Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 / 8

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2019-01-06 11:08:09

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas Wydarzeń 1914 rok, mc – listopad-grudzień. Obszar akcji: Karpaty, zachodnie i wschodnie obszary dawnego Królestwa Polskiego. Miejsca odniesienia: Częstochowa , Łódź, Łowicz, Wocławek, Baligród. Walczące strony : Rosja przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Wybrane osoby z kart pamiętnika: Autor: E. DE. Henning- Michaelis, gen. W. P., gen. Brusiłow, gen. Łomnowskij, gen. Kusmanek, gen. Łomnowskij, gen. Dragomirow, gen. Wianowskij, gen. Piłkin, gen Lichaczew, gen. Kryłow, hr. Karnkin.

Spotkanie z gen Brusiłowem. Sztab 8-ej armii stał w Samborze. Gen. Brusiłow przyjął mnie uprzejmie, prawie serdecznie; przed wojną był on moim dowódcą korpusu; ceniłem go za stanowczy charakter i ducha żołnierskiego; za zwycięstwa galicyjskie został generał-adjutantem. Moje powinszowanie przyjął Brusiłow z widocznym zadowoleniem i zaprosił na obiad; odmówłem jednak, gdyż było mi pilno do dywizji, prosiłem tylko o informacje co do sytuacji na froncie. Dał mi je szef sztabu, gen. Łomnowskij, doskonały oficer sztabu generalnego.

generał

Gen. Aleksiej Brusiłow w 1917 roku (1853-1926). Autor foto: nieznany. Pobrano z Domeny publicznej.

Sytuacja na froncie nie wyglądała źle. Armia wgryzła się głęboko w przełęcze karpackie, opanowała część szczytów, ale żołnierz był już wyczerpany, i nic dziwnego – operacja sforsowania czołowego tak poważnego łańcucha gór, bez możności zastosowania manewru oskrzydlającego, nie miała w historii wojennej przykładu.

Poddanie się Przemyśla. Tylko co otrzymano wiadomość o poddaniu się Przemyśla z załogą, liczącą 2500 oficerów, przeszlo 100 tysięcy zolnierzy i 900 dział; odzyskano rownież 4150 jeńców rosyjskich – w tej liczbie około 4000 Żydów. Działa , pociski, karabiny, kuchnie polowe Austriacy zepsuli, forty wysadzili w powietrze; w magazynach zostało jednak dużo mąki oraz innych zapasów żywności, brakło tylko mięsa; ostatnio jedzono konie, a pozostałe wystrzelano. Twierdza poddała się na rozkaz cesarski, opiewający, że „jest ona czasowo dla operacji strategicznych zbyteczna”. Ciekawa strategia! Jako curiosum przytoczę, że armia oblegająca liczyła mniej bagnetów, niż garnizon; nietęgo widocznie bronił twierdzy gen Kusmanek.

Arcyksiążę

Arcyksiążę Fryderyk podczas wizyty w Twierdzy Przemyśl, czerwiec 1915. Autor foto: nieznany. Pobrano z Domeny publicznej.

Treść rozkazu cesarskiego nie odpowiadała jednak właściwym intencjom strategicznym Austriaków, gdyż pierwszym zadaniem ofensywy ich przez Karpaty, po nowym roku, była właśnie odsiecz Przemyśla. Zaczął ją Boreović przez przełęcz Dukielską, ale napotkał na tak gwałtowny opór, że przerzucił wszystkie siły w okrąg gór Baligrodu, skąd prowadziła najkrótsza droga do Przemyśla; ale i tu atak załamał się, stopniowo wypierano ich za Karpaty.

Sztab armii Brusiłowa był bardzo przejęty zajęciem Przemyśla, przeceniał jednak jego znaczenie. Sprowadzało się ono właściwie w obecnej sytuacji do uzyskania przemyskiego węzła kolejowego, wzięcia do niewoli dużej ilości jeńca i zwolnienia dla operacji w polu dwóch korpusów wątpliwej wartości.

