Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 / 9

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2019-04-24 16:34:43

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas wydarzeń: 1915 rok miesiąc kwiecień – maj. Obszar akcji: Galicja Wschodnia. Wieś Ciśnia, Dobromil (obwód lwowski), Wieś Buchlowa i szlachecki dworek , Tarnów, Gorlice. Walczące strony: Rosja przeciwko Niemcom i Austro – Węgrom. Wybrane osoby z kart pamiętnika: Autor: E. DE. Henning – Michaelis, gen. W. P., gen. Lichaczew, gen. Lebiedew, gen. Kryłow, pułk. Szostakowski, hr. Szuwalowa (z domu Bariatyńska), gen. Batuszow, gen. Iwanow, gen. Sokołow, ppłk Kuchin, gen. Dmitrijew. Rzeki: Dniestr, San.

Trudne zmagania w Karpatach. Ostatni nasz atak musieliśmy przeprowadzić bez pomocy artylerii, której nie można było dowieść, gdyż Austriacy zniszczyli wszystkie mosty na drodze. Chciałem jednak wyzyskać chwilę depresji u przeciwnika i poryw własnych żołnierzy, parłem więc samą piechotą zapamiętale i nie omyliłem się; szczyty Beskidów zostały zdobyte ostatecznie bez dużych strat tym razem. Dalsze natarcie napotkało jednak na silny opór świeżych sił węgierskich, które zajęły dobrze umocnione stanowisko o cztery kilometry dalej na niższym paśmie górskim. Zdobyć je tym samym rozpędem bez udziału artylerii nie mogłem, wstrzymałem więc dalszy pochód. Tym razem przeciwnik odchodził w dużym nieładzie; po stronie węgięrskiej porzucono dziesiątki wozów, skrzynki z nabojami, ciężkie pociski, zwoje drutu kolczastego, przy drodze leżały liczne konie padłe.

Miałem nadzieję przeniesienia sztabu na stronę węgierską, ale nie znalazłem możliwego locum. Zamieszkaliśmy więc w Ciśnie, w domu doktora; uciekł on do Węgier, zostawił trochę gratów, a na ścianie w moim pokoju portret damy o dużym nosie, dużym kapeluszu, dużych pretensjach i małej urodzie. Przypuszczam, ze była to małżonka doktora, i nie dziwię się, że czuły małżonek pozostawił nam tę pamiątkę. Ładne miał szczęście w tym zakątku! Dom jednak był wyziębiony; pierwszej nocy zmarzłem na kość, chociaż spowinąłem się w kołdrę jak mumia. Na wierzchołkach gór mróz trzyma jeszcze, ale słońce wzięło się energicznie do roboty, śniegi topnieją szybko. Dnia 6 kwietnia ujrzałem na szczycie ze wzruszeniem, przebijające sie do życia i słońca, złote pierwiosnki.

Po trzech ślicznych prawie wiosennych dniach wielkanocnych, nastała znowu słota i mgła. Front uspokajał się z wolna; raz jeden próbowali Węgrzy zaskoczyć nas nagłym atakiem, ale zostali odparci, pozostawiając w naszym ręku cały batalion, w którym znalazł się spieszony szwadron dragonów. To dobrze! Brak widocznie przeciwnikowi koni. Mieliśmy przed sobą coraz to inne pułki; poprzednie przeważnie wyginęły lub zostały wycofane na tyły; na lewym skrzydle mieliśmy Niemców.

W pierwszych dniach kwietnia skończyło się ogólne natarcie rosyjskie w Karpatach. Gros 3-ciej armii i centrum nasze znalazły się po węgierskiej stronie; lewe skrzydło 8-mej armii ugrzęzło przy Koziówce, której Niemcy nie oddali. Ofensywa została zatrzymana z powodu coraz to wzrastającego oporu przeciwnika, któremu przybyły znaczne posiłki niemieckie, poważnych strat poniesionych, zmęczenia wojska i dużych roztopów w dolinach. Trzeba było doprowadzić do porządku oddziały, zorganizować dowóz i doczekać się skompletowania.

Wstrzymano więc wtedy akcję zaczepną, gdy potężna przeszkoda – Karpaty zostały nareszcie sforsowane, i dalsza ofensywa mogła się odbywać w warunkach terenowych o wiele łatwiejszych. Przecież zdobycie gór nie było ostatecznym celem operacji, stwarzało tylko dogodną odskocznię do opanowania Węgier i marszu na Wiedeń; nie wyzyskano jej dla przyczyn, o których powyżej wspomniałem. Cały więc poryw i wysiłek zostały wlaściwie zmarnowane, narażając operujące armie na olbrzymie straty i rozbicie ostateczne ich kadr. Poprawić sytuację mogło wyłącznie nadejście świeżych sił, które by przede wszystkim zaszachowały Niemców, operujących nad Dniestrem,

Przeglądałem codziennie pułki na froncie; zaciekłe parotygodniowe walki górskie dały się im we znaki; w dywizji pozostało zaledwie 6 tysięcy bagnetów; na każdym kroku widziałem oznaki wyczerpania. Jeżeliby kazano obecnie znowu natrzeć, można było z dywizji wykrzesać jeszcze jeden poryw, ale kosztem utraty reszty kadry; zabraknie drożdży do nowego wypieku . Stąd wniosek – dywizja winna była być ściągnięta na parę tygodni z gór dla odpoczynku, skompletowania i przeszkolenia. Zameldowałem o tym dowódcy korpusu, który podzielił mój pogląd, ale zaznaczył, że to samo ujawniło się na całym froncie, a świeżych sił do zmiany nie było; tymczasem nieprzyjacielowi przybywały coraz więcej z pomocą oddziały niemieckie. Widocznie więc było, że czeka nas bierna obrona.

