Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 /10

Kategoria :  Bez kategorii       Data : 2019-08-05 12:01:43

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas wydarzeń: 1915 rok, miesiąc maj-czerwiec. Obszar akcji: Galicja Wschodnia. Jarosław-Przemyśl, Dobromil, wieś Balice, Trzcieniec, Mościsko. Walczące strony: Rosja przeciwko Niemcom i Austro-Węgrom. Wybrane osoby z kart pamiętnika: Autor: E. DE. Henning-Michaelis, wówczas gen. w wojsku rosyjskim, gen. Lichaczew, pułk. Lebiediew, gen Batuszow, gen. Denikin, gen. Korniłow, pułk. Sytin.

Ciągle w odwrocie. Od Dobromila zmieniliśmy znowu kierunek na północ i szliśmy dobrą szosą ku Przemyślowi, niszcząc za sobą mosty; palono je, gdyż materiały wybuchowe były już na wyczerpaniu. By sprawdzić gruntowność roboty, zatrzymałem się przy jednym z podpalonych mostów: arjergarda przeszła już, bale i deski płonęły na dobre; nagle wśród dymu i ognia wyłoniły się dwie niesamowite postacie w szlafrokach szpitalnych, idące jak zahipnotyzowane wśród płomieni, nie zwracając na nic uwagi. Byli to dwaj ranni żołnierze ze szpitala w Lisku, którzy już nie znaleźli miejsca na wozach, poszli więc pieszo za dywizją.

Dobromil

Ukraina-Dobromil, miasto na prawach powiatu. Autor: Olech z Kalusha - Praca własna [CC BY-SA 4.0 (https:// creative commons.org/licenses/ by-sa/4.0)]. Wikimedia Commons.

Jak oni wytrzymali ten ogromny marsz, który nas zdrowych tak wyczerpał, nie rozumiem tego; wziałem naturalnie biedaków do mego auta, napoiłem po drodze mlekiem i odesłałem do szpitala w Przemyślu. Nie dochodząc 15 km do twierdzy, droga nasza skręciła znowu na wschód, i wreszcie zatrzymaliśmy się, zajmując wyznaczony nam odcinek frontu, na południe od wsi Balic. Skończył się więc na razie ciężki wysiłek mej woli, nerwów i ciała, mordowanie dywizji.

Nasze terenowe położenie. Stanowisko nasze na południowy – wschód od Przemyśla wchodziło w linię nowego płotu strategicznego, mającego powstrzymać napór Niemców, a płot ten liczył 1400 km. długości, przerwać go więc gdziekolwiek było nietrudno. Zresztą choćby się nawet ostał, to stanie za nim nie mogło dać zwycięstwa, a o przeciwnatarciu nic słychać nie było.

Nie uszło jednak bezkarnie 3-ciej armii przerzucenie trzech korpusów za Karpaty; - gdy pod Gorlicami załamała się armia, nie zdążyła wyjść z gór dywizja 48-ma, zajęto jej tyły, otoczono i przeważnie wybito; dowodzil nią dzielny generał Korniłow, który ranny dostał się do niewoli.

Na zachodnim froncie. Zaznaczył się nareszcie jakiś ruch: natarli pod Le Basse′ Francuzi, a pod Arrasem Anglicy; rezultaty były niby pomyślne, ale nie odciążały nic na froncie wschodnim, gdzie liczba niemieckich dywizji wzrosła z 9-ciu do 40-stu.

Doszły nas również wieści, że Niemcy zaczęli używać w Królestwie gazów trujących, ucierpiał od nich poważnie jeden pułk syberyjski, gdy wiatr napędził nań jadowity tuman, ale, jak się bronić, nie wiedzieliśmy, brak nam było całkowicie masek ochronnych,

Refleksje dowódcy. Spokojnie spędzona doba przywróciła mi siły, uspokoiłem się nieco i mogłem już myśleć bez wstydu o wypadkach ostatniego okresu walk; sumienie nie wyrzucało mi nic, nawet tych wyroków śmierci, które musiałem wydać. Ponieśliśmy klęskę niełatwą do powetowania, czułem jednak w sobie siły do ponownego natarcia, byle nie forsować Karpat.

Dywizję przyprowadziłem w zupełnym porządku, zachowałem w szeregach karność, nie straciłem ani jednego wozu, zabrałem wszystkich chorych i rannych, oprócz tych, co byli trafieni w głowę lub brzuch; często sytuacja była taka, że musiałem postępować wbrew otrzymanym rozkazom, które się krzyżowały, wzajemnie zaprzeczały; parę razy przekonałem się, że panika wybuchała, ale wyłącznie w taborach lub wyższych sztabach.

Warunki terenowe. Na moim stanowisku były dobre, obstrzał miałem duży, miejscowość za linią frontu maskowała ruchy wojska i łączność z tyłem; nie było jednak nic przygotowane do obrony, dałem więc dywizji dobę dobrze zasłużonego odpoczynku, poczem przystąpiliśmy z ogromną energią do sypania okopów. Dla lepszego dozoru zamieszkałem w namiociku przy froncie; musieli to uczynić również wszyscy pomniejsi dowódcy.

