Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej / 13

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2020-06-23 16:57:35

Wprowadzenie: Front wschodni. Walczące strony: Imperium Rosyjskie przeciwko II Rzeszy niemieckiej i Austro-Węgrom. Czas wydarzeń 1915 rok. Obszar akcji: Galicja Wschodnia, dzisiejsza Ukraina i Polska (Małopolska). Miejscowości: twierdza Modlin, Kowno, Brześć, Ossowiec, Białystok, Bielsk, Trembowla, Tarnopol. Klasztor Poczajowa, kościół katolicki w Podkamieniu. Osoby: Wielki książę Mikołaj, gen. sztabu Armii Aleksiejew, gen. Witmer, gen. Łazarew, gen. Szczerbaczew, gen. Gutor, gen. Romiszewski. Rzeki: Strypa, Styr, Dniestr, Ikwa.

Zmiany na wysokich szczeblach. Ustąpił minister wojny, gen. Suchomlinow, zdolny, wykształcony, ale lekkoduch, leniuch i kobieciarz; zastąpił go gen. Poliwanow, solidny, pracowity, zdolny administrator, niestety tylko teoretyk.

A na froncie bojowym pożar szerzył się jeszcze; na terenie Litwy. Niemcy opanowali 17 sierpnia twierdzę Kowno, głównie wskutek niedołęstwa komendanta, gen. Grigoriewa, który mając rok czasu do dyspozycji, nie potrafił zorganizować i wzmocnić obrony.

kowno

Zamek w Kownie po rekonstrukcji. Autor: Pudelek (Marcin Szala) - Praca własna CC BY - SA 3.O / Utworzony 1. sierpnia 2011. Wikimedia Commons.

Dziwnie nierozważnie postępował sztab generalny, mianując komendantami trzech najważniejszych twierdz – Modlina, Kowna i Brześcia – generałów jazdy, których rodzaj służby nie urobił do zadań natury uporczywej obrony, i dużo zawiniło również dowództwo frontu, nie dając twierdzy żadnej pomocy, co nie było nawet trudne, gdyż Kowno było namocniejszym odcinkiem frontu i nie traciło z nim łączności ani na chwilę. Mają obecnie Niemcy otwarty kierunek operacyjny na Petersburg.

Nie lepiej działo się na sąsiednim froncie. Armie ewakuowały bez walki twierdzę Ossowiec, otoczoną od południa; spełniała ona zresztą swe zadanie przez dłuższy czas.

Opuszczono również Białystok, Bielsk, a ostatecznie twierdzę Brześć; zlikwidowana więc została bez poważniejszego oporu cała linia frontu, który według zasadniczego planu obrony miał być zasadniczą podstawą operacji armii rosyjskiej.

Brześć

Oblężenie Brześcia Litewskiego w 1657 roku. Autor: Erik Dahlbergh /Public domain - Domena publiczna.

Na mocy Unii Lubelskiej w 1569 r. Brześć znalazł się w granicach Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Miasto jest znane z zawartej w 1596 roku Unii brzeskiej między katolikami a prawosławnymi, która przetrwała na tych terenach 300 lat.

Prasa rosyjska starała się pomniejszyć katastrofę i twierdziła, że właściwie przeciwnicy zdobyli tylko dużą połać terenu, nie rozbili jednak armii, która cofnęła się w porę i posiadała wsparcie w olbrzymich przestrzeniach Rosji.

Rozumowanie to nie wyglądało poważnie; oddano Niemcom cały teatr wojny, przygotowany strategicznie, wraz z jego twierdzami i siecią komunikacyjną, armia zaś została uratowana tylko częściowo – duch w niej nadłamał się, znikła wiara w zwycięstwo, a kadry stopniały tyle, że nie można było myśleć o ponownej ofensywie przed upływem kilku miesięcy, tym bardziej, że zaopatrzenie techniczne i materialne ucierpiało w znacznym stopniu.