11 kwietnia wróciła po raz trzeci zima, mroźna i śnieżna; drzewa uginały się pod ciężarem spadłego śniegu, dokoła było biało, aż oczy bolały. Nasze główne zajęcie polegało obecnie na odkopywanie się od śniegu. Od kilku dni nie zmieniałem miejsca pobytu, zagospodarowałem się więc w swym pokoiku, kazałem nawet wynieść wizerunek „pięknej pani”. Jeden z „łobuzów” sztabowych zaproponował, by portret wieszać nad łóżkiem tego z oficerów, który coś przeskrobał; dama miała wisieć tak aż do czasu, póki nie wpadnie następny. Słyszałem nieraz przez drzwi, jak śmiała się młodzież, przewieszając portret nad łoże kolejnego delikwenta.

Spacerowałem sporo po reglach, zmieniły się jednak bardzo nastroje, które niegdyś wywoływała we mnie przyroda Beskidów, tak pokrewna zakopiańskiej. Przed wojną szukałem w Tatrach odpoczynku duchowego wśród braci zakordonowych, zespolenia z naturą, sportu; teraz urwiska gór, czarne lasy, zaśnieżone szczyty, przecięte okopami, oplecione zdradliwym drutem, wydawały się ponure, groźne, kryły niebezpieczeństwo i śmierć.

Nowy szef sztabu i rozeznanie. Przybył nowy szef sztabu Lebiediew, mój dawny podkomendny z Chabarowska. Wrażenie wywarł dobre, ale wziął trochę ton dur, wypadnie go zmiękczyć na mol. Co drugi dzień spędzałem na froncie. Było to połączone z dużym wysiłkiem fizycznym; najprzód wypadało jechać powozem kilka kilometrów ohydną szosą, potem konno, zapadając się często po brzuch koński w zaspy śnieżne lub błoto; ostatni etap na piechotę z alpejskim kijem w ręce. Na krótką metę jest to najmilszy sposób podróżowania, wymaga tylko muskularnych nóg, dobrych płuc, pewnej ręki i sporo zręczności, bo wypada się posuwać po stromych, śliskich zboczach, wśród rozpadlin i wyrw, skokami; po paru godzinach takiej gimnastyki zaczyna się ona mniej podobać, ale za to nabiera się dużej wprawy. Przeciwnik nie przeszkadzał zwykle mym spacerom, miał jednak parę uprzywilejowanych miejsc, gdzie nie znosił żadnego ruchu; ja zaś znowu nie miałem ochoty nadkładać drogi. Przechodziło się więc niepewną polankę lub mostek szybko, po jednemu, i natychmiast szus w bok, byle prędko, bo już nadlatywało parę celnych szrapneli, szczęściem zawsze za późno.

Znalazłem sie nareszcie na szczycie 651 m, gdzie urządzono dobrze zamaskowany punkt obserwacyjny baterii; skromnie wsunąłem się do kryjówki, przykrytej balami, ziemią i śniegiem. Następnie przestudiowałem bezpiecznie przez dobrą lunetę stanowisko przeciwnika. Widziałem je, jak na dłoni: przede wszystkim siedział, jak bielmo na oku, szczyt 922, opasany czterema pasami drutów i rogatek kolczastych, broniony piętrowymi okopami; miejscami zbliżały się one do naszych stanowisk o czterdzieści kroków, wtedy zasieki kolczaste między nimi były z konieczności wspólne. Kilka strzałów armatnich do okopów przeciwnika stwierdziło, że bateria jest dobrze wstrzelana.

Szczera rozmowa dowódcy z żołnierzem.W jednym z okopów wdałem się w pogawędkę z jakimś prostodusznym żołnierzem; dał on mi dosadną charakterystykę gen. Lichaczewa; - on sukin syn, nie boi się zupełnie śmierci; kule dokoła koszą, a on idzie za żołnierzami i pogania ich kijaszkiem.

W pułkach było za mało oficerów, szczególnie w kompaniach, za dużo ich siedziało w sztabach pułków. Zrobiłem więc redukcję, znosząc bezwzględnie wszelkie tymczasowe przydziały. Sporo również oficerów tkwiło w szpitalach i nie spieszyło się bynajmniej z powrotem; wydałem rozkaz zwolnienia do rezerwy armii tych, których nieobecność przekraczała czas dwóch miesięcy. W ogóle duch korpusu oficerskiego osłabł znacznie. W jednej z walk lokalnych zaszedł nawet fakt oddania się do niewoli porucznika pułku wileńskiego, chociaż nikt nie zauważył, by go zraniono, a nie było go również wśród poległych. Ponieważ przysięga nakazuje żołnierzom walczyć, póki można utrzymać w ręku oręż, poleciłem nadal przeprowadzać, w razie zniknięcia oficera w czasie walki, ściśłe dochodzenie, w jakich warunkach zginał; po ewentualnym powrocie zaginionego do pułku, sąd honorowy miał ustalić jego odpowiedzialność.

Otrzymałem od dowódcy korpusu propozycję przeniesienia się do Roztoki pod główny szczyt, gdyż sztab korpusu chciał zająć Cisnę; odpowiedziałem prośbą o zmianę Roztoki, gdzie nie było ani jednego dachu, na Orosz Ruską po stronie węgierskiej, ale na to nie zgodziła się znowu „władza”, gdyż wieś ta znajdowała się na zupełnie odkrytym zboczu, o 2 km od stanowiska przeciwnika, nie chciano zatem narażać nas bez potrzeby. Pozostałem więc w miejscu, co mi dogadzało głównie ze względu na doskonałe sprężynowe łóżko..