W połowie trzeciego dnia zbliżył się przeciwnik – Niemcy. Byłem z tego zadowolony, gdyż pragnąłem spotkania z nimi; dywizję miałem pewną, jednocześnie obawiałem się jednak ich artylerii, stwierdzonej w walkach pod Gorlicami; wyjednałem więc, aby przesłano mi dwie ciężkie baterie z dużą ilością pocisków, ale trzeba było je dostarczyć z daleka.

Niemcy nie zwlekali długo, przysunęli się blisko do nas, okopali się sprawnie i 18-go maja uderzyli bez dużego nawet przygotowania artyleryjskiego na cały mój front i styczność z sąsiednią dywizją; po parogodzinnej walce udało im się przerwać nas na punkcie styczności, skąd zaatakowali mnie również gwałtownie z boku. Raz po raz pchałem tam rezerwy, odrzucałem przeciwnika, prowadziłem sam kontrataki w innym miejscu, ale Niemcy wciąż wracali, rzucając do ataku coraz to nowe oddziały, biegnące ku okopom w zwartych masach.

Niektóre baterie niemieckie prowadziły zaciekły bój artyleryjski z otwartych stanowisk. Trzask ognia karabinowego, trajkotanie kulomiotów, huk armat zlewały się w jakąś piekielną symfonię nienawiści i grozy; zdawało się, że ziemia dygocze z przerażenia.

generał

Eugeniusz de Henning-Michaelis w mundurze Wojska Polskiego.

Autor "Pamiętnika". Pseudonim Jerzy Nowakowski (1863-1939), gen. armii rosyjskiej i polskiej.Po przyjęciu do Wojska Polskiego wiceminister spraw wojskowych.). Urodził się w Modlinie, był synem Michała i Wandy Gibasiewiczów. W r. 1881 wstąpił do armii rosyjskiej. W 1904 r. brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej. W styczniu 1918 r. został przyjęty do Wojska Polskiego, z zachowaniem posiadanego stopnia generała.(...)

Prawie półtorej doby trwała bitwa, położenie moje było wciąż ciężkie, przeciwko mnie walczył już cały korpus, ale i mnie podparto trzema pułkami z rezerwy ogólnej. Sytuacja zmieniła się jednak na lepsze z chwilą, gdy nareszcie „zagrały” moje ciężkie baterie; po kilku minutach miałem wrażenie, że po stronie przeciwnika zapaliła się w kilku miejscach ziemia.

Stojące na widocznych stanowiskach baterie niemieckie milkły jedna po drugiej i zaczęły uciekać, ale goniły je i rozbijały ciężkie bomby; widziałem jak po jedną baterię zajechały automobile, ale po chwili uciekły wraz z artylerzystami, porzucając działa.

Jednocześnie piechota moja, zachęcona osłabieniem artyleryjskiego ognia przeciwnika, odparła świeży atak i wykosiła kulomiotami nadbiegające fale; załamały się one przed samymi okopami i odpłynęły, pozostawiając pole, zasłane trupami. Dywizja była jednak tak wyczerpana, że nie mogło być mowy o pościgu.

Nastała cisza. Lecz długo jeszcze wibrowały nerwy; czułem w sobie ogromną moc zwartą i uczucie zadowolenia, żem zadał groźnemu i przemagającemu liczbą przeciwnikowi porażkę. Dopomógł mi w tym brak u Niemców, na południe od Przemyśla, ciężkich baterii – przysłużyło mi się zburzenie mostów na szosach. Cel uporczywych ataków niemieckich był jasny: gdyby dywizję moją przerwano, musiałby upaść Przemyśl i zostałaby odcięta linia odwrotu na wschód korpusom, walczącym nad Sanem, (zajmowałem stanowisko frontem na południe, pod kątem prostym do bardziej na północ walczących oddziałów). Naturalnie powodzenie na jednym odcinku nie przesądzało bynajmniej ogólnego rezultatu, jak się o tym przekonaliśmy na własnej skórze.

ul. Franciszkańska

Przemyśl Ulica Franciszkańska. Niemiecki pluton wychodzący z kościoła garnizowego w Przemyślu. Foto sporządzone w czasie I WW. Prawdopodobny jego auror: Goku 122. Foto pobrano z Domeny publicznej.

Nastały względnie spokojniejsze dnie. Niemcy próbowali jeszcze parę razy spoistości mego frontu, ale odrzucani energicznie, cofali się. Zaczynało mi jednak brakować pocisków, piechota oczekiwała zawsze skutecznego współdziałania artylerii, a ja musiałem oszczędzać coraz bardziej, gdyż dowozu z zaplecza prawie nie było. Przeniosłem moją rezydencję do Balic, o dwa i pół kilometra za okopami; miałem poprzednio zbyt bliski kontakt z frontem, zmuszał on mnie mimowoli do brania udziału w drobnych zdarzeniach i starciach i utrudniał syntetyczne ujęcie wypadków.

Powrót szefa sztabu. Nie spodobała mu się nasza skromna rezydencja – duża szopa, zaproponował mi więc zmianę lokalu. Na drugim końcu wsi rozsiadł się wygodny dwór szlachecki, otoczony parkiem; gospodarzy nie było, zainstalowałem się więc w nim ze sztabem, zajrzałem nawet z przyjemnością do parku; zaraz za nim stała kapliczka a obok niej domek, zamieszkały przez dwie siostry zakonne, prowadzące ochronkę; krucho było u nich pod względem żywności, posłałem im więc trochę produktów.

