Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 cz. 7

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2018-11-06 13:49:29

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas Wydarzeń 1914 rok, mc – listopad-grudzień,styczeń,luty, marzec. Obszar akcji: zachodnie i wschodnie obszary dawnego Królestwa Polskiego. Miejsca odniesienia: Kalisz, Częstochowa,Toruń, Łódź i okolice, Łowicz, Wocławek, Kraków, Warszawa, Kijów, Lwów. Walczące strony : Rosja przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Wybrane osoby z kart pamiętnika: Autor; E. DE. Henning- Michaelis, gen. W. P.; gen. August von Mackensen, gen. Paul von Rennenkampf, gen. A. Litwinow, gen.W. Smirnow, gen. Remus von Woyrsch, gen. Nikołaj Iwanow, gen. Paul von Hindenburg.

Myślowy nawrót do minionych i niebezpiecznych zdarzeń. Groźba, wisząca nad moją brygadą w ciągu ostatnich dwóch tygodni, przysłoniła mi prawie zupełnie dalsze horyzonty, a tymczasem pomiędzy Częstochową, a Wisłą rozegrały się olbrzymie walki.

Rosyjskie dowództwo tzw. „Stawka” rozpoczęła przygowania do operacji w głąb Niemiec, planując jej rozpoczęcie na 14 listopada. Lecz Niemcy rozszyfrowali plany tej operacji i przerzucili 9 Armię, którą dowodził gen. August von Mackenson z rejonu Kalisz-Częstochowa na północ w rejon Toruń-Jarocin w celu uderzenia w styk 2 i 5 Armii rosyjskiej, wyjścia na ich tyły i okrążenia.

Niemcy zgromadzili prawie niepostrzeżenie pod Toruniem dużą armię Mackensena i natarli energicznie w kierunku Włocławka.

generał

Fotopostkarte. Wydawca: Vaterländische Frauenverein Berlin. Norddeutscher Export Verlag, Berlin 1914/15. Źródło: Deutsches Historisches Museum, Berlin. Inv.-Nr.; Pk97/242

August von Mackensen, ur. 6.12.1849 r. w Haus Leipnitz, zm. 8.11.1945 r. w Burghorn. Po wybuchu WW objął dowództwo 9 i 11 Armii oraz 17 Korpusu. Brał udzial w bitwie pod Gąbinem. Łowiczem i Łodzią (1914 r.).

Wskutek ponownej zbrodniczej bezczynności gen. P. Rennenkampfa, mającego ochraniać prawe skrzydło 2. armii, udało się im przerwać czterema korpusami front pomiędzy Wisłą a Łodzią, zagrozić Łowiczowi i otoczyć 2-gą armię, mającą ośrodek w Łodzi, od północy, wschodu i południa. Niebezpieczeństwo powtórzenia manewru niemieckiego, tak bezczelnie wykonanego we wrześniu w Prusach Wschodnich, narastało z dniem każdym; ale tym razem Naczelne Dowództwo rosyjskie było inne i nie straciło głowy.

Tymczasem w Galicji Zachodniej i Królestwie Polskim. W ślad za cofającymi się szybko wojskami austriackimi i niemieckimi toczył się niepowstrzymanie, zdawało się, rosyjski „walec parowy”. Osiem armii rosyjskich posuwało się na olbrzymim froncie od Bukowiny aż do Torunia. Kawaleria rosyjska zmierzała na wschód od Włocławka ku Toruniowi, debuszowała na zachód od Koła, podchodzila pod Kalisz i Częstochowę. Koło Wolbromia i Słomnik front rosyjski zbliżał się pod Kraków, potem na wschód od Brzeska i Nowego Sącza biegł ku Karpatom, w których tylko nieliczne punkty po stronie północnej zamykały mu dostęp na południe. Około 11 listopada przed rozpoczęciem się nowej ofensywy austro-niemieckiej armie rosyjskie dotarły do najdalszej linii zasięgu swej akcji na zachód w ciągu wojny, zajęły prawie 6/7 terenu Galicji i napowrót prawie całe Królestwo oraz oparły się o granice Niemiec.

Zapobieżenie temu ciosowi stało się teraz główną troską Hindenburga, mianowanego naczelnym dowódcą sił niemieckich na wschodzie (Oberbefehlshaber Ost), i jego szefa sztabu Ludendorfa. (J. Dąbrowski. „Wielka Wojna”,t.VII, cz. 1).