Ze szczytu 922 zaglądano mi zanadto do garnków. Korzystając ze zmiany garnizonu (Niemców zamienili Węgrzy), udało się nam nagłym atakiem zdobyć ten szczyt, ale od tego czasu nie mieliśmy spokojnej chwili; honwedzi chcieli go za wszelką cenę odebrać; zasypywali nas huraganem pocisków, a potem pędzili do szturmu. W ciągu dwóch dni odparto ze dwadzieścia ataków na krótki dystans, ale batalion pułku białostockiego trzymał się mocno; nareszcie udało się jednak przeciwnikowi, dzięki załamaniu się sąsiada z 14-tej dywizji, wedrzeć do skrzydłowych okopów na szczycie, pod noc wyrzucono go jednak z powrotem, biorąc sporo jeńca, wyłącznie z 13-go pułku honwedów. Zdaje mi się, że moje 922 nie było gorsze od słynnej, codziennie reklamowanej w komunikatach „Koziówki”, ale w meldunkach byłem bardzo powściągliwy. Mam głębokie przeświadczenie, że wszelka reklama jest poniżej godności żołnierskiej.

Tragiczne skutki próby nowej broni. Zdarzył się przykry wypadek: przysłano nam do wypróbowania granaty, które miały być wystrzeliwane ze zwykłego karabinu na odległość 60 kroków. Wybrałem więc odpowiednie miejsce, chcąc przeciwnikowi urządzić „siupryzeczkę”. I kazałem dokonać próby w mej obecności; granat wybuchł, ale zaraz po wystrzale zabił instruktora oraz żołnierza, poranił mnie, szefa sztabu, dwóch adiutantów i kilku żołnierzy. Ranni twierdzili, że nastąpiły właściwie dwa wybuchy prawie jednocześnie, bo w tej samej chwili pękł tuż granat austriacki; ja tego jednak nie zauważyłem. Najbardziej ucierpiał Lebiediew, odłam pocisku trafił go bowiem w pierś; ja straciłem na razie przytomność, ale szybko przyszedłem do siebie, odłamy żelaza trafiły mnie w brew, lewą rękę i w pierś.

Noc miałem nietęgą, gorączkowałem nieźle, bardzo bolała mnie głowa, piersi, ręka, przy kaszlu trochę krwawiłem; lekarz przypuszczał, że odłam musiał zaczepić płuco. Lebiediew miał się gorzej; wypadło go ewakuować. Ja wolałem zaczekać, gdyż w ogóle nie czułem się źle, postanowiłem na razie pełnić dalej służbę, nie opuszczając naturalnie łóżka. Po dwóch dniach gorączka spadła, krew przestała się pokazywać, ale leżeć musiałem jeszcze czas jakiś. Było mi trochę nudno, znosili mi więc oficerowie książki do czytania, przeważnie jakieś ramoty; zajęła mnie prawdziwie tylko jedna, odebrana niemieckiemu oficerowi pod tytułem: „Dokumente zur Geschichte des Krieges zur Verbreitung der Wahrheit und zur Entlarvung der Gegner”.

W książce tej obok luźnych artykułów, mów Wilsona i kanclerza, znalazly się różne łamańce literackie, mające udowodnić, że Niemcy to baranki niewinne, sprowokowane przez entantę; każdy ustęp był zręcznie skonstruowany z prawdy i fałszu, a całe „dzieło” miało na celu urobienie opinii wewnątrz kraju. Mądra polityka! Przysłano mi również broszurę austriacką ze wskazówkami o rosyjskiej armii; wywierała ona wrażenie humorystyczne: pisało się w niej o rosyjskiej perfidii, szpiegostwie, a ludność, ho,ho! To same szpiegi, podpalający własne domy, w celu sygnalizowania...

17 kwietnia pomagałem w zdobyciu góry. Ta góra nie przeszkadzała mi nic a nic, ale dokuczała bardzo sąsiadom; sprawa się udała, ale znowu ubyło sporo żołnierzy, w tej liczbie dowódca pułku wileńskiego, pułk. Szostakowski, zraniony w głowę. Straty byłyby mniejsze, gdyby sąsiad , gen. Kryłow, nie dał mi fałszywych danych co do ugrupowania przeciwnika. Jeden mój batalion został całkowicie wykoszony przez ukryte gniazdo kulomiotów. Akcją kierował z mego ramienia gen. Lichaczow, ja byłem jeszcze przykuty do łóżka; wzięliśmy do niewoli 14 oficerow i 650 żołnierzy, zdobyto równiez 2 kulomioty.

Podczas walki zaklinał mnie parokrotnie telefonicznie gen. Kryłow, aby oddziały moje atakowały energiczniej, gdyż jego dywizja wyprzedziła je o wiele i ma bardzo trudną sytuację. Pytałem natychmiast Lichaczewa czy to prawda i otrzymałem kategoryczne zaprzeczenie: „Bezczelne kłamstwo, nasi są na połowie zbocza, sąsiedzi grzebią się u podnóża”. Wielokrotnie już obserwowałem zjawisko oglądania się na sąsiada, by za jego kołnierzem osiągnąć łatwiejsze powodzenie; w ogóle mogłem sobie wyrobić o gen. Kryłowie niezbyt pochlebne pojęcie, był złym sąsiadem, nie uważał nawet za stosowne podziękować mi telefonicznie za skuteczną pomoc.

Odwiedziny dwóch odważnych dam. 19 kwietnia wstałem nareszcie; lekarz usunał bandaże, wyjął z brwi drobny kawałek żelaza, reszta tkwiła, ale prawie nie dokuczała, ręka jeszcze była na temblaku, zakazano mi również kszlać. Pojechałem trochę na spacer i podpatrywałem budzącą się wiosnę. Na słońcu było dość ciepło, śniegi znikały szybko, przed domem widziałem nawet dwa pączki tulipanów i słyszałem ku największemu zdziwieniu nieśmiałą piosenkę słowika; one tu chodzą chyba w kożuchach.