Kontrakcja rosyjska w Karpatach miała na celu przerwanie centrum przeciwnika siłami 3-ciej, a głównie 8-mej armii . Generał Łomnowskij nie był jednak zachwycony osobą naczelnego wodza frontu, gen. Iwanowa, zakutego artylerzysty bez wyższego wykształcenia; charakteryzował go jako człowieka mało zdolnego, przetrawiającego myśl strategiczną z trudnością, ale upartego i dążącego wytrwale do celu, często nie licząc się ze zmianą warunków.

Krótki pobyt pod Przemyślem.W dalszej drodze utknąłem pod Przemyślem na jakiejś stacyjce; spotkałem tu pociąg, wiozący partię austriackich oficerów; zastałem ich przy obiedzie. Przywitali mnie sprężystym ukłonem, zachowywali się swobodnie, wesoło, a ubrani byli elegancko – jak spod igły. Stosunek do nich dowództwa rosyjskiego był rycerski: oficerom pozostawiono oręż i swobodę ruchu w obrębie miasta; zaznajomili się więc ze swymi zwycięscami o tyle, że zaszły wypadki przekazania następcom różnych „Schatz′ów”.

Sądząc z pism lwowskich, zmieniły się zasadniczo nastroje rządu austriackiego i ludności niemieckiej do Polaków: „ Die Polen haben uns Verraten” – mówiło się w Wiedniu powszechnie. Zdrada ta polegała przede wszystkim na tym, że wbrew oczekiwaniom niemieckim nie wybuchło w Królestwie powstanie przeciwko Rosjanom, a potem oburzało władze c. k., spokojne zachowanie się ludności polskiej w Galicji Wschodniej wobec okupacji rosyjskiej.

„Słowo Polskie” podało również, że trzeci pułk legionowy rekrutowany był przez starostwa. Szczególnie rzucono się na b. legionistów wschodnich po rozpuszczeniu legionu w Mszanie, na Sokołów i członków Drużyn Bartoszowych, które również miały wejść do legionu; dawano im do wyboru: internowanie lub służbę w legionach.

Wieczorem stanąłem w sztabie korpusu. Dowódcę, gen. Dragomirowa, znałem poprzednio; był to zdolny oficer, ale podobno odziedziczył po ojcu zamiłowanie do kieliszka. Szefem sztabu był gen. Wianowskij, mój dawny podkomendny w Mandżurii, człowiek o niepewnej etyce, ale zdolny fachowiec.

Przyjazd do sztabu w Baligrodzie i pierwsze wrażania z poznania z-ców. Sztab dywizji 13-tej stał w Baligrodzie. Dojechałem szosą dobrym autem.; zaledwieśmy się zatrzymali, przywitały mnie z dużym, hałasem dwa granaty: Austriacy nie lubią automobilowego ruchu na szosie.

panorama

Wieś Baligród, panorama. Autor foto: I. Silar. CC BY 2.5, Creative Commons. Wieś w Polsce położona w województwie podkarpackim, w powiecie leskim, w gminie Baligród. Leży w dolinie rzeki Hoczewki, za Wiki.

Pierwsze wrażenie było niemiłe. Mój tymczasowy zastępca, gen Piłkin, elegancki i przystojny mężczyzna, przywitał mnie sucho, z rezerwą; drugi brygadier, gen. Lichaczew, typ starego oficera liniowego, małomówny, patrzył spodełba; szef sztabu, bardzo siebie pewny, również był nastroszony. Wypadnie widocznie wziąść w silne ryzy dywizję – nie przestraszyło mnie to nic a nic.

Ocena stanu frontu. Dywizja przed paroma dniami ukończyła uporczywe walki, zajęła poważny grzbiet górski i urządzała się na nowym stanowisku. W kilka godzin po mym przyjeździe, zameldował się dowódca pułku brzeskiego, Karniejew; i ten również nie podobał mi się, pomimo dobrych warunków zewnętrznych, za dużo objawiał ciekawości co do mej osoby, a za mało orientował się w szczegółach sytuacji własnego pułku.