Bitwa nad Bzurą 1914 – 19 listopada – 20 grudnia. Bitwa była prowadzona pomiędzy wojskami niemiecko-austriackimi i wojskami rosyjskimi. Po braku sukcesu w bitwie pod Łodzią wojska niemieckie ponowiły probę frontalnego ataku, aby pokonać wojska rosyjskie na terenie Królestwa i zepchnąć je za Wisłę. Po otrzymaniu sześciu nowych dywizji z Francji, wojska 9 Armii niemieckiej gen. Augusta von Mackensena i Grupy Operacyjnej gen. Remusa von Woyrsch przeszły do natarcia na kierunku łódzkim. Główne uderzenie było prowadzone na 1 Armię rosyjską gen. Aleksandra Litwinowa i 2 Armię rosyjską gen. Władimira Smirnowa. Po ciężkich walkach w rejonie rzeki Bzury Niemcy zepchnęli wojska rosyjskie za Łódź nad rzekę Rawkę.

generał

Gen. Victor von Dankl. Fot. pobrano z Domeny publicznej. Informacji o autorze fotografii brak.

Hrabia, ur. 18.09.1854 r. w Udinie, zm. 8.01.1941 r. w Insbucku - general pułkownik armii austro-węgierskiej. Jako dowódca 1. austriackiej Armii polowej V. Dankl dowodził swoimi oddziałami w zwycięskiej dla nich bitwie pod Kraśnikiem.(Wikip...)

Następnie do natarcia na Rosjan przeszła z południa austro-węgierska 1 Armia gen. Victora Dankla i od 5 grudnia na całej linii Frontu Zachodniego toczyły się zacięte walki zwane także „bitwą na czterech rzekach” (Bzura, rzeka Rawka, Pilica i Nida). W walkach toczonych na przemian w obronie i kontratakach, wojska rosyjskie odparły ataki Niemców na rzece Rawka i zepchnęly Austriaków za Nidę.

„Bitwa na czterech rzekach” była toczona z niezwykłą zaciętościa i spowodowała znaczne straty po obu stronach. Straty armii rosyjskiej wyniosły ok. 200 tyś. żołnierzy. Szczególne straty Rosjanie ponieśli w stanie oficerskim, co miało znaczny wpływ na walki w 1915 roku. Straty 9 Armii niemieckiej wyniosły ok. 100 tyś. żołnierzy. Po nieudanyn natarciu frontalnym na wojska rosyjskie na ziemiach Królestwa, dowództwo niemieckie przeszło do operacji skrzydłowych (operacja karpacka, mazurska i bitwa przasnyska). Bibliografia: Nikołaj Szefow. Bitwy Rosji. Bibl. Wojskowo-historyczna. Moskwa, 2002. (Wikip...).

Rosyjski sukces strategiczny, lecz zawód taktyczny. W Łowiczu zgromadzono naprędce rezerwy i uderzono na Niemców, otaczających Łódź od północnego-wschodu; jednocześnie natarły na nich od południowego – wschodu korpusy 5-ej armii, dowodzonej przez dzielnego gen. Pawła von Plehwego. Półtora korpusu Niemców i 2 dywizje ich jazdy znalazły się w samopotrzasku; osaczono je ze wszystkich stron, zwycięstwo zdawało się pewne, ale niedołęstwo 6-ej dywizji syberyjskiej, która nie zabezpieczyła swego noclegu, pozwoliło wrogowi przerwać otaczający go pierścień i cofnąć się z dużymi stratami na zachód. Dokonali tego w nader ciężkich warunkach: zadymka, mróz, przeciążenie artylerią i taborami, ogień ze wszystkich stron. Udała się więc Rosjanom operacja strategicznie, zawiodła taktycznie, przysłużyła się jednak w każdym razie sojusznikom, odciągając w okresie trudnych walk o Dünkirchen we Flandrii 4 korpusy niemieckie i kilka dywizji jazdy.

Przemieszczenie. 2-go grudnia zluzowała nas na stanowisku 2-ga brygada strzelców gwardii. Patrzyłem z przyjemnością na tych dobranych, rosłych, barczystych żołnierzy, doskonale wyszkolonych i prowadzonych przez świetnych oficerów. Nasza dywizja miała przejść pod Łódź. Chętnie opuszczałem ładne okolice, tu rozwiały się moje marzenia o marszu do Prus, a zdrowie nie doznało poważnego szwanku.

Przemarsz był spokojny, pogoda ładna, mroźna, okolica falista, malownicza, drogi niezłe. W pobliżu Opoczna, po otrzymaniu urlopu, opuściłem dywizję; naturalnie zapomniał Papengut o swojej obietnicy wysłania mnie autem, dojechałem więc z pewnym trudem konno.