Przyjechali goście i to chyba na dłuższy czas: hr. Szuwowalowa ze swym punktem opatrunkowym. Niebardzo mnie to ucieszyło: hrabina (z domu Bariatyńska) należała do najwyższej arystrokracji rosyjskiej, była zaprzyjaźniona z rodziną cesarską, należało zatem oczekiwać przesadnych żądań, fumów, a tu nie miałem dla niej żadnego przyzwoitego locum. Dałem paniom dom szkolny, ale tam piece były rozwalone, brak mebli, brudno. Zaraz po przyjeździe, złożyła mi hrabina wraz ze swą pomocnicą, baronową Mejendorf, wizytę. Urządziłem paniom wersalkie przyjęcie w mych apartamentach: funkcje nieobecnych foteli pełniły skrzynki z makaronem, za to herbata z autentycznymi sucharkami kijowskimi była wyśmienita. W ogóle panie podobały mi się, szczególniej hrabina, rozmawiała z dużą prostota i humorem, prosiła tylko o jedno – trochę wapna do pobielenia ścian, i zapowiedziała, że będzie oczekiwała mej wizyty w Petersburgu, po zawarciu pokoju.

Koniec kuracji. Chirurg wyjął mi wreszcie z ręki dwa kawałeczki żelaza; ugrzęzły w mięśniu i stopniowo przesuwały się przez ramię na drugą stronę; co do ranki w piersi, istniało przypuszczenie, że coś tam siedzi w płucach, ale sprawdzić mogła to tylko rentgenizacja, której na miejscu nie mieliśmy; wypadło z tym poczekać, kłuło mnie coraz mniej, może się zakapsluje. Nie mogąc jeszcze łazić po górach, pędziłem życie próżniacze, siadywałem godzinami nad górskim potokiem, słuchając szumu wody, pędzącej po skalistym łożysku, składałem światowe wizyty. Byłem u hr. Kankrina; przyjął mnie po królewsku: poczęstował trzema szklankami mleka. Od miesiąca już nie próbowałem tego specjału: nie było zupełnie krów z braku paszy; obiecywał mi jednak intendend dywizyjny, że autentyczna krowa dla mnie jest już w drodze. W pułku brzeskim zaszedł ohydny fakt: dwóch żołnierzy chciało zdezerterować do przeciwnika, przyłapano ich jednak w połowie drogi, jednego zastrzelono w pościgu, drugi wrócił, ale tylko po to, żeby go z wyroku sądu doraźnego rozstrzelać.

Z powodu braku zajęcia zajął się mój adiutant statystyką: obliczył, że dywizja wzięła do niewoli w ostatnich walkach 134 oficerów i 6250 żołnierzy.

Wiadomości z linii frontowej. Gazety komunikowały, że Niemcy przewożą do zachodniej Galicji duże siły; uderzenie z tej strony mogłoby zagrozić tyłom karpackiego frontu. Nie rozumiałem jednak, dlaczego tak długo Rosjanie nie wznawiali natarcia; było chyba czasu dość, by nadeszły świeże siły do energicznej akcji zaczepnej na naszym froncie.

Nareszcie wyjąłem rękę z temblaka i ruszyłem na szczyty; postanowiłem się wdrapać na trzy wierzchołki głównego pasa, obejmujące stanowisko jednego pułku. Śnieg na stronach północnych trzymał się jeszcze jako tako, ale od strony południowej znalazłem formalną bryndzę, często jedno kolano zapadało się w śnieg bez końca, a drugie jechało pod brodę; w każdej rozpadlinie szumiały kaskady lub wodospady, przez które przechodziliśmy po zmurszałych, oślizgłych pniach; strome zbocza były tak śliskie, że przewracałem się częstokrotnie, łącząc niezmiennie tę przyjemność z jazdą w dół; bez kija alpejskiego nie dałbym sobie rady.

Zapowiedź inspekcji. Ze szczytu Babiej Skały (1195 m.) miałem wspaniały widok na olbrzymią połać Beskidów z ośnieżonymi jeszcze wierzchołkami, lśniącemi w słońcu dziewiczą białością śniegów na tle ciemnych zboczy gór, zarosłych gęstą szczotką świerków. Większość stanowisk nieprzyjacielskich widziałem jak na dłoni, rozpoznawałem ich linie nawet wśród lasów po niebieskich dymkach dyskretnie ukrytych ognisk. Moje stanowiska obronne były mocne, teren nader dogodny, zakopaliśmy się w ziemi, jak troglodyci, a odrutowali tak misternie, jak nalepszy druciarz.

Góra

Babia Góra. Autor foto: Opioła Jerzy (Poland). [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)]. Data:  3 maja 2006.

Spacer ten trwał 12 godzin, zmęczył mnie trochę, zaniepokoił nawet serce; prosiłem więc nazajutrz dowódcę korpusu, by mi pozwolił zamieszkać w Otosz Ruska, skąd miałem do linii frontu o wiele bliżej; zamiast odpowiedzi, zapowiedział Bałaszow swą wizytę.

