył do sygnalizowania pożaru był jednocześnie wezwaniem do zbiórki. Nazywano go dawniej surmą ogniową, zaś z niemiecka Nebelhorn; w takich okolicznościach była używana przez konne zaprzęgi transportu pocztowego. Konstrukcja surmy umożliwiała dłuższy sygnał dziękowy i to było jej zaletą.

W okresie międzywojnia, a może już i wcześniej, było u nas kilku trębaczy strażackich. Na ich domach były umocowane tabliczki z informacją, że tutaj należy zgłaszać zauważony pożar. Zawsze można było zgłosić go w magistracie, jeśli był czynny. W pierwszej ćwierci XX stulecia pojawiły się w dużych miastach Górnego Śląska elektryczne syreny zwiastujące pożar. Liczba sygnałów podczas alarmu pożarowego nie była przypadkowa; z reguły do ćwiczeń był ustalony stały dzień tygodnia.

Pierwsza elektryczna syrena. Została zamontowana na szczycie obudowy dachu dawnej budowli pocztowej, przy ul. Woźnickiej. Lecz z uwagi na zażalenia mieszkańców przeniesiono ją i zamontowano na obudowie dachu domu, który w tym czasie powszechnie był nazywany „u Żyda”, ponieważ należał on, w okresie międzywojnia i wcześniej do kupca żydowskiego Rosenwalda, który prowadził w nim dwa sklepy na parterze i na pierwszym piętrza. Ta żydowska rodzina przepadła podczas ostatniej zawieruchy wojennej, a zaś według prawnej pragmatyki Rzeszy niemieckiej, cała posesja żydowska Rosenwaldów została przejęta na własność przez ówczesne niemieckie władze komunalne miasteczka Georgenberg; majątek ruchomy, nieruchomości gruntowe i budowlane. Z uwagi na obowiązujące w ówczesnej Rzeszy niemieckiej prawo stanu wojennego, nikt inny nie był do tego upoważniony.

W okresie wcielenia Górnego Śląska do Rzeszy niemieckiej podczas ostatniej wojny, straże pożarne zostały zmilitaryzowane, podlegały przez to prawnemu reżimowi wojskowemu. W naszym mieście służbę w straży pożarnej pełniła młodzież, która już opuściła szkołę podstawową i uczyła się zawodu, lecz jeszcze nie została objęta szkoleniem przedpoborowym do Wehrmachtu. Dowodził strażą i prowadził ćwiczenia wiekowy już Jerzy Gogolin.

Wspomniane wcześniej techniczne oprzyrządowanie, a szczególnie ich doposażenie z następnych lat przetrwało nie tylko do zakończenia drugiej Wielkiej Wojny, ale prawie w stanie niezmienionym służyło OSP w Miasteczku Śląskim, i to przez kilka lat po jej zakończeniu. Stan inwentaryzacyjny na miesiąc czerwiec 1945 roku był następujacy:

- sikawka, czyli wóz czterokołowy,

- sikawka, wóz dwukołowy,

- dwukołowa drabina przesuwna,

- zwijadło do wężów na wózku,

- dwukołowa beczka na wodę,

- drabina przystawna,

- 5 drabin hakowych,

- trójnóg,

- hełmy pruskie, nie podano ilości,

- 6 prądnic do wody,

- 200 m węża tłoczonego,

- linka i 3 mostki,

- hak ratunkowy,

- 2 bosaki,

- 3 trąby alarmowe i 20 masek przeciwgazowych.

Stan osobowy straży pożarnej to 27 członków.

Kulturowe zaniedbania. Wymienione dwie sikawki wodne były sprawne jeszcze w okresie powojennym, a ich niezrównane rzemieślnicze wykonanie, zdobnictwo, mogło cieszyć każde, nawet nie tyle wybredne oko, co inny gust – upodobanie. Zachowałem te kunsztowne wyroby rzemieślnicze w pamięci i nie tylko ja,

Te piękne okazy materialnej kultury przepadły i nie wiadomo, co się z nimi stało; wypowiedzi w tej sprawie są podzielone. Do najbardziej szokujących należą te, które mówią o zniszczeniu sikawek i odarcie ich z miedzianej bądź mosiężnej ozdobnej trybowanej blachy, którą miano sprzedać, a pozyskane pieniądze uzupełniły koszt zakupu telewizora. Jest prawdą, że telewizor kupiono, ale czy kosztem zniszczonych sikawek wodnych? Nie były one przechowywane w remizie, lecz poza nią; ze względu na brak miejsca, był to sprzęt niepotrzebny, ino zawodzoł.

W mysłowickim Muzeum Straży Pożarnej znajdują się również sikawki wodne, podobne bądź nawet takie same, jakie były na wyposażeniu OSP w Miasteczku. Lecz Muzeum nie dysponuje żadnym dowodem pozyskania ich z Miasteczka, jak się o tym dowiedziałem; ten brak formalny nie musi być rozstrzygający, tym bardziej, że znajdują się tam eksponaty inne, także bez dowodów ich formalnego pozyskania, bowiem Muzeum przejmowało sprzęt często porzucony, bo zawodzoł, do którego się nikt nie przyznawał i w Muzeum podlegal restauracji. Tak mogło być z miasteczkowskim sprzętem, który tylko zajmował miejsce.

Fotografie z różnych wydarzeń powiązanych z przeszłością miasteczkowskiej straży pożarnej były zdeponowane w Izbie Pamięci Straży Pożarnej w Wielkim Żyglinie, dopóki tak było mógł jeszcze z nich skorzystać znany monografista miasta p. Marek Wroński. Z chwilą, gdy zostały one przekazane do miasteczkowskiego magistratu i to za protokołem, przepadły. Byłem nimi zainteresowany, aby niektóre z nich wkleić do niniejszego opracowania. Moje starania dojścia do nich okazały się daremne; nikt nic nie wie, gdzie się one zapodziały.

Sztandar OSP Miasteczko Śląskie. Jest w depozycie Żyglińskiej Straży Pożarowej, starannie utrzymany i eksponowany w Izbie Pamięci. Zakupiono go z dobrowolnych ofiar oraz z drobnych przychodów uzyskiwanych z wystawianych widowisk teatralnych i zabaw rocznicowych. W 1956 roku został on uroczyście poświęcony w naszym kościele przez ks. prob. Władysława Brannego. Figura św. Floriana, która dawniej była wystawiona w przedsionku murowanego kościoła, od strony wschodniej, została również ufundowana z dobrowolnych składek członków miejscowej OSP i poświęcona przez ks. prob. Wł. Brannego; figura ta była niesiona przez strażaków w procesjach, na przykład, w Boże Ciało.(poniższe fot. od brata Jerzego).

Wyprowadzenie sztandaru

Wyprowadzenie sztandaru z budynku parafialnego

Poczet sztandarowy

Marsz pocztu sztandarowego, którego celem jest Izba Pamięci Straży Pożarnej w Wielkim Żyglinie.

 

Przekazanie

Przekazanie sztandaru do Izby Pamięci Straży Pożarnej w Wielkim Żyglinie.

Źródła: Dziennik Dobrowolnej Straży Pożarnej. Lokalna prasa czasu opisywanego - ścieżka dostępu ŚBC. AP w Katowicach. Kaczmarczyk Józef.



Autor artykułu : Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com