Warszawskie wrażenia. Warszawa wywarła na mnie przykre wrażenie; ulice były przepełnione żołnierzami, ginęły nieraz prawie wśród przechodniów sylwetki osób cywilnych, rzadko spotykało się elegancko ubraną kobietę; porządek zewnętrzny był słaby. W zachowaniu publiczności zauważyłem, w stosunku do wojskowych pewną zmianę: nie odwracały się już oczy od munduru, przeciwnie, spoglądano na wojskowych z pewną sympatią, a niekiedy i z uśmiechem; rozumiałem jednak dobrze, że, wobec świeżo zażegnanej zgrozy wkroczenia do stolicy Prusaków, wybierali na razie warszawiacy „ z dwojga złego mniejsze”.

Ocena stanu zaplecza. Sztab frontu kwaterował w Siedlcach. Otrzymałem tam szereg niepocieszających informacji: brakło pocisków i karabinów, rosyjskie fabryki nie mogły nadążyć potrzebom, a za granicą nie dało się czegokolwiek zamówić – inne państwa uprzedziły Rosję; nielepiej stały sprawy osobowe, oficerowie fachowi wyginęli prawie, w oddziałach liczono łącznie z rezerwowymi zaledwie 30% oficerów, brakło również podoficerów i wyszkolonych żołnierzy, niektóre pułki liczyły po 1200 bagnetów zamiast 3000, rekruci przybywali na front po dwumiesięcznym przygotowaniu na wpółsurowi.

Zabiegi o swoje zdrowie. W Warszawie spędziłem wbrew woli parę dni; chciałem jechać na operację do Kijowa, ale nie chciano mi na to pozwolić, gdyż pod względem etatowym należeliśmy do okręgu mińskiego; zrezygnowałem więc z pozwolenia i na własne ryzyko wyjechałem do Kijowa.

księgarnia

Fot. księgarni Leona Idzikowskiego w Kijowie, z około 1900 roku. Autor fot. nieznany, pobrano ją z Domeny publicznej.

Rodzinę zastałem zdrową i mieszkającą wygodnie w polskim hotelu „Francois”. Zaraz po przyjeździe uzyskałem, bez żadnych tarć, u komendanta miasta miejsce w szpitalu chirurgicznym dr Zajcewa; okazał się on żydowskim. Szpital posiadał doskonałego chirurga, Bychowskiego; znalazłem tu staranną opiekę i wzorową czystość; operacja udała się doskonale i po dwóch tygodniach przewieziono mnie na rekonwalescencję do hotelu.

Miasto Kijów w okolicach 1900 roku

Fragment fot. miasta Kijowa z około 1900 roku. Na pierwszym planie ul. Kreszczatik. Fot. pobrano z Domeny publicznej. Wskazuje się na kilku autorów tej fotografii, lecz na żadnego z nich konkretnie.

Życie w Kijowie upływało bardzo przyjemnie, życzliwych mieliśmy dość, odwiedzali mnie również koledzy. Dowiedziałem się od nich, że pomimo powodzenia strategicznego w łódzkiej operacji, Naczelne Dowództwo cofnęło front na lewym brzegu Wisły, zajmując linię rzek Bzury, Rawki i Nidy.

Zaduma nad skutkami w dotychczasowej kampanii w roku 1914. Niemcom dał poważne zyski: opanowali oni prawie całą Belgię, kilka najbogatszych departamentów Francji, prawie połowę Kongresówki, a oddali tylko skrawek Prus Wschodnich.

Co prawda, pragnęli oni o wiele więcej; nie udało im się opanować Paryża i zmusić Francję do oddzielnego pokoju, przeciwnie, armia angielsko-francuska przeszła do natarcia; dalej – pierwsza ofensywa w Królestwie załamała się, a druga stanęła na martwym punkcie; nareszcie – zawiodła operacja odcięcia Królestwa od Ukrainy, przeciwnie, Rosjanie opanowali Małopolskę Wschodnią i Bukowinę, i wyparli Austriaków z Królestwa.

Ton prasy niemieckiej nie był już tak zadzierżysty, zaczęli mówić o pokoju, choćby „ nie spełnił on na razie marzeń duszy niemieckiej”.

Uznanie. Dowiedziałem się, że za walki nad Sanem nagrodzono mnie złotą szablą. Sprawiło mi to dużą przyjemność – była to rycerska nagroda!

odznaczenie

Broń Złota "Za Waleczność" lub Złoty Oręż "Za Waleczność" (ros. Эолотое оружие -За храбрость-) wojskowe odznaczenie honorowe Imperium Rosyjskiego w formie szpady lub szabli, przyznawanej za męstwo jako jeden ze stopni Orderu Świętego Jerzego.