Przyjechał rzeczywiście i podobał mi się w obejściu; posiadał dużo prostoty i grzeczności. Zachciało mu się zobaczyć moje stanowisko ze szczytu 1014; pókiśmy jechali konno, było dobrze, ale potem wypadło gramolić się na piechotę. Po dziesięciu minutach zaczął generał pytać, czy to jeszcze daleko, a mieliśmy jeszcze trzy kwadranse drogi; zwątpił więc, czy dojdzie, i rzeczywiście, po kilkunastu krokach usiadł, mówiąc „basta”. Nie dałem jednak za wygraną, załadowałem ekscelencję na silnego konia od jucznego kulomiotu i dostawiłem go na szczyt. Tu generał spojrzał trochę przed siebie, wysłuchał z pewnym roztargnieniem początku mego meldunku i przerwał go pytaniem: „A może dostanę herbaty?” Naturalnie, zjawiła się natychmiast i to z koniakiem, co Bałaszowa wprawiło w doskonały humor. Na tym skończyła się imspekcja. Przenieść się na węgierską stronę generał nie pozwolił. „Siedź pan, gdzie siedzisz, i nie szukaj zbędnego guza, w dywizji zupełny porządek.” Nazajutrz przeczytałem w rozkazie do korpusu wielkie pochwały pod moim adresem za wzorowe dowodzenie dywizją.

Koleżeńska wojskowa pomoc. Zwrocił się do mnie mój sąsiad z lewej strony, dowódca 14-tej dyw., gen. Sokołow, z prośbą o pomoc. Udzieliłem mu jej naturalnie i dopomogłem, ale niewiele; przeważnie sam sobie radził. Po ukończeniu operacji otrzymałem od Sokołowa telegram z podziękowaniem i odpisem raportu do armii, w którym zaznaczył skuteczność mej pomocy; był więc stosunek koleżeński z tej strony o wiele uczciwszy. Wzięliśmy do niewoli dwustu szeregowych i paru oficerów; żołnierzy zostawiłem na czas jakiś w dywizji do naprawy niegodziwej szosy, chociaż kłóciło się to z resztą z mym osobistym interesem. Dzięki obecnej ślicznej pogodzie, miałem częstych gości różnych szarż, specjalistów od występów gościnnych, pragnących ujrzeć Węgry z najwyższego szczytu, który jak na złość wlazł do mojego rejonu. Zabierali więc ci panowie sporo mojego czasu i benzyny. Wciąż nie miałem ani szefa sztabu, ani adjutanta sztabu generalnego; jeden pokazał się na krótko, ale nie podobał mi się w służbie, zbyt lubił wygody i uciechy życiowe; nacisnąłem go wię o tyle, że zrezygnował, zachorował i wyniósł się.

Szczegół z życiorysu hr. Szuwałowej. Stosunki nasze ułożyły się wcale dobrze; nie prosiła o nic, zajmowała się czynnie opieką nad rannymi i zdrowymi żołnierzami, sprowadziła ogromne ilości bielizny, butów i konserw, które rozdawała szpitalom i poszczególnym żołnierzom, Przez wdzięczność woziłem hrabinę autem na główną przełęcz, a po drodze rozmawialiśmy dużo o sztuce włoskiej i o stosunkach przy dworze cesarskim. Zwróciłem jednak uwagę, że często brak było p. Szuwalowej słów rosyjskich, a wymowa jej posiadała akcent cudzoziemski – młodość swą spędziła głównie we Włoszech. Przed paru dniami specjalny urzędnik przywiózł jej z głównego Zarządu Czerwonego Krzyża rozkaz, przydzielający jej oddział do innej dywizji; hrabina się rozgniewała i ostro wypaliła posłańcowi: - Niech pan powie wszystkim tam na górze, że nie pojadę nigdzie i słucham rozkazów wyłącznie mego dowódcy dywizji..., i została, bo jej się wszyscy bali.

Hrabina Maria Szuwałowa była żoną księcia Aleksandrowicza Oboleńskiego. Ich syn Dimitri Oboleński, to angielski historyk rosyjskiego pochodzenia (ur. 1882 r.). Po rewolucji w Rosji cała rodzina dzięki pomocy Brytyjczyków osiedliła się w Wielkiej Brytanii. Syn Dimitri pojawił się w Rosji w 1988 roku z okazji pewnej uroczystości.

Przygotowania do akcji, ale jakiej? Z końcem kwietnia dywizja wzmocniła się o tyle, że odzyskała zdolność do poważnej akcji zaczepnej; przysłane skompletowanie było dobre, oficerowie dopytywali się, kiedy pójdziemy naprzód. Dochodziły jednak wieści, że Naczelne Dowództwo rosyjskie gromadzi gros sił we Wschodniej Galicji, co wskazywało na zamiar skierowania głównego uderzenia na Munkacz. Kierunek ten nie dawał żadnych poważniejszych korzyści strategicznych; przeciwnika w razie powodzenia odrzucało się na jego tyły. O wiele lepsze rezultaty obiecywało natarcie na froncie Dukla – Roztoka, zabezpieczone ze strony Krakowa; ten kierunek rozcinał front austro – niemiecki w centrum i wyprowadzał bezpośrednio armię rosyjską na drogę do Wiednia.

Być może zreszta, że wybór dla dalszych operacji terenu Wschodniej Galicji był wywołany względami nie tyle strategicznymi, ile polityka rusyfikacyjna, pragnącą jak najprędzej oczyścić od austriaków ten „iskoni ruskij kraj”, by się w nim mogli zagospodarować wygodnie działacze w guście wielebnego archireja Eulogjusza.

Zaczęły latać na nami często „ptaszki”, ale nie zrzucały żadnych „confetti”, obserwowały tylko. Wypadło zaimprowizować artylerię przeciwlotniczą z dział polowych, ustawionych na spreparowanych z bali podstawach; rezultatów namacalnych nie mógł, naturalnie, dać taki prymityw, ale zmuszał aeroplany do wysokiego lotu.

Doniesienia z frontu. W pierwszych dniach maja nadeszła wiadomość, że Niemcy rozbili dwa rosyjskie korpusy pod Gorlicami, zmuszając je do odwrotu, ale posiłki już nadchodziły.