5-go września cesarz objął osobiście naczelne dowództwo, a w. książę Mikołaj został przeniesiony na front kaukaski. Zmiana ta, wywołana intrygami cesarzowej, wrogiej w. księciu, była fatalna. Cesarzowi brak było wykształcenia i doświadczenia fachowego, w tym doświadczenia bojowego i woli, całą nadzieję skupiała więc armia dookoła osoby nowego szefa sztabu, gen. Aleksiejewa, znanego mi dobrze jeszcze z czasów akademickich. Był to dobry fachowiec, bez nadzwyczajnych zresztą zdolności, niesłychanie pracowity, skromny, brzydzący się intrygą, nie miał on jednak silnej woli, pochłaniał ją w znacznym stopniu, tak właściwy najlepszym charakterom rosyjskim, mistycyzm – „szukanie Boga”.

Na froncie ukraińskim wbrew mym oczekiwaniom polepszyło się. Niemcy i Austriacy zostali 8-go września rozbici pod Tarnopolem, ponieśli również porażkę pod Trembowlą; spowodowało to szybki odwrót przeciwnika, zdobycie wielu tysięcy jeńców i licznej artylerii. W połowie września walki ustały nad rzeką Strypą, Styrem i Dniestrem.

Prosił mnie parokrotnie gen. Witmer, bym mu przytoczył bardziej wybitne, bohaterskie czyny moich żołnierzy, obserwowane osobiście. Po skrupulatnym przejrzeniu mego archiwum pamięciowego, podyktowałem generałowi zaledwie kilka pięknych czynów męstwa, nie dlatego jednak, by ich nie było, ale z powodu trudności ich obserwacji.

Psyche ludzka objawia się w wojnie współczesnej w warunkach niesłychanie ciężkich. Dawniej szli żołnierze do boju w kolumnach, strojni w mundury galowe, z powiewającymi sztandarami, przy dźwiękach kapeli; zwyciężano lub umierano w obliczu kolegów, w uroku bohaterstwa. Szły później do kraju wieści o czynach wspaniałych, stwarzano o nich legendy, które dawały natchnienie poetom, muzykom. Kto u nas nie zna reduty Ordona, lub poloneza fis-moll Szopena?

Dzisiaj jest inaczej. Wojna utraciła piękno widoczne, blask, barwy podniety zewnętrzne; żołnierz prowadzi przeważnie krecie życie w okopach przez długie okresy, wytrzymuje przez szereg godzin wstrząsający całym systemem nerwowym i psychicznym, straszny ogien swojej i obcej artylerii i potem dopiero prowadzi parogodzinny bój śmiertelny, w formacjach rozproszkowanych w terenie, w głębokich, mrocznych okopach, lub w cieniu nocy. O czynach nadludzkiej odwagi, woli żelaznej, wiedzą tylko najbliźsi koledzy, którzy za chwilę padną również. Giną więc bez echa bohaterowie, umierają nawet bez tej skromnej pociechy, że potomność uwieńczy ich grób skromnym wawrzynem, że rodziny przechowają z dumą legendę o dokonanym przez kogoś z ich rodziny czynie bohaterskim.

Właściwie nie istnieje obecnie sława indywidualna żołnierza, lub nawet oficera średnich szarż; pożarła ją mordercza technika, unicestwiła liczba walczących.

Inaczej również wygląda obecnie zwykła odwaga żołnierska. W ubiegłych wojnach wystarczało okazanie męstwa w czasie bezpośredniej walki; obecnie to już nie wystarcza, gdyż śmierć czycha na żołnierza stale: czai się podstępnie pod wodą, by jednym uderzeniem zatopić statek, spada jak piorun z błękitnego nieba, zabija nagłym wybuchem miny z pod ziemi, niewidzialna a niepokojąca stoi ciągle przy żołnierzu.

Wrzesień dobiegał do połowy, rany zagoiły się, chodziłem już przy pomocy laski wcale dobrze, kończyły się zatem moje wakacje. Opuszczałem Krym z pewnym zawodem. Był on dla mnie, dzięki przede wszystkim Mickiewiczowi i Moniuszce, krainą wymarzoną, pięknym akordem natury, z gór i morza złożonym. W rzeczywistości nie potrafiłem odczuć głębiej otaczającego mnie piękna; zapewnie miałem duszę zbyt zmąconą wizjami ciężkich przejść wojennych. Wyjeżdżałem więc bez żalu, sprzykszyła mi się bezczynność, pragnąłem wrócić do pracy, a zapowiadała się ona w nowych formach. Armie stanęły za nieskończonymi płotami strategicznymi.