Pierwsza doba „komfortu” minęła bardzo przyjemnie, ale nazajutrz w porze obiadowej nadleciało nieoczekiwanie kilkanaście ciężkich pocisków; jedna z bomb trafiła w stajnię, zabijając sześć koni, druga pękła pod moim oknem i rzuciła mi wraz z ziemią dwa kwitnące krzaki fiołków. Był to właściwie bardzo ładny gest, żałowałem jednak, że przy tym zasypało mi piaskiem oczy, ogłuszyło trochę, a wszystkie szyby wyleciały. Wkrótce siedliśmy do obiadu, ale,że się coś ciągle dokoła nas rwało i grzmiało, humory nie były świetne; przy pieczystem nastąpił „Knalleffekt”: bomba pękła na ganku, i jeden odłam zabił ordynansa, podającego właśnie półmisek. Wywołało to naturalnie pewne zamieszanie, nastrój zepsuł się zupełnie. Bombardowanie trwało jeszcze przez całą nic i skrupiło się głównie na koniach; straciliśmy ich 34, ludzi 3. O świcie ogień ucichł, zasnąłem więc z dużą przyjemnością; obudził mnie jednak wcześnie Lebiediew, prosząc ponownie o pozwolenie ponownej zmiany kwatery, gdyż Niemcy zbyt dobrze wstrzelali się do dworu. W zasadzie miał pułkownik rację, ciężkie pociski przebijały doskonale mury, pozostanie tutaj groziło wybiciem nas wszystkich; zastrzegłem jednak, że zmieniam rezydencję po raz ostatni. Cały ten epizod był mi niemiły przede wszystkim dlatego, że stwierdził nadejście niemieckiej artylerii ciężkiej.

Przenosiny. „Z progów sterczących dumnie” przenieśliśmy się do chat na drugim końcu wsi, ale i tu nie trwał długo spokój; tegoż dnia namacali nasze locum Niemcy i rozpoczęli „dębić” ciężkimi przedmiotami. Znaczną ich część przenosiło na pobliskie zbocze, ale były takie co trafiały, i coraz to ktoś „ubywał z szeregu”.

Wypadło więc wykopać rowy i odsiadywać w nich przy dużym nasileniu ognia; ponieważ bombardowanie nie przerywało się, spaliśmy w nich również. Nie było to znowu tak przykre, bo noce były piękne, ciepłe.

Szef sztabu przypuszczał, że ktoś ze wsi sygnalizuje na stronę przeciwnika, i kierował podejrzenie na zakonnice; podobno jeden z pisarzy widział chłopca, wymykającego sie chyłkiem w kierunku frontu z domku, przez nie zamieszkałego. Nie chciałem temu wierzyć, ale dla zabezpieczenia się od ewentualnych przeszpiegów kazałem uprzedzić mniszki o naszych podejrzeniach.

Straciłem ordynansa, podoficera kozaków kubańskich, noszącego dźwięczne nazwisko „Portka”; zachorował poważnie musiał więc iść do szpitala. Lubiłem go, bo był to dobry, sprawny kozak, już niemłody. Przy pożegnaniu zaczał się mazać, co mnie trochę rozczuliło, bo nie przypuszczałem, że mu tak przykro opuszczać swego generała; wyprowadził mnie jednak z błędu, narzekając, że ogromnie go boli rozstanie z koniem. Czysto kozacki sentyment!

Znacznie spokojniem było teraz na froncie, ogień artyleryjski prowadzili teraz Niemcy z dużymi przerwami. Ostrzeliwali oni sztaby celowo, dla teroryzowania organów kierowniczych. Obserwując moje otoczenie, musiałem przyznać im pewną słuszność. Na froncie mieliśmy raz jeden divertissement: chciano nas wytruć; siedząc w okopie ,usłyszałem, jak gdyby ktoś wypuszczał parę z kotła, a po chwili ukazały się od strony przeciwnika kłęby gęstego dymu; dym ten gęstniał stopniowo, wznosił się do góry, formując długi wał wysokości sięgający kilku metrów, koloru żółtawo-brudnego; lekki wiatr wiał go ku nam i nasuwał z wolna ścianę tumanu; przegrodziła mu jednak drogę niska, mokra łączka, zatrzymał się na niej, kołysząc się, a u góry wykwitły jakby drzewa o fantastycznych kształtach.

Zjawisko to trwało z pół godziny i stopniowo rozwiało się w powietrzu. Do nas dochodził tylko chwilami lekki zapach gazu; patrzyliśmy na to bezradnie, gdyż nie mieliśmy jeszcze masek, kazałem tylko wszystkim mieć w pogotowiu namoczone wodą szmatki, dla zawiązania ust i nosa.

Bój zaciekły. 16-go maja wybuchła znowu burza. Niemcy zwalili się na mnie i tylko na mnie. Ponad dwie doby trwał bój zaciekły; ciężka artyleria przeciwnika zasypywała dywizję huraganem pocisków od świtu do późnej nocy; cały front spowity był stale w kurz i dymy, z których strzelały do góry płomieniste języki; okopy i schrony rozbito do cna, całe kompanie ginęły w pełnym składzie, ale ich miejsce zastępowały inne, wkopywały się w gęstą sieć lei i przyjmowały z niesłabnącym męstwem coraz to ponawiane ataki.