Miasteczko przedstawiało się opłakanie; nawałnica wojenna przeszła tędy cztery razy, postrącała wiele dachów, podziurawiła ściany, powybijała okna i drzwi; szczęśliwym trafem ostał się dom aptekarza, w którym rezydowałem z częścią sztabu. Miałem w pokoju trochę mebli mocno sfatygowanych, ale na jednym fotelu można było bez dużej przykrości „sprężynowej” wysiedzieć; było nawet tremo, ulubione miejsce wywczasu szeregu pokoleń muszych, a ze ściany patrzyły na mnie reprodukcja „Fryne” Siemiradzkiego. Samo miasteczko było brudne i zabłocone. Przekazałem sprawę uporządkowania miejscowym Żydkom, a ponieważ nie mieli koni, wywozili wszystko „własnymi środkami”.

Z powodu stwierdzonej sygnalizacji latarkowej w kierunku naszego przeciwnika, ludności cywilnej wolno było wychodzić na ulicę pomiędzy 10 a 15 godzina. Baligród leży w dolinie wśród gór. Skrył się od południa świeżo zajętym przez dywizję grzbietem, niektóre dalsze szczyty wyzierały jednak ciekawie poprzez bliższe góry ku dolinie i pozwalały obserwować szosę, łączącą sztab z tyłami. Dywizja stała przed głównym szczytem.

Pierwsze starcia pod moim dowództwem. Nazajutrz miałem rozpocząć wizytę frontu, ale spalił się ten zamiar na panewce – otrzymałem rozkaz dalszego natarcia na przeciwnika. Nie poszedł on mi w smak, nie znałem bowiem terenu, brakło mi praktyki w wojnie górskiej, nie zaznajomiłem się z dywizją i składem jej dowództwa, ale nie było innej rady.

Akcję rozpocząłem o godzinie 3-ej w nocy, by ochronić oddziały ciemnością w czasie zbliżania się do stanowisk austriackich. Przez 18 godzin trwała ciężka walka prawie bez pomocy artylerii, gdyż nader urwisty i skomplikowany teren nie dawał jej możności dobrego strzału; duży śnieg utrudniał ruchy, przeciwnik bronił się umiejętnie i mężnie. Udało się nam zająć tylko część zboczy gór najbliższych. Nie przypuszczałem nigdy, by austriacka armia, rozbita przed paroma miesiącami, mogła okazać taki opór na całym froncie Karpat; każdy szczyt, każdą przełęcz zdobywaliśmy potokami krwi i hekatombą ciał ludzkich; poddawał się tylko landszturm, najlepiej walczyli Węgrzy i Niemcy.

Wyczerpanie żołnierzy zmusiło mnie do przerwania natarcia prawie na dobę. Skorzystałem z pauzy, by przeprowadzić osobisty wywiad terenu przy pomocy kilku dzielnych oficerów; był on fizycznie bardzo wyczerpujący, ale pozwolił dojść do wniosku, że, o ile nie poprę czołowego ataku manewrem obejścia stanowisk przeciwnika, rozbiję dywizję, a celu nie osiagnę; manewr ten był jednak nader trudny. Wyprowadzić na tyły Austriaków mogła tylko jedna kozia ścieżka, zasypana śniegiem, nader stroma i skalista; widocznie uważał ją przeciwnik za niedostępną dla wojska, gdyż nie była ona broniona.

W trakcie omawiania manewru, ukazał się znowu w sztabie pułk. Karniejew. Przywitałem go sucho, pytając, co go znowu do nas sprowadza; zameldował, że przyjechał poinformować się o sytuacji. Dałem mu krótka odpowiedź: „Sytuację wytwarza front, tam więc można najlepiej się poinformować, dziwię się więc, że pan znajduje czas w tej chwili do tak częstych wizyt w sztabie”.

Wyniósł się jak zmyty. Później dowiedziałem się, że system służby Karniejewa polegał głównie na częstych odwiedzinach sztabu i staraniach nad utrzymaniem z nim miłych stosunków.