Wrzesień kończył się już, gdym jechał na front. Wracałem do szeregów bez zapału, ale z uczuciem głodu pracy i pewnego zrównoważenia duchowego; okresy buntu i zniechęcenia minęły, nastał spokój, podszyty rezygnacją, spłowiałem poprostu.

Głębsze wniknięcie w przebieg spraw wojennych wyrobiło we mnie przekonanie, ze wojna na froncie wschodnim jest nie do wygrania. Niemcy górowały nad Rosją nie tylko techniką wojenną, nieporównanym składem oficerów, wykształconych, energicznych, zaciekłych w wykonywaniu postawionych im celów, ale i duchem narodu; armia zaś tkwiła głęboko swemi korzeniami w ziemi ojczystej, czerpała z niej siły moralne, żądzę zwycięstwa. Przypuszczałem więc, że zadania strategiczne armii rosyjskiej ograniczą się do przetrzymywania przed sobą maximum sił niemieckich, czyli obrony czynnej, główna zaś akcja zostanie rozegrana na froncie zachodnim.

Jako Polak, wolałem to nawet; dość niszczących fal wojennych przewaliło się już przez polską ziemię...

Sprawy wojenne na zachodzie przedstawiały się zresztą mało pomyślnie; front stopniowo zaślepił się od zimy beznadziejnie, manewry i starcia armii nabrały cech ruchu molekularnego; duch narodu francuskiego i jego sprzymierzeńców utrzymywał się nadal na wysokim poziomie, ale techniczne zaopatrzenie szwankowało wciąż, wskutek opanowania przez Niemców najbardziej przemysłowych okręgów we Francji. Nie liczyłem więc na prędkie i zdecydowane zwycięstwo aliantów w polu otwartym; należało raczej oczekiwać gry na wyczerpanie, która dla mocarstw centralnych, blokowanych coraz ściślej, była bardziej niebezpieczną, niż dla ich przeciwników, mających w odwodzie przemysł i zasoby żywności całego świata.

zamek

Pałac Wiśniowieckich  i Mniszchów. Autor: Tomasz Leśniowski - Praca własna. / CC BY - SA (https:// creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0).

VII-my korpus, do którego wróciła nareszcie 13-ta dywizja, zajmował odcinek frontu na Wołyniu; sztab korpusu rezydował w historycznym zamku Wiśniowieckich. Spotkanie z dowódcą korpusu, gen. Ekkiem, było prawie serdeczne; znałem go dobrze z Warszawy, ceniłem zawsze, jako człowieka dobrego, o dużej europejskiej kulturze, zdziwiła mnie jednak osoba szefa sztabu, gen. Łazarewa; był on ruiną z powodu ciężkiej choroby nóg i nie nadawał się zupełnie do służby wojskowej na froncie. Armią naszą dowodził gen . Szczerbaczew, dobry strateg i dżentelmen. Warunki służby zapowiadały się zatem dla mnie pomyślnie.

rzeka

Bastion zamku w Dubnie (dzisiejsza Ukraina). Замок, Дубно. Autor:Pavlo Boyko z Kijowa, Ukraina /CC BY-SA. Utworzony: 9 maja 2006. Z lewej strony widoczna rzeka Ikwa.

Rzeka (ukr. Іква Ikwa) – rzeka na Wołyniu, prawy dopływ rzeki Styr, która przepływa przez Krzemieniec. Rzeka Ikwa ma swoje źródło w okolicach Czernicy koło Brodów. Jest ona jednym z większych dopływów górnego Styru. Tworzy dość szeroką dolinę. Przepływa koło Krzemieńca i Dubna. Koło Targowicy wpada do Styru (na jego 283 kilometrze). 