Część pocisków, zrzucanych przez Niemców, zawierała trujące gazy; powodowały one zawrót głowy, wymioty, omdlenia. Wywołało to wśród moich żołnierzy taką wściekłość, że nie chcieli oni brać jeńca, mordując wszystkich; zresztą Niemcy rzadko się poddawali.

Dobrze pracował gen. Lichaczew, spokojnie, odważnie, ale, gdy nastawała przerwa, gasł w oczach; nurtowała go śmierć żony, która zmarła niedawno. Przed dwoma dniami otrzymałem również telegram, że zabito na froncie jego syna; telegram ten ukryłem na razie, bałem się katastrofy, zbyt bowiem pokumaliśmy się tutaj ze śmiercią.

18-go maja zelżało trochę: musieli się i Prusacy zmęczyć. Skorzystałem z antraktu, by uprzątnąć o zmroku pole od rannych i trupów, ciepło było na świecie, następował też szybko rozkład ciał, wiatr donosił często z przedpola straszny zaduch.

Mój sztab dostał również poczas tych walk za swoje. Niemcy otrzymali dużą porcję ciężkich bomb (pocisków artyleryjskich – LAH) bez zwykłej systematyczności; pociski leciały pojedynczo, parami, po kilka w różnych odstępach czasu, zabijano więc nas w nader urozmaicony sposob – przy posiłku lub pisaniu, podczas toalety albo też odpoczynku. Zginęło w ten sposób trzynaście osób i moc koni.

Przybył nowy dowódca pułku białostockiego, pułk. Sytin; przyjąłem go życzliwie, gdyż dobry to i opanowany oficer. W czasie rozmowy wypadło nam kilka razy rzucić się na ziemię, lub skoczyć na drzewo, by uniknąć lecących odłamów; Sytin znosił to skutecznie, ale, wstając z oczyma pełnymi piasku, spytał wreszcie, czy dawno już trwa ta zabawa; poinformowałem go, że seria ostatnia zaczęła się przed paroma dniami. - No to rozumiem – zauważył – dlaczego w sztabie korpusu poradzili mi, bym zaraz napisał testament.

A dokoła wiosna, cudna, rozsłoneczniona; jabłonie okryły się obłoczkami śnieżnej białości, po niebie płynęły srebrzyste chmurki, natura cała dyszała radością życia. Jakiż kontrast ze stanem dusz naszych, targanych nienawiścią, żądzą zagłady, oczekiwaniem śmierci !

Dopiero, gdy nastawała chwila ciszy, nerwy odprężały się trochę, i przypominały mi cudne słowa, wypowiedziane ustami Franceski da Rimini w „Inferno” dantejskim: „ Nessun maggior dolore che ricordarsi del tempo felice nalla miseria”.

Ogródek na froncie. Przeniosłem się na letnie mieszkanie, które postawiono mi w ogródku, wśród kwitnących drzew, zdobyczny namiot. Dobrze było mi w nim: pod nogami miałem zielony dywan z kwiatami, na stoliku pachniał bukiet bzu.

Pociski fruwały tego dnia przeważnie ponad naszymi głowami i nie było ich dużo. Lichaczew zamieszkał również w namiocie, wystawił obok stół, nakryty białą serwetką, postawił dymiący samowar i zaprosił mnie na herbatę z konfiturami. Dawno nie miałem tak miłych wrażeń!

Dopiero około drugiej godziny nad ranem zaczęło prusactwo okrutną strzelaninę wszelkiego rodzaju i wkrótce poszło do ataku; odrzucono je wyłącznie ogniem. Hałas ten trwał jednak do 7-mej rano, zepsuł mi więc zupełnie noc.

Przysłali mi nareszcie maski przeciwgazowe, które zabezpieczały od trujących gazów. Probowałem włożyć takie paskudztwo na głowę, ale zdarłem je szybko, nie mogłem wprost oddychać, a jednak trzeba się będzie do tego przyzwyczaić.

Za co dostało się Brusiłowowi. Miałem w tych dniach dwa oryginalne zatargi z gen. Brusiłowem. Niemcom udało się po zburzeniu okopów opanować stanowisko batalionu pułku brzeskiego, który cofnął się nieco po zaciętej walce na bagnety, z dużymi stratami.

Żołnierze walczyli tak mężnie, że nie zrobiłem im naturalnie żadnej wymówki; przeciwnik brał czasami górę nad nami wyłącznie dzięki swej przemocy artyleryjskiej. O przebiegu walki złożyłem meldunek i przystąpiłem natychmiast do wypierania Niemca.

Wkrótce ze sztabu korpusu nadesłano mi telefonogram z rezolucją Brusiłowa” „Wstyd pułkowi, który pozwolił się pobić nieprzyjacielowi. Rozgniewało mnie to bardzo, przecież dywizja walczyła tyle czasu bez zarzutu, gdy inne rozsypywały się już przy pierwszym silniejszym uderzeniu, jak kruche szkło; zatelefonowałem więc do gen. Bałaszowa, że gen. Brusiłow odwoła jutro swą naganę, poczym wróciłem do pułku, by osobiście kierować kontrakcją. Udała się ona po ciężkiej walce na bagnety. W parę godzin potem nadszedł telefonogram: „Gen. Brusiłow dziękuje pułkowi i przeznacza na każdą kompanię 40 medali św. Jerzego”; takiej ilości nagród nie przeznaczono dotąd nikomu.