Zadanie oskrzydlenia przeciwnika poruczyłem pułkownikowi litewskiemu, z 1 górską baterią pod dowództwem gen Lichaczewa. Powodzenie zależało od zaskoczenia przeciwnika, gdyż jedna kompania, broniąca perci, mogłaby wstrzymać marsz dużego oddziału. Kolumna wyruszyła z nastaniem zmroku, a nazajutrz o świcie rozpoczął się atak czołowy; rozwijał się on ciężko, wciąż meldowano mi z frontu o wyczerpaniu ludzi, zmęczonych bezsennością, zimnem i brakiem ciepłej strawy; naciskałem jednak śrubę coraz bardziej, pragnąc skupić całą uwagę przeciwnika na działaniu czołowym. Lichaczow posuwał się wolno, a nad ranem odesłał juczną baterię, która nie mogła przejść po urwiskach. Pułk brzeski miał najłatwiejszy teren, i właśnie od jego dowódcy dochodziły mnie stale lamenty telefonicznie. Zniecierpliwiony nareszcie, uprzedziłem go, że, o ile nie może sobie poradzić z pułkiem, zastąpię go osobiście ze wszystkimi konsekwencjami tego; uspokoił się wreszcie.

Po południu usłyszeliśmy od wschodu dalekie strzały karabinowe, wzmagajace się stopniowo, a przed nami zaznaczył się u Austriaków jakiś ruch; widocznie połaskotał ich Lichaczew z boku. Wzmocnił więc energię natarcia z dużym na ten raz powodzeniem; przeciwnik znikał szybko i cofał się na dalsze pasmo gór.

Powodzenie było duże. Opanowaliśmy dobrze uzbrojone pasmo górskie, biorąc do niewoli 40 oficerów i 2 tysiące żołnierzy; wpadło nam również do rąk 5 dział, 8 kulomiotów i moc skrzynek z nabojami. Udany manewr gen. Lichaczewa zadecydował o zwycięstwie; dokonał on go z dużym trudem: pułk gramolił się przez całą noc po pas w śniegu. Straty mieliśmy wielkie, jak to bywa zwykle przy szturmie górskiej pozycji, gdy nie może pomóc artyleria; po górach leżały setki zabitych i rannych; pomimo wytężonej pracy sanitariuszy, zmarzło wielu na śmierć. Pogoda była fatalna; w nocy lał deszcz, nad ranem spadła mgła, a potem srożyła się zadymka; zwycięscy i zwyciężeni, umazani w błocie od stóp do głów, wygladali po bitwie opłakanie.

Dowódca korpusu dziękował mi telegraficznie za zwycięstwo, które nazwał wybitnym, kazał jednak wstrzymać dalsze natarcie – wysunąłem się zanadto w stosunku do sąsiadów; i znowu popełniono stałą pomyłkę; zamiast popędzić opieszałych, zrównano według nich front.

Gen. Piłkin prosił o dwutygodniowy urlop, skarżąc się na wyczerpanie nerwów. Pozwoliłem mu odjechać, chociaż w okresie natężonych walk wyglądalo to dziwne; pożegnałem również bez żalu szefa sztabu: chciał występować zbyt samodzielnie i potknął się od razu o mą zdecydowaną wolę osobistego dowodzenia. Został mi więc do pomocy jedynie podkapitan Lubimow, inteligentny, zdolny oficer o fałszywych zresztą oczach; nie martwiłem się jednak exodusem tuzów sztabowych, nie lubiałem bowiem mieć przy sobie niechętnych współpracowników a praktykę sztabową posiadałem dostateczną.

W czasie bitwy zdarzył się zabawny epizod: pocisk trafił w róg szopy, w której znajdował się mój adjutant, i przewrócił ją. Przypuszczaliśmy, że z pod rumowiska wydobędziemy trupa, a tyczasem nic się oficerowi nie stało; zdążył w chwili krytycznej rzucić się pod auto, stojące w szopie, i uniknął zmiażdżenia.