 

Opisana jest w utworach literackich Juliusza Słowackiego.

Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone

Będą ci całe poemata składać.

Ja bym to samo powiedział co one,

Bo ja się od nich nauczyłem gadać.

Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną, Byłem ja niegdyś jak Zosia dzieciną.

Jukiusz Słowacki, „W pamiętniku Zofii Bobrowny”.

 

Moja dywizja zajmowała odcinek frontu długości dwudziestu wiorst, wzdłuż rzeki Ikwy, od Komaryna do Roztoki i dalej na południe do Horyńki; sztab dywizji gnieździł się we wsi Zaleście, zajmując pustą szkołę na skraju dużego wąwozu, w którym schowała się wieś. Mój zastępca, gen. Piłkin, zachorował natychmiast po moim przyjeździe i wyjechał; miałem wrażenie, że nie dogadzała mu rola „wikarego” – trudno, nie dorósł jeszcze do probostwa. Drugi pomocnik, gen. Lichaczew, rozkleił się nerwowo do tego stopnia, że nie nadawał się zupełnie do pracy; nie posłużyło widocznie staruszkowi świeżo zawarte małżeństwo. Szefa sztabu jeszcze nie było, chociaż posada wakowała od dwóch miesięcy; Ekk wspomniał mi z miłym uśmiechem, że paru kandydatów odmówiło z powodu „ostrego charakteru dowódcy dywizji”. Naturalnie, opinię tę urabiał usunięty przeze mnie niefortunny pułkownik Lebiediew. Faktycznie znalazłem się bez pomocników. Inspekcje frontu rozpocząłem natychmiast. Miejsce sztabu dywizji było źle obrane, do lewego skrzydła miałem szesnaście wiorst i to okolica falista, po złych i bałamutnych drogach; przy pierwszym wyjeździe zabłądziłem po nocy pomimo pomocy spotkanego popa dywizyjnego, który znał niby drogę, kazałem więc na skrzyżowaniu dróg postawić drogowskazy.

Nasze vis a′ vis – kochane Austriaki leżeli od nas prawie o wiorstę i zachowywali się grzecznie, tylko od klasztoru Poczajowskiego dolatywały często zupełnie zresztą nieszkodliwe pociski. Na prawym skrzydle przedzielała nas od przeciwnika rzeka Ikwa i dwa jeziorka, jadałem więc często szczupaki i karpie; na mocy niepisanego, obustronnego układu nie strzelało się do idących po wodę lub łowiących ryby.

Prawie 5 lat później, a dokładnie 19 lipca 1920 roku stoczona została w okolicach wołyńskiego Chorupania, niedaleko Dubnia, jedna z najważniejszych bitew w wojnie polsko-bolszewickiej, będącej zarazem wielkim pomnikiem polskiej sztuki wojennej (aczkolwiek prowadząca ją kadra pochodziła z armii austro-węgierskiej).

Miałem dwóch nowych dowódców pułku; niebardzo mi się podobali. Jeden – pułk. Tarbiejew robił wrażenie kulturalnego człowieka, ale musiał być łagodny i był stanowczo za gruby, nie mógł więc być ruchliwym; drugi – pułk. Wasiljew wydał mi się od razu kombinatorem, nie posiadający żadnych cech rycerskich, ani poczucia odpowiedzialności; sprawdziłem to wkrótce przy zwiedzaniu stanowiska pułku.

Uderzyło mnie, że przed jednym z odcinków sterczał pagórek, skracający ostrzał do dwustu kroków, stąd zatem można było oczekiwać jakiejść niemiłej niespodzianki. Spytałem więc Wasiliewa, dlaczego nie wysuwa okopów na szczyt, ale pułkownik uznawał to za niemożebne, gdyż Austriacy trzymali stale to miejsce pod artyleryjskim ogniem krzyżowym; nie dowierzając meldunkowi, postanowiłem sprawdzić osobiście sytuację na miejscu. Naturalnie pułkownik zaczął mi wymownie odradzać ze względu na rzekome niebezpieczeństwo, ale próbowano mnie poprzednio tyle razy straszyć, że nie uwierzyłem; w asyście wywiadowcy, dobrze znającego teren, wysunąłem się spokojnie za druty i dopiero w pobliżu wierzchołka wypadło nieznacznie wciągnąć się, leżąc, na sam szczyt.