Ale nie koniec na tym: w lewo ode mnie zajmowała stanowisko doskonała 4-ta dywizja strzelecka, którą dowodził gen Denikin, dzielny, energiczny i zdolny; przeciwnik przerwał ją w punkcie styczności ze mną, narażając bardzo i moje lewe skrzydło. Ostatecznie dywizja wyparła Niemców przy pewnej pomocy mojej, ale w meldunku do władzy Denikin zwalił część winy za przerwanie linii frontu na mnie, twierdząc, że nie pomogłem mu, co było wierutnym fałszem, gdyż poparłem go wszelkimi sposobami.

I znowu pisze Brusiłow surowy rozkaz o braku solidarności, grozi karami itd. Sztab mój trząsł się wprost z oburzenia; kazałem więc przygotować odpisy moich rozporządzeń, szkic przebiegu walki i posłałem cały materiał bez wszelkich tłumaczeń do dowódców korpusu oraz armii. Odpowiedź od Brusiłowa otrzymałem bezpośrednio na moje nazwisko, pomijając korpus: „Dziękuję panu i dywizji za robotę 19 -go maja i przeznaczam po 10 medali za waleczność na kompanię; miałem więc zupełne zadośćuczynienie. Brusiłow był gorączkowy, ale miał odwagę przyznać się do pomyłki i naprawić ją. 

Włochy wypowiadają wojnę Niemcom. Dowiedziałem się, że Włochy wypowiedziały wojnę Niemcom. W ówczesnej sytuacji był to ogromny plus, mogli oni przerzucić część swojej armii do Francji i zaatakować Niemców od strony Alzacji; przecież front włoski był bardzo krótki. Jeśliby się ta operacja udała, wtedy wojna powinna się skończyć jeszcze w tym roku; na głód u prusactwa liczyć nie należało, żniwa były niedaleko, a w Kurlandii zrabowali Niemcy sporo.

Powrót do zmagań. 24-go maja zaatakował znowu przeciwnik odcinek Sanu pomiędzy Jarosławiem a Przemyślem, opanował prawy brzeg rzeki i odrzucil Rosjan za Lubaczówkę, a następnego dnia rozszerzył wyłom jeszcze bardziej, a dokonane przy pomocy świeżych posiłków kontrataki nie udały się. Pewnie zmarnowano je, posyłając w bój pakietami. Czyżby zatem nasze wysiłki, utrzymujące twardo front południowy, miały pójść na marne, czyż tam biją się inni żołnierze, inne dowodztwo?

Jarosław

Obecnie siedziba Miejskiego Domu Kultury. Autor:Andrzej 0-Praca własna, 1 maja 2007 (zabytek nr A-179 z 5.01.1987). CC BY-SA 3.0.

Nie zostawili Niemcy i nas w spokoju, ale skierowali tym razem główne uderzenie na 4-tą dywizję, którą przed atakiem zarzucili wprost ulewą ciężkich pocisków; zaczepiono również i moje lewe skrzydło. Myśmy się oparli, ale 4-tą dywizję przerwano na szerokim froncie, co pozwoliło Niemcom uderzyć na mnie z dwóch stron. Wściekły bój na bagnety trwał do późnego wieczora, Niemcy zostali ostatecznie odrzuceni, zachowali jednak jeden pagórek, w który się wprost wżarli. Zmusiło mnie to z 4-tą dywizją do odsunięcia naszych wewnętrznych skrzydeł o kilometr, skracając w ten sposób front.

Fort nr 1

Przemyśl-Twierdza Osowiec. Fort 1. Brama wjazdowa-tunel zachodni. Autor: Henryk Borawski-Praca własna. Data 11.05.2010. CC BY 3.0 Creative Commons.

Wierzyłem w to, że my nie damy się przerwać, byle tylko nie zabrakło pocisków, których mieliśmy coraz mniej, a potrzebowaliśmy, w miarę wyczerpania sił naszego żołnierza, coraz więcej. Pogodę mieliśmy wciąż upalną, deszczu brak, noce jednak były chłodne. Czekałem z niecierpliwością na rozpoczęcie działań na granicy włoskiej. Chyba ruszy teraz i Rumunia?

Mój szef sztabu, Zaczynałem się zrażać na mego szefa sztabu: unikał wyjazdów na front, wolał wisieć przy telefonie, który łgał jak z nut i był doskonałą tarczą dla tchórzów.

Stale stwierdzałem przy meldunkach telefonicznych przesadę lub kłamstwo. Np. przed paru dniami, przy ściganiu uchodzących Niemców, kompania pułku litewskiego zdobyła dwa działa, ale nie zdołała ich na razie wywieść; kazałem je więc przyciągnąć do nas po bitwie. Nie widząc z czołowego punktu obserwacyjnego wykonania tego rozkazu, spytałem telefonicznie pułkownika, co się u niego dzieje; odpowiedź brzmiala, że dwie kompanie wyszły już z okopów, (pułkownik przypuszczał, że telefonuję ze sztabu dywizji, skąd terenu przed frontem nie było widać). Wyczekałem więc jeszcze pół godziny i ponowiłem zapytanie; odpowiedziano mi: „kompanie nie mogą się dostać do dział z powodu silnego ognia przeciwnika”.