Karpaty przed nami. Dywizja posunęła się o dwa kilometry w głąb Karpat. Musiałem jednak zostać w Baligrodzie, gdyż bliżej frontu nie było żadnej chaty a nawet szopy; spalono wszystko.

Dowodca mego korpusu, Dragomirow, odszedł na stanowisko szefa sztabu frontu, a na jego miejsce mianowano gen. Bałaszowa. Była to nominacja przypadkowa, gdyż przed wojną nie chciano mu dać nawet dywizji, pomimo, że był oficerem sztabu generalnego. Wojna poprawiła jego reputację o tyle, że awansował nawet szybko na dowódcę korpusu.

Zmagania bitewne, dekownicy i ofiary. Po krótkiej przerwie bitwa zawrzała znowu; spychaliśmy z wolna przeciwnika na szerokim froncie. Rezultaty miałem dobre, 3 kwietnia opanowaliśmy nowe pasmo górskie; było ich tu stanowczo za dużo, a mapa austriacka wyglądała wciąż deprymująco czarno. W nocy udało się otoczyć dwa węgierskie pułki – 67 i 70-ty, większość wykłuto, resztę z dowódcą pułku i 12 oficerami wzięto do niewoli; zdobyliśmy również 11 kulomiotów. Jeden z wziętych do niewoli oficerow 67-go pułku zadecydował” „ Damit ist Schluss, das Regiment ist kaput gegangen”.

Drugiego dnia bitwy zauważyłem oryginalny korowód; ze strony frontu, na ścieżce górskiej, ukazały się długie sznureczki rannych żołnierzy, idących o wlasnych siłach; większość miała obwiązane zakrwawionymi szmatami dłonie prawej ręki. Wydało mi się to podejrzane, skierowałem więc cały prąd do dywizyjnego punktu opatrunkowego; tam stwierdzono, że większość żołnierzy, chcąc uniknąć gorszej ewentualności, przestrzeliła sobie ręce z własnych karabinów. Naturalnie nakazałem energiczną kurację: każdy z „bohaterów dostawał po opatrunku piędziesiąt batów i wracał pod specjalną eskortą z odpowiednią kartką na front; egzekucje trwały przez cały dzień, ale nazajutrz zabrakło kandydatów, gdyż żaden żołnierz, zraniony w rękę, nie chciał opuszczać kompanii, o ile nie dostał kartki, stwierdzającej okoliczności otrzymania rany. Wśród tych tchórzów znalazło się kilkudziesięciu żołnierzy sąsiedniej 15-tej dywizji; odesłałem ich z wyjaśniającym pismem do dowódcy dywizji, gen. Kryłowa, i otrzymałem odpowiedź: „To niemożliwe, u mnie wszyscy są bohaterami...” Odpowiedź ta była typowo reklamiarska i niesmaczna; moja dywizja biła się doskonale, musiała jednak posiadać pewien procent tchórzów, których można było trzymać w ryzach tylko grozą.

Warunki terenu były ciągle nader ciężkie, pogoda fantastyczna, a wahania temperatury – od 0 do 20 stopni mrozu; srożyły się duże zadymki, ale, ledwie zdążono okopać się w śniegu, nadchodziła odwilż, zalewała okopy wodą i przesłaniała okolice mgłą. Żołnierze przez ostatnie dwie doby nie jedli nic, prócz sucharów, byli przemoczeni do nitki, ale chorych było niewielu, duch był dobry. Dużo mi pomagał gen. Lichaczew; był to twardy stanowczy żołnierz.

Przykrzyło mi się bardzo skrępowanie osobiste w czasie bitwy; oplątany telefonami i telegrafem, nie mogłem się ruszyć dla sprawdzenia sytuacji na miejscu. Walka w górach daje ogromną samodzielność dowódcom poszczególnych oddziałów, a uniemożliwia kontrolę, co nie zawsze wychodzi dla sprawy na dobre. Dzisiaj nareszcie zdobyto nad ranem chałupę na moje locum; upatrzyłem ją sobie już od wczoraj i kazałem oszczędzać ją artylerii.