Dostrzeżono nas jednak natychmiast i przywitano dwoma granatami, zapadliśmy się więc w jakimś leju, ale ogień nie ustawał i pociski zwarły się dookoła; miałem oczy pełne piasku a płuca dymu, położenie stawało się zupełnie przykre.

Nagle mój wywiadowca wyskoczył z leja na otwarte miejsce i pobiegł lekkim truchcikiem wzdłuż wzgórza, ciagnąc za sobą ogień przeciwnika; jasne było, że poświęcał siebie, by mnie uratować, śledziłem więc z największym niepokojem ruch dzielnego żołnierza. Nareszcie upadł i zniknął mi z oczu; czy go zabito, pozostało na razie pytaniem bez odpowiedzi, ale nie miałem czasu na dłuższe odruchy sercowe, skorzystałem więc z dywersji, by przejrzeć przedpole, i po kilku minutach zsunąłem się, tym razem niepostrzeżenie, na zakryte zbocze.

Powrót do okopów był zupełnie spokojny. Zauważyłem, że miny żołnierzy, obserwujący mój manewr, wyrażały sympatię i uznanie, za to pułkownik był zupełnie skonfundowany; nie dając mu przyjść do słowa, kazałem opanować w ciągu najbliższej nocy wzgórze, gdyż z niego otwierał się doskonały ostrzał na dolinę rzeki Ikwy, zaznaczyłem również, że zwykle największe trudności stwarza brak inicjatywy u dowódcy.

Ku wielkiej mej radości wrócił po chwili wywiadowca; nie zraniono go nawet, ukrył się w najgorszej chwili w jakimś leju. Podziękowałem serdecznie zuchowi za mężny czyn i obiecałem mu order św. Jerzego. Gefreiter ten nazywał się Piekarz, był rodem z Homla a z pochodzenia Żydem. Nazajutrz meldowano mi wczesnym rankiem, że wzgórze zostało zajęte i jeden batalion okopuje się na nim pod silnym ogniem przeciwnika.

 

kościół i klasztor

Kościół i klasztor oo. Dominikanów w Podkamieniu. Państwo Ukraina. Obwód lwowski. Wyznanie greko-katolickie. Autor: Ludmiła Gołąb. Utworzony 9 czerwca 2014 r. Praca własna - CC BY-SA 4.00

To jest fotografia miejsca lub budynku wpisanego do Państwowego Rejestru Zabytków Nieruchomych Ukrainy pod numerem: 46-203-0015.

Kościół pw. Wniebowziecia Najświętszej Maryi Panny i klasztor oo. dominikanów w Podkamieniu, obecnie Kościół i klasztor Pochodzenia Drzewa Pańskiego - zabytkowy zespół w Podkamieniu, jeden z najwspanialszych barokowych zabytków w rejonie brodzkim w obwodzie lwowskim na Ukrainie. Wcześniej nazywany był Ruską czyli Podolska Częstochową. Obecnie monaster należy do grekokatolickiego zakonu studytów.(...)

ołtarz

Foto ołtarza. Podkamień, Kościół Dominikanów, ołtarz główny, od 1764 r., Architektura Piotr Polejowski. Fototeka Instytutu Historii sztuki U. J. Ołtarz został zniszczony przez bolszewików. Autor nieznany. Pobrano z Domeny publicznej.

Po parodniowych spacerach wzdłuż frontu urządziłem sobie święto obcowania z naturą. Jesień złota była w pełnym rozkwicie, do okna mego zaglądały krwawe grona jarzębiny, a na dnie wąwozu mieniła się w słońcu wieś jaskrawymi barwami sadów; pogoda była śliczna, niebo głębokie, niebieskie, w powietrzu cisza zupełna i upajająca słodycz; z pagórka sąsiedniego oko biegło ku zachodowi przez rozległą, falistą okolicę aż ku potężnemu klasztorowi Poczajowa, a dalej jeszcze zatrzymywało się na strzelającej wysoko ku niebu wieży katolickiego kościoła w Podkamieniu. Dwa światy - dwa kontrasty.