W dwa dni później otrzymałem lakoniczny rozkaz przygotowania się do ewakuacji z Karpat. Przypuszczałem na razie, że cofniemy się tylko na główny grzbiet Beskidów, ale w kilka godzin nadeszło hiobowe wyjaśnienie: miałem w ciągu doby odesłać szpitale i tabory o trzy dni marszu, zniszczyć składy w Ciśnie, zburzyć kolejkę, a po dokonaniu tego rozpocząć odwrót. Rozkaz ten zdruzgotał po prostu – mieliśmy więc bez walki oddać z powrotem Beskidy, zdobyte tak szalonym wysiłkiem i ofiarami ?

Wycofujemy się. Ileż tysięcy zginęło i usłało przy ich zdobywaniu zbocza i Szczyty? Oburzenie i wstyd żarły mi wprost duszę, nie wiedziałem nawet, kto zawinił, i przypuszczałem, że zawdzięczamy to dowodcy 3-ej armii. Radko Dmitrijewowi, człowiekowi zaciętemu a niesłychanie upartemu.

Kolejka zdążyła zaledwie wywieść rannych, chorych i najcenniejsze rzeczy; reszta – dwadzieścia pięć tysięcy pudów mąki, suchary zapasy owsa, konserw, bielizny – została oblana naftą i spalona; zniszczono rownież olbrzymie zapasy, zwiezione przez hr. Szuwalową; jednocześnie spalono budynki stacyjne i mosty kolejowe.

Rozpoczął się odwrót. Przeciwnik na razie nie zauważył mego ruchu; zsunąłem się z gór w nocy w ciszy, a nad ranem zająłem stanowisko na następnym grzbiecie. Wróg w ciągu dnia próbował nacisnąć, ale pokazałem zęby i się uspokoił. Wieczorem nadszedł nowy rozkaz: cofnąć się o 20 km.; zapowiadało to ostateczną stratę Karpat. Nastrój wśród oficerów stawał się coraz bardziej podniecony, sarkano prawie głośno, że zmarnowano nasze zwycięstwo. Zebrałem więc na noclegu starszyznę i nakazałem zastosować jak najdalej idące środki dla utrzymania w szeregach karności i zaprzestania wsród oficerów wszelkiej krytyki wydarzeń i dowództwa.

Dwie doby spędziłem bez snu, potrzeby odpoczynku prawie nie odczuwałem, podniecała mnie gorączka i niepokój o losy dywizji. Kazano mi cofać się w arjergardzie korpusów 8-go i 9-go; był to prawie wyrok zagłady. Musiałem przepuścić przed sobą po bardzo złych drogach parę tysięcy wozów i piędziesiąt tysięcy ludzi; drugi raz już wypadło na mnie w tej wojnie tak przykre zadanie. Początkowo inne dywizje pchały przed sobą swe tabory, ale stopniowo dawały za wygraną, przyspieszały odwrót, wyprzedzając własne treny; liczyły widocznie na to, że obroni ich ten, kto idzie ostatni.

Miałem też początkowo trochę kłopotu z grupami dezerterów, którzy zostawali za swemi oddziałami dla grabieży; zastosowałem wobec nich środek radykalny; komendy podoficerskie dywizji, pod dowództwem dzielnego ppłk. Kuchina, idąc przy arjergardzie, przetrząsały tyralierą wszystkie wsie i zarośla, każdy napotkany poza szeregami żołnierz, zostawał natychmiast rozstrzelany. W ciągu pierwszych dni marszu strzelanina do tej zwierzyny była tak gęsta, że chwilami miałem wrażenie ogniowej walki z przeciwnikiem; pomogło to jednak nadzwyczajnie, dezerterzy poczęli zmykać przed dywizją tak starannie, że znikły na drodze naszej wszelkie ślady rabunku.

Napór ze strony Austriaków był w ciągu pierwszych trzech dni nieduży; gdy mnie naciskano, przechodziłem natychmiast do natarcia i odrzucałem na krótki dystans natrętów. Taktyka ta nie wstrzymywała zupełnie marszu, a tabory wlokące się przede mną, hamowały go stale, a oskrzydlenia nie czułem zupełnie.

Nocleg w dworku szlacheckim. Po drodze spotkaliśmy parę opuszczonych przez właścicieli dworów obywatelskich, i raz jeden nocowałem we wsi Buchlowie, w wygodnym szlacheckim dworku. Właściciel uciekł widocznie zawczasu, gdyż wywiózł nawet meble; cały dom pełen był jakiejś rozpaczliwej, martwej ciszy, życie zamarło tu całkowicie, tylko w ogrodzie zauważyłem dwie niemłode kobiety o wyglądzie inteligentnym, szukające czegoś na grządkach zeszłorocznych. Spojrzały na mnie nieufnie, ale polska mowa uspokoiła je; panie te należały do rodziny rządcy, głodującej wprost w oficynie z powodu zupełnego wyczerpania żywności; ostatnie dnie żywiły się wykopanemi w sadzie, zmarzniętymi jarzynami. Odwiedziłem biedaczki, znalazłem tam również staruszka emeryta z żoną i dwiema dorosłymi córkami; rad byłem przysłużyć się tym wykolejeńcom paroma workami mąki i kaszy, połciem słoniny, cukrem, herbatą i odrobiną pieniędzy austriackich.

Gdym wrócił z przechadzki, zameldowano mi dyrektywę telefoniczną, otrzymaną ze sztabu korpusu: kazano mi niszczyć przy odwrocie wszystko, cokolwiek mogłoby się przydać przeciwnikowi, innymi słowami – zostawić za sobą ziemię i niebo. Przypomniała się widocznie Rosjanom strategia Scytów, stosowana z powodzeniem w roku 1812.