W latach 1913 - 1917 istnial wyższy stopień odznaczenia - Broń Świętego Jerzego, inaczej Oręż św. Jerzego, (ros. Залотое оружие - За храбрость - również nadawany w formie szabli. Odznaczenie zostało nadane po raz pierwszy przez Piotra I Wielkiego 27 lipca 1720 roku. W 1807 roku ustanowione jako odznaczenie państwowe. Ostatecznie wszystkie carskie odznaczenia zostały zniesione w 1917 roku w wyniku rewolucji październikowej.

Koncepcja gen. N. Iwanowa. Zdawało się, że przed wiosną nie należy oczekiwać większych zdarzeń. W Naczelnym Dowództwie rosyjskim ścierały się dwie koncepcje strategiczne: jedna proponowała prowadzić operację zaczepną w kierunku Berlina – serca Koalicji; druga wysuwała zyski polityczne, wynikające z natarcia na Wiedeń. Pierwszy kierunek obiecywał decydujące rozwiązanie, ale miał dużo przeciwników, (droga na Berlin prowadziła przede wszystkim przez Prusy Wschodnie, które trzykrotnie odegrały rolę kolczastego jeża i dotkliwie pokłuły nacierających); wybrano więc za namową dowódcy front południowy, N. Iwanowa, kierunek wiedeński.

Przeciwnik, jak zwykle poinformowany o zamiarach Rosjan, uprzedził jednak uderzenie, przerzucił z lewej strony Wisły i z frontu zachodniego znaczne siły niemieckie, wcielił je dywizjami, w charakterze umacniających kontrforsów, pomiędzy austriackie korpusy i w drugiej połowie stycznia sam zainicjonował natarcie. W końcu stycznia stanął w ogniu cały front karpacki, rozpoczął się szereg walk spotkaniowych; na froncie Mezö – Laborcz – Dukla brali górę Rosjanie, na wschodzie odrzucono ich na linię Seretu.

gaz trujący

Niemiecki atak gazowy na froncie wschodnim. Żrodło: Wikimedia Commons / Bundesarchiv.

Rozpaliło się również ognisko walk nad Bzurą. Niemcy wykonali tu szereg zaciętych ataków, zastosowując po raz pierwszy gazy trujące; ataki zostały odparte, ale rezerwy rosyjskie przytrzymano na miejscu. Walczono również zacięcie na froncie litewskim.

Przemyślenia rekonwalescenta. Gdy mogłem już wychodzić na ulicę, zwróciłem uwagę na szalony kontrast pomiędzy nastrojami na froncie a życiem dużego miasta: tam – skupiona uwaga, prywacje, niebezpieczeństwo, krew i śmierć, tu – nieustające wesele, beztroska, oświetlone a′ giorno, bogate sklepy, barwny, roześmiany tłum, pełne restauracje, kina, teatry. Wojskowych mundurów dużo, ale jakieś inne, cudaczne; była to przeważnie młodzież, „dekująca się” masowo przed służbą w szeregach po różnych organizacjach społecznych, pracujących dla armii na tyłach. I nikt nie ganił ich zachowania, przeciwnie, cieszyli się zdecydowaną sympatią płci pięknej. Obrazki te nasuwały niewesołe horoskopy na przyszość: jeżeli lud jest ciemny jak tabaka w rogu, a inteligencja obojętna na niebezpieczeństwo, zagrażające ojczyźnie, na kim się oprze armia walcząca, kto doda jej hartu moralnego w strasznych przejściach na froncie?

Te same zjawiska obserwowali inni w Petersburgu i Moskwie. Nie udało się wytworzyć w społeczeństwie odpowiedniej psychologii wojennej. Bierność i niezadowolenie inteligencji z polityki rządowej, olbrzymie przestrzenie, słaby rozwój komunikacji – sparaliżowały szybko pierwszy poryw, pozostała apatia lub chęć użycia: tylko armia pierwszego okresu spełniła chlubnie swój obowiązek.