Wsie poza linią bojową nie były wyludnione, uciekła tylko administracja i duchowieństwo prawosławne. Zareagowałem na tę nikczemność w odpowiednim pismie do władzy, wprowadziłem swoją policję a pułkowym popom kazałem odprawiać nabożeństwa po cerkwiach wiejskich, co bardzo dogodziło chłopom.

Dywizja liczbowo była silna, miała nawet sporo oficerów, ale wszystko to było jeszcze półfabrykatem, wypadało więc zabrać się energicznie do gruntowego przeszkolenia żołnierzy i mniejszych jednostek bojowych. Po zapoznaniu się bliżej ze sprawami pułków, natrafiłem na parę podłości, popełnionych w czasie mej nieobecności dla wyróżnienia nie zasługujących na to, faworytów sztabu korpusu, który protegował specjalnie najgorszy w dywizji pułk litewski ze względów natury prywatnej, przy życzliwej tolerancji Ekka. Naturalnie zepsułem tym panom nieczystą grę; nie znoszę protekcji i protegowanych.

W drugiej połowie września obudzili się alianci na zachodzie. Postanowili oni przerwać niemiecki front, uderzając w podstawy łuku, zagrażającego Paryżowi na północ od Arrasu i na wschód od Reimsu; zgromadzono więc olbrzymią artylerię, ulepszono komunikację, przygotowano wreszcie natarcie kilkoma milionami pocisków. Atakowały Niemców dziesiątki najlepszych dywizji, a jednak po trzech dniach walk przerwano front zaledwie na przestrzeni 25 km., dalsze natarcie zaś zatrzymały korpusy niemieckie, przewiezione szybko z rosyjskiego frontu. Operacja ta wykazała raz jeszcze znakomitą sprawność niemieckiej sieci kolejowej i fatalne skutki nieskoordynowania działań aliantów na obydwu frontach.

W początku października zaprosił dowódca korpusu mnie i dowódcę 34-ej dywizji, gen. Gutora, na dyskusję informacyjną; okazało się, że w północnej części naszego frontu, nad rzeką Styrem, gromadzili Niemcy duże siły czy to w przewidywaniu ewentualnego natarcia Rosjan na Kowel, czy też w celu zaatakowania 8-mej armii w kierunku Równego. Ostatnie przypuszczenie wydało mi się wątpliwe, pora roku była już spóźniona, a wołyńskie drogi potrafią zahamować jesienią wszelki rozpęd. My mieliśmy stać w miejscu.

Po śniadaniu zainterpelowalem Ekka, co do zaprojektowanych w czasie mej nieobecności awansów i nagród oficerów mojej dywizji, prosząc o wstrzymanie decyzji aż do mego wyjaśniającego raportu, gdyż dopuszczono się paru niesprawiedliwych wyróżnień; moje zastrzeżenie zaskoczyło nieprzyjemnie generała, spochmurniał i stracił zwykłą uprzejmą rozmowność, a gen. Łazarew bez słowa wyszedł natychmiast z pokoju. Nic to, wolałem od razu postawić kwestię jasno – w dywizji chciałem być samodzielnym gospodarzem.

Wywiadowcy złapali przed frontem austriackiego żołnierza, podrzucającego paczki proklamacji, podburzających moich żołnierzy; kolporter został natychmiast rozstrzelany, o czym zawiadomiono przeciwnika pismem w trzech językach pisanym. Oręż ten wyłączam z liczby broni godziwej w walce orężnej.