Było to bezczelne kłamstwo, gdyż, przeciwnie, ogień był nieduży, a kompanie siedziały w miejscu. Naturalnie, powiedziałem pułkownikowi parę przykrych słów i tegoż dnia usunąłem go ze stanowiska do rezerwy.

28-go maja nastała tak pożądana cisza. Nie można było jednak odpocząć, pracy było dużo, należało zreorganizować zdekompletowane pułki, zmniejszyć liczbę batalionów i kompanji, ulepszyć okopy.

Dzisiaj nadeszły z północy lepsze wieści; natarcie wszędzie zostało wstrzymane, niektóre korpusy przechodzą do kontrataku. Może i my wkrótce ruszymy?

Wczoraj słyszałem huk dział prawie ze wszystkich stron, tylko północny-wschód był spokojny; dzisiaj zamilkła północ, a łuny pożarów przesunęły się na północny- zachód. To dobry znak! Cięciwa łuku niemieckiego zdawała się rozprężać, oby wkrótce pękła!

Fizycznie czułem się zdrowym, duchowo silnym i, jak zwykle, zupełnie samotnym. Stwierdzałem często słuszność aforyzmu Nietschego, że silnym może być tylko człowiek samotny. Jednak raz jeden, w czasie ciężkiego zmagania się z Niemcami, opanowała mnie depresja i tęsknota za spokojem, chociażby za największą cenę; znowu nasuwał się w pamięci fragment z epitafium na pomniku Dantego w Ravennie:

„Grato me il sonno e piu esser di sasso”

“Mentre che la vergogna dura!...”

Zasnąć lub zmienić się w kamień, póki światem rządzi nienawiść, coż mogło być lepszego!...

Dotychczasowa „Cisza” pożegnała się z nami. W końcu maja wytworzyła się dziwna sytuacja. U mnie i w bliższym sąsiedztwie panowała względna cisza, ale ogólne położenie nie mogło być dobre; strzelano do nas z przodu prawego skrzydła i z tyłu; niekiedy nie wiedzieliśmy skąd nadlatywał pocisk.

Na północ od Przemyśla tłuczono się zapamiętale, w walce brały udział ogromne masy ludzkie. Znowu słyszałem grzmot kanonady artyleryjskiej za plecami.

Kolejna zmiana kwatery. Na rozkaz dowódcy korpusu zmieniłem ponownie kwaterę. Przypuszczam, że postarał się o to po cichu Lebiediew, był on coraz bardziej zdenerwowany i twierdził, że w danych warunkach niepodobna pracować.

Rzeczywiście, ostatniemi dniami Niemcy uwzięli się, by nie dać sztabowi nawet pół godziny spokoju. Wywiad ustalił, że zawdzięczamy to szpiegowskiej organizacji, którą ostatecznie przyłapano i wzięto pod klucz. Należała do tej grupy młoda szwaczka z Husakowa, dużej wsi, znajdującej się pod frontem; przychodziła ona do mnie z prośbą o pomoc dla rodziny, która w Balicach głodowała i chorowała w jakiejś pustej szopie; posłałem im lekarza, dałem żywność i pieniądze; okazało się jednak, że to nie rodzina, ale znajomi, sama zaś panna przychodziła na przeszpiegi i uciekła w krytycznej chwili.

Przenieśliśmy się do dworu w Trzcieńcu, niezrujowanego zupełnie, należącego do nadporucznika De Lenyi Jounga; w domu zostało trochę mebli w dobrym stylu, w salonie stał ładny fortepian Boesedorfa, przy domu był duży, ale młody ogród. Nie spotkałem w nim żywej duszy, nawet szczekanie psa nie ożywiało przykrej ciszy. Trawa poczęła już zarastać ścieżki, na klombie kwitły wspaniałe , purpurowe róże, niepotrzebne nikomu, chyba temu promieniowi słońca, który je pieścił.

Przerwanie linii frontu. 3-go czerwca Niemcy przerwali ostatecznie linię Sanu. Wywołało to konieczność ponownego odsunięcia frontu. Przemyśl został ewakuowany, kazano odejść i nam; moja dywizja miała zmienić front na zachód, zająć stanowiska na wzgórzach przed Mościskami; przemarsz rozkazano rozpocząć dopiero po przejściu wszystkich dywizji, które znajdowały się bliżej Przemyśla. 4-ta dywizja strzelców, zmieniała również front po moim odejściu. Cały manewr należało wykonać w nocy.

Prezent na pożegnanie. Na pożegnanie podano mi wykaz strat w materiale technicznym: parotygodniowe uporczywe zmagania z przeciwnikiem spowodowały duży ubytek, szczególnie broni palnej, za to łopat zaginęło mało; żołnierze pilnowali ich o wiele staranniej, niż karabinów; instynkt samozachowawczy nauczył ich skuteczności szybkiego okopywania się w czasie walki ogniowej.