Rozmowy o Polsce. W połowie lutego wyjechałem do dywizji. Korpus nasz zajmował stanowisko bierne nad Nidą. W Warszawie zatrzymałem się na parę dni, odwiedziłem gen. Świdzińskiego, któremu polecono organizację polskiej ochotniczej formacji wojskowej; generała znałem od lat wielu, jako oficera sztabu generalnego, w którym Polacy byli rzadkim wyjątkiem, niezbyt mile widzianym. Nie wpłynęło to nic a nic na zachowanie się Świdzińskiego; swą godność narodową, przywiązanie do religii cenił on wysoko, ciesząc się powszechnym szacunkiem i sympatią. Osobiście miałem jeszcze do staruszka uczucie serdecznego przywiązania. Wojna zastała go jako emeryta w Kijowie, gdy mu jednak zaproponowano objęcie akcji formacji polskiej, zgodził się natychmiast, pomimo posuniętego wieku i nieuleczalnej, dotkliwej choroby.

Świdziński przyjął mnie nadzwyczaj serdecznie i wtajemniczył w sprawy formacji: stały one źle; antypolskie czynniki rządowe, chcąc sparaliżować akcję, postarały się o przeniesienie jej z rąk władzy wojskowej do ministerium spraw wewnętrznych, które w Warszawie reprezentował generał-gubernator książę Engałyczew.

Hamowal on systematycznie całą pracę, zmienił nazwę „legionu” na „drużyny”, a szwadron został „sotnią”; komenda miała być rosyjska, a oddziały przydzielone do dywizji liniowych; zabroniono nawet prasie polskiej pisać cokolwiek o legionie i składać nań ofiary pieniężne. Nic dziwnego więc, że wogóle nieduży zapał do tych formacji gasł w społeczeństwie, że ten i ów zaczął się nawet z nich wycofywać.

Opowiadal mi o tym generał z dużą goryczą, skarżył się, że mu brak już sił do walki z biurokracją rosyjską, zaproponował nareszcie, bym objął kierownictwo; zgody księcia Engalyczewa był pewien. Odmówiłem wręcz, nie chciałem bowiem brać udziału w akcji zasadniczo źle postawionej. Milczenie rządu w doniosłej sprawie obietnic Naczelnego Wodza wskazywało aż nadto wyraźnie na złą wolę w stosunku do Polski; należało więc społeczeństwu wrócić do postawy ścisłej rezerwy.

Nastrój w Warszawy w porównaniu z jesiennym zmienił się znacznie na gorsze, miejsce powagi zajęło przygnębienie, bieda zajrzała całej inteligencji w oczy.

W korpusie gen. Żylińskij przyjął mnie po koleżeńsku i oznajmił, że przydziela mnie do 45-ej dywizji, gdyż nie mogę pozostać u Papenguta; szef sztabu zakomunikował mi dodatkowo, że tego pana uważają za tchórza, łgarza i obłudnika. Dlaczego jednak nie wyrzucą go z armii?

Nowe miejsce dowodzenia. W doskonałym nastroju wyjechałem na nowe miejsce. Dowódcą dywizji był gen. Nikołajew, mój kolega z Akademii, człowiek zdolny i inteligentny. Poprzednie stosunki z nim były życzliwe. Gdym się jednak zameldował, zauważyłem w tonie rozmowy ze mną pewien odcień wyższości; zanotowałem to sobie natychmiast i zamknąłem się w ramach oficjalnych. Widocznie służba w sztabie petersburskim i godność generała świty cesarskiej uderzyły koledze trochę do głowy.

Sztab mieścił się w skromnym dworze obywatelskim, którego właściciele wyjechali. Zamieszkałem w jednym dużym pokoju z szefem sztabu, kulturalnym i miłym oficerem; mieliśmy kominek, fortepian, ciepły kąt, wprost idealne warunki bytowania na froncie. Od paru tygodni spadły ogromne śniegi, zasypały dwór i ogród puszystym, białym całunem.

Koleżeńskie rozmowy przy dobrym winie. Nikołajew prosił, bym „podciągnął” brygadę i wszystkie instytucje dywizyjne, które jego zdaniem, utraciły należytą sprawność; sam wychodził ze swego pokoju rzadko, jadał u siebie i zdradzał usposobienie mizantropijne (człowiek stroniący od ludzi, samotnik - LAH). Bywałem u niego tylko na zaproszenie co parę dni; przyjmował mnie zawsze winem i pod jego wpływem stawał się rozmownym. Głównym tematem naszych dyskusji były naturalnie wypadki wojenne; Nikołajew oceniał położenie z pewną rezerwą, ale krytycznie, nie wierzył w możliwość zwycięstwa sprzymierzonych, zaznaczał ciągle wyższość organizacji armii niemieckiej i jej zalety, umiejętność przygotowania wszechstronnego do wojny; naturalnie, zwalczałem jego argumentację, zgadzałem się jednak, że główne rozwiązanie nastąpi chyba na froncie zachodnim.