Roboty było bardzo dużo, dywizja ogromnie zaniedbana, brak odpowiednich pomocników w pułkach. Dobrym dowódcą był tylko Andguładze, spędzałem więc co drugi dzień w oddziałach; zmuszałem wszystkich do wytężonej pracy, poprawiałem, uczyłem, monitowałem. Raziło mnie poprzednio, gdy określano żołnierzy jako „materiał ludzki”, obecnie zrezygnowałem z wysokich aspiracji, gdyż poziom duchowy rosyjskiego chłopa ledwie obciosanego w kadrach, był niesłychanie niski, nie mieliśmy więc żadnej mozności uczynić go tu na froncie żołnierzem uświadomionym patriotycznie. Kladłem więc przy szkoleniu główny nacisk na przygotowanie fachowe i żelazna karność.

Bezpośrednia komunikacja z frontem była ciągle przykra, wypadało chodzić krętymi, długimi przekopami. Ukrywały one z głową i zapewniały bezpieczeństwo, ale przykrzył się ogromnie spacer po takich szparkach, nie widząc nic dookoła, a gdy spadł deszcz, miało się pod nogami gęste, lepkie błoto; wtedy najczęściej nie wytrzymywałem i szedłem na przełaj.

Przeciwnik zwykłe nie zwracał uwagi na samotnego przechodnia, uchodziło mi to więc bezkarnie.

Z początkiem października zamyśliła się przyroda, niebo zbladło, słońce było jakoś roztargnione, drzewa poczęły otrząsać z siebie jaskrawy strój jesienny; barwne kobierce zaległy ścieżki i trawniki, pola opustoszałe ogłuchły i tylko mgła włóczyła się po ścierniskach. Niejasna tęsknota zajrzała do duszy. Wkrótce zaczął mżyć typowy kapuśniaczek, zabłocił drogi do niemożliwości i uwięził mnie w domu; odrabiałem z furia nienawistną mi, papierowa robotę, można było od niej dostać wprost niestrawności. Należało to właśnie do szefa sztabu, ale nie było go wciąż. Dla urozmaicenia prowadziłem pedagogiczne rozmowy telefoniczne z pułkami.

Przyjmowałem gościa, oczekiwanego bez najmniejszego zachwytu; był to archirej miejscowy, nie byłem więc pewny, o czym rozmawiać z takim duchownym dygnitarzem. Spotkał mnie jednak miły zawód, gość mój spędził poprzednie dwa lata w Rzymie, jako proboszcz cerkwi poselskiej; mówiliśmy zatem dużo o Wiecznym Mieście. Ode mnie pojechał archirej do sąsiedniej dywizji, gdzie doznał nader niegościnnego przyjęcia od dowódcy dywizji – Rosjanina.

Był u mnie również inspektor artylerii korpusu, gen. Romiszewski, dla wyjaśnienia nieporozumienia. Przed paru dniami zwiedzał on stanowisko mojej artylerii, krytykował i dawał wskazówki obowiązujące, które następnie streścił w niedość grzecznym pismie, do mnie skierowanym; zareagowałem natychmiast ostro, zaznaczając, że przyjmuję wskazówki tylko od właściwych dowódców, do których inspektor artyleriii się nie zalicza; dzięki uspokajającej polityce dowódcy korpusu, incydent skończył się zupełnie pokojowo.

Dano mi do przejrzenia list żołnierski, w którym znalazł się następujący ustęp: „Kłaniam się Wam, Marjo Michajłowno, i naszemu gospodarzowi, Wasylowi Pantolejmonowiczowi, całuję Was w niebieskie oczka, ciemne brewki, małe rączki”... I pomyśleć, że zdobył się na taki liryzm chłop od pługa wzięty, żonaty od lat dziesięciu „gospodarzem był synek sześciomiesięczny".

Źródła: E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa", t. 1 i 2. Ścieżka dostępu  Biblioteka Narodowa; Marcin Drawicz, "Zamilczany rok 1920 - to jest zamierzone". Strona intern. prof. M. Dakowskiego.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kowno#/media/Plik:Kaunas_Castle_in_2011.JPG

https://pl.wikipedia.org/wiki/Brze%C5%9B%C4%87

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Wisniowiec18.JPG?uselang=pl

https://pl.wikipedia.org/wiki/Dubno_(miasto)#/media/Plik:Castle_in_Dubno_Ukraine.jpg

 

 



Autor artykułu : gen. E.Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com