Rozgniewałem się ogromnie na tak dzikie rozporządzenie i rozkazałem surowo niszczyć przy odwrocie wyłącznie objekty, mające znaczenie czysto wojskowe: mosty, państwowe składy żywności, tory kolejowe, budynki techniczne na stacjach; własność prywatna miała być szanowana pod karą śmierci. Naturalnie przypuszczałem, że spotkają mnie z tego powodu duże nieprzyjemności, nie mogłem jednak spełnić tak nieludzkiego polecenia.

wieś Lisok

Ukraina, wieś Lisok w obwodzie lwowskim. Foto kościoła - kaplicy. Autor: Vmaksym. Praca - własna. Data utworzenia: 31 październik 2015. {CC BY - SA 4.0 (https:// creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)].

W Lisku nastała dla dywizji chwila krytyczna: na Sanie mieliśmy do dyspozycji tylko dwa mosty, jeden pod miastem, drugi o 12 km poniżej, stłoczyły się więc ku nim oddziały dwóch korpusów, a ja musiałem zająć stanowisko obronne przed rzeką i trwać tu aż do rozkazu.

Dla wyjaśnienia sytuacji pojechałem do sztabu korpusu; zastałem go na wsiadanem. Bałaszow ucieszył się bardzo, gdym mu zameldował o stanie liczebnym moich bagnetów, gdyż inne dywizje miały znacznie mniej; gdym jednak spytał, kiedy będę zluzowany, odpowiedział sentencją z Ewangelii: „Komu dużo jest dane, od tego więcej się wymaga”. Już to moja władza objawiała stale usposobienie religijne.

Doniesienia z frontu. Dowiedziałem się nareszcie, co zaszło pod Gorlicami. Niemcy zgromadzili w Zachodniej Galicji, zupełnie niepostrzeżenie dla Rosjan, olbrzymie siły, wyposażone w potężną, ciężką artylerię i nieprzebrane zapasy pocisków 1-go maja nastąpiło czterogodzinne, gwałtowne bombardowanie rosyjskich stanowisk, pomiędzy Tarnowem a Gorlicami; zniosło ono zupełnie okopy i druty, wybiło znaczną część obrońców. Potem nastąpił atak, dokonany olbrzymimi falangami. Rosjanie, którym przede wszystkim brakło pocisków, nie wytrzymali, front został przerwany, a poważniejszych rezerw w pobliżu nie było; nastąpił więc odwrót, który mógł odciąć korpusy, tkwiące w zachodniej części Karpat.

Głównym winowajcą katastrofy był gen. Iwanow. On to wyciągnął na prawym skrzydle 3-cią armię, jak nitkę, przerzucił jej główną masę za Karpaty, nie zabezpieczył prawego skrzydła frontu odpowiednimi rezerwami, przeciwnie, gromadził je we Wschodniej Galicji; on zresztą nie wiedział, co się u niego przed frontem działo.

Wieści te były bardzo niepokojące, dłuższy odwrót mógł zaważyć na losach Królestwa. Na razie mieliśmy się zatrzymać na linii brzegowej Sanu, trzymając mocno Przemyśl; narzekał jednak Bałaszow na aliantów, że stoją bezczynnie, pozwalając Niemcom przerzucać bezkarnie na wschód najlepsze ich siły. Rzeczywiście, fakt nieskoordynowania działań na frontach był jawny, brakło jednej woli, kierującej całokształtem operacji; nawet zachodni front podlega trzem wodzom.

W Lisku zastałem panikę. Ludność rusińska uciekała, bojąc się represji za życzliwość, okazywaną Rosjanom; w mieście pozostawiono jednak przy odwrocie dwa szpitale wojskowe, liczące przeszło pieciuset rannych i chorych. Wszyscy błagali by ich zabrać, poleciłem więc lekarzom wybrać zdrowszych, ale wozów do przewozu zebrano zaledwie osiem, i oto stanęliśmy przed dylematem, jak wywieść stu czterdziestu chorych, którzy otoczyli nas ciasnym kołem. Napchano tych biedaków, strasznie wychudzonych, o błędnych, gorączkowych oczach, na wozy, ile się dało, otulono ich kołdrami i chustami, ale większość nie znalazła już miejsca. Kazałem więc wyrzucić z taboru sztabowego zapasy żywności, zsadziłem z kozła wszystkich raborytów, a jednak wielu nieszczęśników pozostało, żegnając odjeżdżających jękiem, krzykiem i przeklęstwami.

Na froncie bez poważnych zmian. Przeciwnik naciskał zwolna, obawiałem się tylko o moje lewe skrzydło, skąd odchodziła dalsza droga mego odwrotu: miała się z tej strony znajdować 14-sta dywizja, ale od rana utraciłem z nią łączność, odeszła widocznie w nocy. Dla zabezpieczenia się z tej strony postawiłem na dobrze zamaskowanym stanowisku dwa bataliony z baterią, mające przed sobą paręset kroków otwartej przestrzeni i prąd Sanu.

O zachodzie słońca zauważono za rzeką ruch nieprzyjacielskich wywiadowców, badających bród, a po chwili ukazały się dążące z lasu ku rzece gęste tyraliery niemieckie i austriackie. Na razie z naszej strony nie padł ani jeden strzał, i czołowym kompaniom pozwolono przeprawić się głębokim brodem na prawy brzeg rzeki; gdy jednak główna masa znalazla się w wodzie, zagrały kulomioty, zionęły ogniem karabinowym kompanie, prysnęły kartaczami działa. Wrażenie było piorunujace. Pierwsze szeregi rzuciły się do ataku, ale były po paru minutach wybite do nogi, dalsze próbowały ratować się ucieczką przez rzekę, skłębiły się w wodzie z napierającymi się jeszcze z tyłu oddzialami, i tu rozstrzeliwano miotającą się panicznie masę, jak stado gęsi; nie wielu uciekło do lasu. Z uczuciem chciwej radości patrzyłem na dziesiątki ciał, płynących z prądem; jeńców nie brano.