Przyjechał do mnie japoński attache; gramolił się ciągle z jednego odcinka na drugi, notując swe spostrzeżenia. Spytałem go w czterech językach, jak mamy rozmawiać; odparł po namyśle po rosyjsku, co mu zresztą nie bardzo szło. Pobyt jego u mnie był wskazówką, że tu skupiało się obecnie główne ognisko akcji bojowej.

Dużo kłopotu mieliśmy z poległymi, leżało ich po górach przeszło dziesięć tysięcy, a mój oddział dezynfekcyjny był zbyt słaby na taką ilość zabitych. A co będzie, gdy słońce przygrzeje? Posiadałem dwa wzorowo zorganizowane oddziały Czerwonego Krzyża: „ziemstwa” besarabskiego i Głównego Zarządu; na czele ostatniego stał hr. Kankrin, młody, wytworny i miły człowiek. Oddziały te pomagały mi bardzo w akcji ratownictwa. Przypadkiem znaleźli sanitariusze na trudno dostępnym szczycie dwa opuszczone austriackie działa; posłana ze sztabu komenda nie zdołała ich jednak sprowadzić z urwiska.

Dowódca pułku brzeskiego został zraniony w rękę, gdy przed swą ziemianką pił poranną herbatę; rana była lekka, ale przejęła bardzo pulkownika, prosił więc o pozwolenie odejścia. Udzieliłem je chętnie, nie lubię bowiem kombinatorów, którzy swoj osobisty udział w bitwie tylko markują, pilnując głównie szacownego zdrowia.

Unicka Wielkanoc. W noc wielkanocną pojechałem do cerkwi unickiej na rezurekcję. Odprawiał nabożeństwo pop dywizyjny, wobec szczupłej garstki oficerów i kilkunastu żołnierzy; radosna wieść o zmartwychwstaniu Chrystusa nie obudziła jednak echa w duszach obecnych. Poza nami w półmroku cerkiewki leżało kilkadziesięt zabitych żołnierzy, którzy czekali ranka, by spocząć w obcej ziemi; zebrało się ich tak dużo, że trudno było przy przejściu nie potknąć się o martwe ciała, zalegające podłogę. Noc była pogodna, gwiaździsta; na froncie panowała cisza ogromna, ogarnęło mnie jednak wielkie przygnębienie – przecież tych zabitych i tysiące innych posłałem na śmierć, ja, wyznawca nauki Chrystusowej, głoszącej miłosierdzie i przebaczenie wrogom! Czyż miałem zatem prawo, com uczynił, modlić się w kościele, wiedząc z góry, że nadal będę ludzi posyłał na śmierć?

W sztabie zastałem przygotowane święcone: jajka, szynkę, placki, ale jeść nie mogłem nic, chciałem jak najprędzej pozostać sam z moimi myślami. Zasnąłem dopiero nad ranem; o dużym dniu obudziłem się w lepszym nastroju, rzeczywistość wzięła górę nad refleksją. Lubimow zameldowal mi, że przed świtem dwa bataliony pułku litewskiego z własnej inicjatywy wzięły szturmem najbliższą przełęcz, by „dowódcy dywizji ofiarować ją w darze, zamiast jajka wielkanocnego”. Pierwszy raz w życiu otrzymałem tak oryginalny prezent; nadeszły również z Rosji inne dary” 42 tysiące jajek, 5 tysięcy placków; najedzą się zatem moi żołnierze zacnie.

Pierwszy dzień Wielkanocny był śliczny; na tle szafirowego nieba nasunęła się blisko w przezroczystym powietrzu ściana Karpat z ośnieżonymi szczytami; płynął przez doliny ciepły, łagodny powiew, szemrały, zbiegające się po górskich stokach, pęczniejące z każdą godziną – strumyki.