Pewnego wieczora w toku ożywionego sporu oponent mój pod wpływem większej, niż zwykle, kieliszków wina rozkrochmalił się i wybuchnął: - cała ta polityka nasza jest głupia, po co żeśmy wleźli w tę nieszczęsną wojnę, wielki już czas wycofać się i zawrzeć z Niemcami pokój odrębny.

Cynizm tego oświadczenia oburzył mnie, z trudnością zachowałem panowanie nad sobą, ale po chwili ciężkiego milczenia dałem ostrą replikę, kwalifikując odrębny pokój z Niemcami za wyraźną zdradę przymierza z Francją, niegodną wielkiego państwa; wreszcie wspomniałem o wezwaniu w. księcia Mikołajewicza do Polaków, obiecującym im wolność i zjednoczenie. Nikołajew roześmiał się ironicznie: - Obietnice! A kto upoważnił w. księcia do dawania ich, opinia publiczna jest im przeciwna, byłoby dla Rosji lepiej ofiarować Polsce w granicach etnograficznych niepodległość, a nie jakąś autonomię; probowaliśmy już to zrobić przed stu laty i skończyło się wojną; zresztą niech Jego Wyskość spróbuje odebrać Poznańskie Niemcom, a Galicji Wschodniej my sami nie damy.

Przerwałem dalszą dyskusję, była bezcelowa. W słowach generała świty „Jego Cesarskiej Mości” dosłyszałem echa nastrojów, panujących na dworze cesarskim w germanofilskim otoczeniu cesarzowej, zgodnie zresztą z czarną reakcją nacjonalistyczną, nie znoszącą „inorodców”, a przede wszystkim Polaków.

Zaprowadzanie dyscypliny wojskowej. Roboty miałem sporo; pułki poddałem szczegółowej inspekcji; stan osobowy oficerów i żołnierzy był już dopełniony do etatów, ale wszystko to była niedoszkolona i nieostrzelana surowizna, wymagająca dużej pracy instrukcyjnej. Nie dostrzegłem jej jednak przeważnie: obydwaj dowódcy byli na urlopie kuracyjnym i podobno nie odznaczali się zaletami służbowymi; w pułku widawskim znalazłem taki nieład, żem zajął się bliżej osobą pułkownika i sprawdziłem, iż był on alkoholikiem, nienawidzony przez pułk za brutalność i kłamliwość. Gdy więc indywiduum to ukazało się na horyzoncie, zaproponowano mu natychmiastowy i bezpowrotny wyjazd; probował protestować, ale otrzymawszy ad okulus parę dokumentów, zrezygnował i wyjechał ku wielkiej radości podkomendnych.

Ta pierwsza operacja ułatwiła mi bardzo służbę; karność w brygadzie wzrosła, a wkrótce pozbyliśmy się i drugiego pułkownika. Dowiedziawszy się o charakterze i wyniku mych inspekcji, wolał on nie wracać zupełnie i usunał się do rezerwy.

W pułkach kazałem prowadzić codzienne szkolenie w rezerwie. Raz jeden, gdym nadjeżdżał do ćwiczących dwóch kompanii, byłem świadkiem, jak „gołąbek niemiecki”, Taube zwany, rzucił na nie dwie bomby; wybuch nie trafił nikogo, ale całe bractwo rozbiegło się po polu w panice. Kazałem je zebrać, uformować i przeszedłem, milcząc, wzdłuż frontu; na twarzach większości żołnierzy zauważyłem przestrach, w oczach oficerów zmieszanie, postanowiłem więc dać im nauczkę. – Za mną, kolumną pochodową! – rozkazałem, kierując marsz ku czołowym okopom na otwarte pole. Gdyśmy się znaleźli tuż przy froncie, postawiłem kompanje w rozwiniętym szyku, frontem do dobrze widocznych okopów niemieckich. – Prezentuj broń! – padła komenda; wykonano ją tak precyzyjnie, że aż szczęknęły karabiny, szeregi stanęły, jak wryte; wytrzymałem je w tej pozycji przez parę minut. – Pp. oficerowie przed front, ćwiczenie sprawności chwytów broni, przygotować rewolwery do strzału, jeżeli któryś żołnierz drgnie, palić mu prosto w łeb.