Ku nocy przeciwnik zbliżył się na całym froncie, ale miałem już pozwolenie na dalszy odmarsz; nakazałem więc odwrót za San, poczym wysadzono most w powietrze. Zapadł już wieczór, byłem bardzo wyczerpany, pojechałem więc autem, wyprzedzając awangardę; zaraz za miastem ostrzeliwano mnie ogniem karabinowym z drugiego brzegu Sanu, jechaliśmy więc przez jakiś czas z wyłączonym światłem.

Marzyłem o dobrym wyspaniu się, ale skończyło się na dwóch godzinach wypoczynku; obudzono mnie wieścią nieprzyjemną, że dalsza droga na przełęczy jest zatarasowana taborem i nie będzie wolna przed południem. Wypadło więc wydać dyspozycje do zajęcia z arjergardą bojowego stanowiska; dla ochrony tak niebezpiecznych pod względem paniki taborów, kazałem je wyciągnąć możliwie jak najdalej i ukryć grupami w przydrożnych dolinkach, a cały sztab z pułkiem rezerwy wziął od świtu udział w przyspieszeniu ruchu wozów przez długą i stromą przełęcz. Trwało to przeszło osiem godzin. Przeciwnik przywitany ogniem, nie kwapił się zbytnio do natarcia; może nie poszła na marne wczorajsza nauczka.

Gdym nareszcie wjechał na szczyt, sprawdziłem, że udała się nam dość trudna sprawa; miałem z przełęczy widok na kilka kilometrów wstecz, gdyby więc przeciwnik ostrzeliwał ją z paru dział, nie przeszedłby tędy ani jeden wóz.

Południe minęło od dawna, znowu powstały marzenia o wypoczynku, ale ponownie spotkało mnie dotkliwe rozczarowanie. Oficer sztabu wręczył mi rozkaz, co do dalszego marszu, z wskazaniem godzin przejścia przez pewne punkty; a były one obliczone tak sprytnie, że miałem maszerować bez odpoczynku prawie jeszcze dobę, aż do Dobromila. Naturalnie zirytowałem się na dowództwo, gdyż spodziewałem się nareszcie zmiany w ciężkiej służbie arjergardy, a tymczasem kazano mi wykonać nader forsowny marsz.

Ratusz

Przedwojenny ratusz w centrum Dobromila. Autor foto: Artur Koszalka - Praca wlasna. Data utworzenia: 8 maja 2010. CC BY-SA 4.0

Poleciłem więc zameldować gen. Bałaszowowi, że przede wszystkim wstrzymam marsz dywizji na trzy godziny dla odżywienia ludzi i odpoczynku, poczym ruszę stosownie do rozkazu, nie jestem jednak w możności trzymać się wskazanych godzin. Marsz wykonaliśmy bez przeszkód; przeciwnik nie mógł za nami nadążyć. Pod Dobromilem zatrzymałem się jeszcze raz na dwie godziny; żołnierze byli tak wyczerpani, że nie chcieli jeść i zasnęli pokotem, gdzie stanęli, nie schodząc nawet z drogi. Gdym mijał baterie, zwróciłem uwagę na niezwykły wygląd; wszystkie działa i jaszczyki były wprost oblepione kobietami i dziećmi, a chłopi szli obok; był to akt litości artylerzystów dla uchodzącej ludności rusińskiej. Twarde musiały być rządy austriackie! W pobliżu miasta droga prowadziła przez teren naftowy; obawiając się , by jakiś „patriota” nie podpalił szybów, poruczyłem dozór nad nimi, aż do przejścia arjergardy, ppułk. Kuchinowi.

Do Dobromila przyjechałem około północy; ledwie zlazłem z konia, nie mogłem jednak położyć się od razu, należało wydać rozkaz na dzień następny. Nie było to łatwe zadanie, gdyż oficerowie sztabu zasnęli natychmiast snem kamiennym, siedząc na krzesłach; z największą trudnością udało mi się obudzić dyżurnego i podyktować mu rozkaz. Cóż to jednak była za przyjemność rozciągnąć się potem na wygodnym łóżku naczelnika powiatu, który przed dwoma dniami uciekł do Przemyśla! Kazałem się obudzić dopiero o 7-mej rano, należało mi się to po trzech dobach bez snu prawie, ale już od świtu naruszyły mój spokój wybuchy: saperzy wysadzali w powietrze stację kolejowa i most. Dywizja w ciągu nocy przeszła przez miasto, ale arjergarda była jeszcze daleko, postanowiłem więc spać dalej, aż nadejdzie, mając błogą nadzieję, że nastąpi to nie tak prędko; zawiodłem się i tym razem, gdyż o 8-mej godzinie wpadł do mego pokoju adjutand z meldunkiem, że od strony Chyrowa widać zbliżającą się stokami tyralierę nieprzyjacielską. Z tej strony nie oczekiwałem, prawdę mówiąc, żadnej wizyty, ale gości było na razie nie dużo; pod ręką miałem tylko jedną kompanię szkoły podoficerskiej, sotnię Kozaków i dwa opancerzone auta, rzuciłem więc tę całą zbieraninę na spotkanie, gdyż nie mogłem dopuścić, by przeciwnik wlazł mi pomiędzy główne siły i arjergardę. Przebieg wypadków widziałem doskonale przez okno, mogłem się zająć jednocześnie toaleta i śniadaniem; kulomioty aut sprawiły się gracko: wystraszyły tyralierie, nim się zaznaczyło natarcie mojej piechoty i kozaków; niedobitki przywarowały po dołkach i zaniemówiły.

Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning - Michaelis. "Burza Dziejowa" t.1.

 



Autor artykułu : Wybrał i zestawił Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com