Przebywając często na froncie, miałem wielokrotnie możność stwierdzenia, jak odmiennie reaguje indywidualność dowódcy na osobiste niebezpieczeństwo, zależnie od warunków,w jakich się znajduje. Gdy oddział walczy, musi kierujący skupić się do najwyższego napięcia swą myśl i wolę ku wykonaniu wytkniętego celu, z najmniejszym narażeniem krwi i życia swych żołnierzy; wtedy milknie prawie instynkt samozachowawczy, znieczulony poczuciem ogromnej odpowiedzialności moralnej.

Nieraz jednak wypada w okresie biernego przebywania oddziału w okopach przejść polem otwartym pod silnym ogniem na front; wtedy trudno panować o tyle nad sobą, by nie przyspieszyć kroku, nie zerkać w stronę pękającego pocisku, zachować pozorną obojętność, rozmawiać z otoczeniem, uspokajać się myślą, że pole jest przecież duże, człowiek w porównaniu z nim jest mały, a pocisk jeszcze mniejszy, dlaczegóż więc mają się koniecznie spotkać. Wszystkie te objawy wywołane są jednak najsilniejszym uczuciem duszy ludzkiej – pragnieniem życia, które stróżem zapobiegliwa natura uczyniła – strach.

Wydane rozkazy z nastaniem zmroku. Wysłałem zatem o tej porze podjazdy kozackie na szosę, którą miało ciągnąć wojsko z Przemyśla, i do sąsiedniej w prawo dywizji; wytknąłem również marszruty dla każdego pułku, a na skrzyżowaniach dróg stanęli wywiadowcy; rozpocząć odwrót miano kolejno na mój rozkaz.

Nastała ciemna noc, odeszły nasze bagaże, częściowo baterie, sztab zawisnął przy telefonach; mijały godziny, szosa była wciąż zajęta, a prawy sąsiad nie ruszał się. Koło północy dostałem telefon od pułk. Sytina, zajmującego centrum stanowiska, że pułk otrzymuje karabinowe strzały z tyłu, prosił więc o pozwolenie rozpoczęcia odmarszu; naturalnie zabroniłem mu ruszać się z miejsca, by nie wywoływać zamieszania.

Przypuszczałem, że przez jakąś lukę dostał się z lewej strony na tyły dywizji niemiecki oddział wywiadowczy, co nie groziło poważnym niebezpieczeństwem wobec ciemnej nocy i falistego terenu, co uniemożliwiało prawie szerszą akcję bojową; niepokoiłem sie jednak, czy zdążę dokonać manewru przed nastaniem brzasku, który w czerwcu zaznaczał się już po 2-ej godzinie.

Wkrótce otrzymałem meldunek, że 4-ta dywizja nie dotrzymała terminu i odeszła, nie czekając na mnie, ona więc otworzyła drogę niemieckiemu wywiadowi, który włóczył się gdzieś na moich tyłach.

Z coraz to rosnącym zdenerwowaniem oczekiwałem chwili wyzwolenia. Nadeszła ona nareszcie o pierwszej w nocy, musiałem jednak zmienić marszrutę dwóch lewych pułków, gdyż tyły ich rzeczywiście zdążyły im zająć Niemcy; wypadło więc jednak jednej brygadzie przejść początkowo wzdłuż frontu dwa kilometry na zachód, zwrócić się potem na północ, odchodząc stopniowo na wschód, i stanąć ostatecznie frontem na zachód. Cały ten złożony marsz został dokonany w zupełnym porządku, bez żadnych prawie przeszkód; o 4-tej rano zajęła dywizja nowe stanowisko, a pułki wsiąkły szybko w zalesione wzgórza. Generał Balaszow określił mój manewr: „Michaelis wywinął dywizję jak rękawiczkę podszewką do góry”.

Z rozmowy z mym dowódcą odniosłem wrażenie, że miałem zostać kozłem ofiarnym, gdyż nie miano dużych nadziei, bym się wydobył pomyślnie z trudnego położenia.

Stan nowego miejsca dla dywizji. Ponieważ zajęte stanowiska nie były poprzednio zrekognoskowane, ani umocnione, pojechałem wczesnym rankiem na front i zastałem literalnie całe dowództwo pogrążone w słodkim śnie; obudziłem je w sposob ostry i zrobiłem według orzeczenia mego szefa sztabu „sądny dzień na froncie”. Mało kto nie oberwał tym razem, ale uważałem każdą opieszałość w danej sytuacji za zbrodnię; dla podpędzenia opieszałych kazałem wszystkim meldować mi o postępie robót co dwie godziny przez cały dzień.

Troska o losy Królestwa i Warszawy. Nurtował mnie niepokój o te bliskie mi miejsca; tam teraz bawiła moja rodzina. Przypuszczałem jednak, że udział w wojnie Włoch zmieni poważnie sytuację na naszą korzyść i zmusi przeciwnika do odciągnięcia części sił na południe.

Nasze odejście od linii Sanu odezwało się silnie we Francji, istniała podobno obawa, że nie przetrzyma ona drugiej zimy. Nacisk na Rumunię nie dawał dotychczas żadnych rezultatów; stawiała ona przesadne wymagania i w żadnym razie nie chciała wystąpić, póki się nie poprawi położenie na wschodnim teatrze wojny. Nazywa się to grą „na pewniaka”.