Krótkie, twarde słowa komendy zdawały się rozcinać ostre, mroźne powietrze, a sprawność chwytów była wprost idealna; kwadrans może trwało ćwiczenie i dziwnym trafem nie padł ze strony niemieckiej ani jeden strzał. Kazałem więc przerwać ćwiczenia i zakończyłem je surową naganą, udzieloną oficerom za dopuszczenie do paniki; na przyszłość rozkazałem uspokajać ludzi użyciem broni.

Innym razem chciałem sprawdzić, ile postąpiły roboty przy sypaniu nowego węzła oporu, ale dowodzący pułkiem odradzał mi ten spacer bardzo poważnie” „Tam nie można się w biały dzień pokazać, zasypują wprost ogniem, zresztą teraz odwilż, błoto będzie po kolana...”. Podziękowałem pułkownikowi za radę, ale oświadczyłem, że jednak pójdę i to w jego towarzystwie; bawiłem na robotach przeszło godzinę i przez tę czas wybuchł niedaleko zaledwie jeden granat. Za to wykonanie węzła było dalekie od rzekomego wykończenia; nie w smak więc poszły moje grzeczne, ale twarde uwagi; pułkownik przyjmował je skwapliwie, prężył się ciągle z ręką przy daszku czapki a w duchu życzył mi zapewne jakiegoś przykrego wypadku.

Kryjówki przy linii frontu. Na froncie nastała cisza prawie absolutna, pod wieczór tylko słychać było pojedyncze wystrzały karabinowe – t a k u, t a k u, lub daleki grzmot armat. Zakopaliśmy się w ziemię jak krety, nad jej powierzchnią nie zaznaczało się prawie nic, nawet jaszczyki artyleryjskie i konie pochowano w podziemnych galeriach. Na polach odkrytych wyrosły rzadkie sosnowe gaje; pozornie nie przedstawiały one nic ciekawego, ale przyjrzawszy się bliżej, można było zauważyć, że spod korzeni kłębi się dym, błyszczą dyskretnie nie zamaskowane szybki okienek: tu kryły się mieszkania jaskiniowców, troglodytów wojskowych, chroniące nie tylko przed granatami, ale i przed jastrzębim okiem „Tauby”, tu również urządzono łaźnie; nie raz słychać było z pod ziemi dźwięki harmonijki. Naturalnie większość drzew, rosnących na tych poziemnych grodach, tkwiła bez korzeni w piasku, wyłącznie jako maska.

Pogoda wciąż była śliczna, mróz ustąpił, mieliśmy prawie przedwiośnie; nastały bajeczne noce księżycowe. Mój towarzysz młody pułkownik, był ciągle markotny, wolałby marzyć we dwoje w poświacie księżycowej, niż siedzieć tu w dziurze wiejskiej, czekając na bitwę ze Szwabami.

Dużym kontrastem w porównaniu z naszą bezczynnością nad Nidą były zacięte walki na skrzydłach olbrzymiego frontu wschodniego. Na Litwie odrzucili Niemcy Rosjan ostatecznie z Prus Wschodnich, w Galicji trwały w Karpatach walki bez rezultatu, tylko nad Przasnyszem osiągnęli Rosjanie duże powodzenie lokalne, ale nie mogli go wyzyskać z powodu braku amunicji.

Zapowiedź nominacji. 3 marca otrzymałem telegram, że jestem przedstawiony na stanowisko dowódcy 13-ej dywizji piechoty. Nominacja ta dogodziłaby mi nadzwyczajnie, dywizja miała doskonałe tradycje, była bitna i kwaterowała stale w Krymie. Nikołajew przypuszczał, że mi ją jednak odbije jakiś protegowany kandydat, gdyż dywizja pełniła stałą służbę w rezydencji cesarskiej w Liwadii, a pułki jej miały jako szefów wielkich książąt; generał Żylińskij miał również różne wątpliwości tego samego rodzaju i przyznawał, że chętnie by zamienił swój korpus na tę dywizję. Wobec tego czekałem na rezultat ostateczny z niepokojem, chociaż teraz byłem już pewny, że w każdym razie dostanę nareszcie samodzielne stanowisko.

Spadły znowu ogromne śniegi, wrócił mróz. Powitałem powrót zimy bez najmniejszej przyjemności, gdyż byłem już nastrojony na wiosenną nutę; z irytacji paliłem cały dzień na kominku – drzewa w lesie skarbowym było dość.