W południe zaczęła się jednak bitwa na nowo. Obecnie znajdowaliśmy się już przed ostatnim pasmem gór; jeszcze jedno uderzenie, i staniemy na Węgrzech. Przeciwnik widocznie słabnął; wkrótce zameldowano mi, że Węgrzy zaczynają się cofać. Minęło jeszcze pół godziny – dźwięczy jeden telefon za drugim: szczyty opanowane, wróg broni się tylko miejscami, główne siły odchodzą.

Nareszcie! Skończyły się sześciodniowe walki wśród niesłychanych trudów i cierpień, prawie bez snu i odpoczynku. Nie byłem już więźniem telefonu, kazałem więc sobie podać konia i pośpieszyłem z adjutantem na linię frontu. Szosa wiła się pomiędzy górami, wspinała się po stromych stokach wśród pięknego lasu świerków, pokaleczonych przez pociski, oplecionych drutem kolczastym, przekopanego parupiętrowymi okopami; gdzie tylko była polanka, leżały gromadki zabitych żołnierzy rosyjskich i austriackich; dużo ciał spadło do rowów szosy. Spiętrzone jedne nad drugimi góry, utrudniały orientację. Dopiero teraz zrozumiałem, jakiego wysiłku dokonał żołnierz...byleby nie został on zmarnowany.

 

Majdan

Zespół stacji kolejki bieszczadzkiej w Majdanie. Widok z lotu ptaka na centralną część stacji. Na dalszym planie widoczna parowozownia (zabytek nr A 284 z 28.11.1992). Autor foto: Verid 1 st. Praca własna. CC BY - SA 3.0 pl

Budowę wąskotorówki rozpoczęto w 1890 roku z Nowego Łupkowa do Cisnej. Projektantem kolejki był polski inżynier Albin Zuzula. Za Wikipedia.

Wkrótce dojechałem do nawpół spalonej osady górskiej, Cisny. Z za sąsiedniej góry wydobywały się kłęby dymu; przyszło więc mi do głowy, że to chyba pali się stacja kolejki wąskotorowej, oznaczonej na mapie. Dojazd do tego miejsca był trudny; stacja znajdowała się za górską rzeczką, płynącą w głębokim parowie, a most był spalony; przedostaliśmy się więc na drugi brzeg pieszo przy pomocy lekkiej ekwilibrystyki.

Mocowanie się z parowozem. Stacja, obłożona na wysokość człowieka skrzynkami z amunicją artyleryjska, płonęła jak pochodnia; paliły się również, stojące tuż na torze, dwa parowozy, zawalone drzewem; dookoła ani jednej żywej duszy. Pragnąc ratować dla nas cenne parowozy, odrzuciliśmy od nich palące się bale i polana; inne niebezpieczeństwo groziło im jednak od wybuchu setek pocisków, które już zdążyły się rozgrzać nieprzyjemnie. Na szczęście złapałem pięciu „łazików” z sąsiedniej dywizji; pomogli nam oni usunąć nabok niebezpieczne skrzynki. Wypadało jeszcze odprowadzić w bezpieczne miejsce lokomotywy, bowiem płonący budynek musiałby się na nie zwalić. Manipulacje przy hamulcach nie dało jednak żadnego rezultatu przede wszystkim dlatego, ponieważ nie można ich było dotknąć ręką , tak były rozpalone. Parę uderzeń polanem pomogło teoretycznie, ale siły siedmiu ludzi nie wystarczyły do poruszenia maszyn. Rozwiązał wreszcie tę kwestię pomysł taranowania jej naładowaną i rozpędzoną platformą; parowóz ruszył zwolna, a wspólny wysiłek naszej drużyny przyspieszył jego bieg w pożądanym kierunku.

parowóz

Lokomotywa (parowóz) Kp4 - 3772 Bieszczackiej Kolejki Leśnej na stacji Majdan. Autor foto: Michał Derela. Praca własna. CC BY - SA 4.0

Dawno nie użyłem tak gorączkowego wysiłku fizycznego, odpoczywałem jednak krótko, pilno bowiem było mi sprawdzić wartość naszej zdobyczy. Na torze stał długi pociąg, przygotowany do odjazdu, naładowany ciężkimi haubicami, skrzynkami z amunicją, beczkami i furgonami; na ostatniej platformie umieszczono nosze: leżał tutaj zabity sztabowy oficer węgierski. Widocznie ostatni atak zaskoczył Austriaków, nie zdążyli więc wywieść cennego ładunku.