Nazajutrz, 5-tego czerwca, spotkała mnie duża przyjemność, która miała jednak pewne cechy ludożercze. Byłem na froncie, gdy Niemcy zaczęli naciskać lewe skrzydło dywizji. Szli gęstymi szeregami bez zwykłych ostrożności, przypuszczali chyba, żeśmy się cofnęli. Aby lepiej zaskoczyć śmiałków, zabroniłem strzelać bez mego rozkazu, chciałem dopuścic natarcie, jak najbliżej, drżałem jednak z obawy, że padnie jakiś wystrzał i ostrzeże wroga.

Żołnierze zrozumieli jednak moje intencje i martwa cisza panowała w dobrze ukrytych okopach; gdy nareszcie pierwsze szeregi nasunęły się na upatrzoną przeze mnie odległość, ożył na dany sygnał front, zagrzmiały działa, zatrajkotały karabiny, wykwitły nad liniami atakujących dymy i błyski, a od ziemi podniosła się ogromna kurzawa.

Widziałem ,jakie zamieszanie powstało w szeregach atakujących; jedni się przewracali, inni biegli w tył, ale dalsze szeregi ich wstrzymały i pociągnęły za sobą, na krótko jednak; szrapnele i granaty szerzyły w gęstej masie ogromne spustoszenie, kosiły kulomioty i kładły coraz więcej ciał ludzkich po polu; fale żołnierskie zwalniały biegu, wstrzymały się nareszcie i przywarowały, gorączkowo poczęły pracować łopaty, ale nie dałem im chwili wytchnienia. Po kwadrasie pole frontowe było dobrze usłane trupami i rannymi, i tylko gdzie niegdzie widać było uciekających pojedynczo żołnierzy; z tej mordowni nie wyszedł cało chyba ani jeden pluton. Zużyłem na to ogromną ilość pocisków, ale sprawiłem sobie za to rzetelną przyjemność, której nie zmniejszył nawet „monit” z góry za „zbytnie szafowanie amunicją”.

Niemcy nie wskórali u mnie nic. Za to zwrócili się do sąsiadów z rozmaitym powodzeniem. Stąd miałem ciagle niepokój; dywizja zajmowała stanowisko w wierzchołku trójkąta, gdy się zatem ktokolwiek obok mnie zachwiał, miałem odrazu obawę już nie o skrzydła, ale o tyły. Ciągle więc siedziałem na froncie i zżymałem się ogromnie z pułkami.

Dla rozrywki urządziliśmy sobie raz jeden „divertissement”. Zauważyłem, że przez tamę na przedpolu, odgraniczającą staw od mokrej łąki, przebiegają po jednemu Niemcy; zaproponowałem więc żołnierzom rubla od sztuki, która się przewróci; amatorów znalazło się sporo, rubli nie żałowałem, zabrakło jednak wkrótce zwierzyny.

Powrót do dywizji hr. Szuwałowej. Nie widziałem jej od chwili odwrotu z Karpat, i bardzośmy się sobą ucieszyli; hrabina opowiadała mi, że dla orientacji jeździła do Naczelnego Dowództwa frontu, ale, tam wszyscy są durnie, wolę pracować z panem”. Zajeżdżała potem do Brusiłowa, który mnie bardzo chwalił i z uśmiechem nazwał „groźnym”.

Przeciwnik stał się znowu aktywny. Nacierał wciąż to w jednym , to w drugim miejscu. 6-go czerwca próbowali mnie na zmiane ukąsić Austriacy, nazajutrz ukazali się znowu Niemcy; odrzuciłem ich znowu z poważnymi dla nich stratami. Miałem dobre stanowisko, dostałem jednak i sam nieźle po skórze; przeciwnik nawiózł moc ciężkiej artylerii na automobilach, była ona więc bardzo ruchliwa i posiadała nieprzebraną moc pocisków; częstowano nas również trującymi gazami. Przeciwstawić im mogłem tylko moje „polówki”, z coraz to rosnącą nędzą pociskową, wszystko więc skrupiało się na skórze żołnierza.

Czytałem w pismach rosyjskich, że znać już na Niemcach wyczerpanie, szkoda, że nie wiedzieliśmy gdzie, bo my tego nie potrafiliśmy dostrzec. Za to czułem je na sobie, ucichło nawet uczucie buntu, jakie opanowało mnie przy opuszczeniu Karpat, znikło podniecenie, nastąpiła rezygnacja i zwężęnie horyzontów myśli do granic najskromniejszych. Trudno – głową muru nie przebiję, robiłem co mogłem.

Damy na froncie i tego skutki. Korzystając z zakrytego terenu, jeździłem często konno; raz jeden zauważyłem, że dokoła mostu na szosie pękło kilka pocisków. Chcąc się przekonać, co tak przyciąga ogień, pogalopowałem w tym kierunku i zobaczyłem hrabinę w sanitarnym aucie, przyglądającą się przez face a′main pękającym w pobliżu pociskom; nieco opodal stały jeszcze trzy sanitarne auta. – Co pani tu robi – spytałem ostro – przecież auta stały na linii strzałów. - Czy to pękł przed chwilą szrapnel, czy granat? – taka była odpowiedź uśmiechniętej damy.

Tego było mi już za dużo; nie odpowiadając hrabinie, krzyknąłem na szoferów: „Precz stąd natychmiast!” Wykonali rozkaz z ochotą, a hrabina umilkła, trochę zdetonowana.

Źródła:Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa", t.1

 



Autor artykułu : E. DE. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com