4 marca ocknął się Niemiec ze snu zimowego i począł strzelać zapamiętale z ciężkich dział, bez rezultatu prawie; nasza artyleria odpowiadała mało. Wieczorem miałem możność obserwować wspaniały i groźny fajerwerk, podszyty grzmotami pękających na tle ciemnego nieba pocisków. Przysłano nam z dowództwa frontu ciekawą notatkę: 15 lutego przeciwnik wyrzucił na miasto Smolnik w Karpatach 660 bomb z ciężkich dział, które zraniły 1 żołnierza. My również prowadziliśmy statystykę: w ciągu ostatnich dwóch dni Niemcy wypuścili 217 bomb i 130 szrapneli, straty 6 rannych.

Biło się trochę w sąsiedniej 4-ej armii; poszło tam o jakąś wieś, a raczej jej ruiny, które się spodobały obydwom stronom; zginął przy tym w pułku tulskim pułk. Bukowski, Polak, powołany ze stanu dymisji, znacznie więcej wartościowy, niż jego dowódca.

Trafił mi do rąk listopadowy numer tygodnika rosyjskiego „Zemszczyna” z dodatkiem muzycznym, zatytułowanym „ Hej, Słowianie!”; melodia bardzo ładna i u nas dość znana, za jej spiewanie pakowano nawet na dłuższy czas do ula, a brzmiała ona po polsku „Jeszcze Polska nie zginęła”!”.

Tempora mutandur – ale i w w roku 1870 pod Gravelotte, wygrywały ją niemieckie kapele poznańskim pułkom, idącym na śmierć... To też warto pamiętać!

Zreszta romantykami będziemy chyba zawsze. Czytałem niedawno o bohaterskiej walce polskiego oddzialu Bajończyków pod Arras: 9 maja runął on jak burza na bagnety z rozwiniętym sztandarem, zdobył trzy linie okopów niemieckich, wymościł własnymi ciałami drogę do zwycięstwa Francuzom, ale nikt nie poszedł za Polakami; silny ogien niemiecki wybijał po kolei bohaterów, odeszli stopniowo, pokazując zęby, a Niemcy nacierali, ale z daleka. W pięknym tym porywie mężnych romantyków zginęła większość oddziału, zraniono piędziesięciu kilku, zdrowych pozostało trzydziestu; zginął również dowódca, ppor. Malcza.

W wojnach doby obecnej sztandar – ten symbol honoru i sławy pułkowej – nie skupia już dokoła siebie w chwili decydującej żołnierzy, walczą oni prawie do ostatniej chwili w rozproszeniu, a sztandar przechowuje się przy taborach. Opierałem się temu w początku wojny, ale ustąpiłem wreszcie, bo nie miałem racji; sztandarowy pluton wybijano w ciągu kilku minut.

„Wypalony” z polskości generał. Jeździłem w sprawach służbowych do dowódcy 2-ej brygady, gen. Sławoczyńskiego; mieszkał on na plebanii obok kościoła, którego wieża służyła często za cel Niemcom. Znać to było po niej! Przyjazd mój uczcili sąsiedzi kilkoma bombami. Generał, człowiek w podeszłym wieku, był dawniej gubernatorem w Kutaisie; robił wrażenie dobrego i skromnego, starego żołnierza. Wiedzialem, że jest Polakiem, ale w ciągu rozmowy nie udało mi się wykrzesać w nim iskry porozumienia narodowego ze mną, trzymał się do końca urzędowo.

Nominacja na dowódcę 13-tej dywizji piechoty. 11 marca zamianowany zostałem dowódcą 13-ej dywizji piechoty; skończył się nareszcie mój przydługi „wikariat”. Dywizja stała gdzieś w Karpatach, należała do armii gen. Brusiłowa. Z wyjazdem nie zwłóczyłem i, pożegnany serdecznie przez Żylińskiego, a dość oficjalnie przez Nikołajewa, wyjechałem przez Kijów do Lwowa.

Lwów również zmienił swój charakter. Nie było tu widać bezpośrednich śladów wojny, ale znikła dawna elegancja. Wszędzie pospolity tłum, podszyty soldateską; ulicami ciągnęły nieskonczone sznury wojskowych furgonów; w kawiarniach i restauracjach brudno, jedzenie liche, pełno za to uzbrojonych od stóp do głów urzędników intendentury, poczty, kontroli oraz innych rycerzy tyłów. Pozostał tylko ten sam cmentarz Łyczakowski, nie dotknęła go zaraza wojenna, znalazlem tam dawną powagę i kult zmarlych.

Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa" t. 1 i 2; Jan Dąbrowski. „Kampania Jesienna w Polsce 1914 rok”, w: „Wielka Wojna 1914-1918” t. VII, cz. 1. Reprint nakładem Księgarni Trzaski, Everta i Michalskiego.

 

 

 

 

 

 

 



Autor artykułu : E. de Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com