W drodze powrotnej nasunęły mi się jednak pewne wątpliwości, co do mego postępowania: porzuciłem na dwie godziny kierownictwo dywizji dla sprawy bądź co bądź drugorzędnej, gdy bój nie był jeszcze zakończony; w czasie mej nieobecności nie stało się zresztą nic złego, ale właściwie postąpiłem, ulegając wrażeniu chwili, nieodpowiednio i to po raz drugi. Poczucie to zepsuło mi zadowolenie z pomyślnie dokonanej operacji górskiej. Nocleg miałem w domku unickiej popadji, której męża i syna uprowadzili Austriacy. Była ona bardzo biedna i przestraszona. Skupiliśmy się w dwóch pokoikach, a rozmowy telefoniczne zatruły mi całą noc; ze specjalną złościa słuchałem, jak wymieniano raz po raz moje nazwisko. Telefoniści mieli do wysłania szereg telefonogramów z moim podpisem i uważali za stosowne skandować go dobitnie i starannie. Japończyk był wciąż ze mną. Sztab ochrzcił go „Tarasem Maksymowiczem”, co ma przypominać właściwe imię jego i szanownego papy; przyjął to, jak zresztą wszystko, z dyskretnym półuśmiechem.

Okres niebezpieczny minął, zaczęli mnie więc odwiedzać różni bohaterowie „odtylcowi”; przybywali po materiał do opowiadań, na tle których mogła się zdarzyć łatwa okazja do zdobycia krzyża z mieczami, gdyż „znajdowali się w ogniu”. Ponieważ sztab siedział w kupie, uprościłem ceremoniał wzajemnych przywitań, sprowadzając go do ukłonu głową; za podanie ręki płaciło się rubla kary. W ciągu pierwszych dwóch dni rygoru zebrano 19 rubli; przeznaczono je na rzecz sierot po żołnierzu austriackim, zabitym na wojnie, a których matkę rozdarła nasza bomba. Otrzymałem kilka meldunków o sygnalizowaniu latarkami w kierunku przeciwnika; za każdym razem poszlaki wskazywały, że czynili to ludzie, mieszkający w pobliżu frontu. Kazałem więc wysiedlić ich w kierunku Węgier, zabraniając powrotu. Faktów organizacji szpiegostwa na rzecz przeciwnika zebraliśmy dużo, zato kulał na obydwie nogi nasz wywiad. Wiadomości o stronie przeciwnej otrzymywaliśmy wyłącznie od jeńców, oni również dostarczali nam czytelne, oryginalne mapy kraju; drukowane w Rosji kopie były marne, psuły tylko oczy.

Piękne Karpaty i błogi stan. Gdym stanąłem po raz pierwszy na szczycie Karpat, ogarnęło mnie uczucie dumy; zrozumiałem, że dywizja dokonała wielkiego czynu i to głównie pod naciskiem mej niesłabnącej woli, którą potrafiłem natchnąć wykonawców. Potężna rubież górska, przedzielająca nas od Węgier, została przekroczona. Patrzyłem na falujące coraz niżej, coraz bardziej błęktniejsze stoki węgierskie, na ginącą gdzieś daleko na południu linię horyzontu; pierś oddychała szeroko, oko pieściło się bezmiarem dostrzegalnej przestrzeni. Przypuszczałem, że po chwili wytchnienia stoczymy się jak lawina na równinę węgierską i przeniesiemy nareszcie pożar wojny na obcą ziemię...

Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa" t. 1



Autor artykułu : E. de Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com