Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej / 14

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2021-02-10 15:07:57

Wprowadzenie. Front wschodni. Walczące strony: Imperium rosyjskie przeciwko II Rzeszy niemieckiej i Austro-Węgrom. Czas wydarzeń jesień 1915 r. Obszar akcji: Galicja Wschodnia. VII Korpus - 13 dywizja zajmowała odcinek frontu na Wołyniu. Korpusem dowodził gen Ekk. Sztab dywizji mieścił się we wsi Zaleście.Pułkownik Wasiljew był d-cą pułku. Gen. Gutor dowodził 34 dywizją.

Reprymenda. Z Kijowa nadeszła od żony sążnista reprymenda, że „chodzę pod szrapnelami, jak po Kreszczatiku...” „Nabujał” o tym pułk. Sytin i to podwójnie – Austriacy sztrzelali teraz wyłącznie granatami, a zresztą Sytin wyjechał na urlop w dwa dni po moim przyjeździe i nie chodził ze mną zupełnie po okopach.

ulica

Kreszczatik - główna arteria w Kijowie. various, Public domain, via Wikimedia Commons. Rodzaje Kijowa [Fototypy albumowe]. Kijów: Svetopechat Kulzhenko SV. Domena publiczna.

Refleksja wcale nie wojenna. Pogoda znowu piękna; w słońcu było tak ciepło, że jadaliśmy obiad na powietrzu; w nocy jednak mieliśmy 2 stopnie mrozu. Włóczyłem się po całych dniach; przeciwnik chyba zasnął, nie słychać było nawet dalekich strzałów, wobec tego wylazłem „na całego” z katakumb i chodziłem spokojnie obok okopów, tym razem jakbym spacerował po Kreszczatiku. Panowała zresztą i u nas senna atmosfera, postanowiłem ożywić trochę nudę i sprawdzić sprawność mojej liniji bojowej. Wywiad mój wypatrzył przez lunety, dokąd jeżdżą stale u Austriaków ordynansi, wywnioskowaliśmy więc, że tam usadowił się sztab; w tym kierunku wystrzelono trzy baterie, ale nieznacznie, by nie wzbudzić niepotrzebnej czujności; a gdy nadeszła noc, zagrały nagle austriackiemu sztabowi moje armaty; jednocześnie piechota, nie wychodząc z okopów, symulowała ogniem kompanijnym atak.

Po paru minutach rozigrały się żywioły. Austriacy omal nie poszaleli, baterie ich poczęły kropić salwami na ślepo w przestrzeń, zagrały dziesiątki kulomiotów, myślano widocznie, że to początek ataku; kule szły tak wysoko, że słyszało się ich roje, lecące wysoko nad głowami. Przypuszczam, że sztaby, rezerwy i tabory przeciwnika miały się nieźle, bo nie żałowałem pocisków, których tym razem miałem dość.

O 1-ej w nocy wstrzymałem pseudoatak, ale przeciwnik strzelał jeszcze około dwóch godzin. Moje straty – dwóch zabitych 16 rannych. Nazajutrz pojmany Austriak zeznał, że w ciągu nocy wzmocniono ich front o półtora pułku – to dobrze, bo gdzie indziej będzie ich mniej.

Zamiast bitwy to figle. Nazajutrz uśmiałem się serdecznie z figla, urządzonego samorzutnie przeciwnikowi przez moich żołnierzy; w nocy przywiązali ono mocno podwójny drut do austriackich drutów kolczastych, drugi koniec jego namotali na koło niefunkcjonującego młyna wodnego i puścili je w ruch; drut zaczął się stopniowo nawijać na koło i wyciągał palik po paliku, aż póki się nie urwał. Austriacy początkowo byli zdziwieni, strzelili nawet parę razy, słysząc jednak w naszych okopach wybuchy śmiechu, zachowali spokoj, ograniczając się do przyjacielskiego wygrażania pięścią.

Praca w pułkach posuwała się dobrze, żołnierze wyglądali zuchowato, patrzyli wesoło, dywizja wzmacniała się z dniem każdym. Schowałem więc na razie do lamusa moje „grzmoty Jowiszowe” i chętnie uśmiechałem się do moich zuchów. Polubiłem bardzo odkomendorowanego do dywizji podkpt. Djakonowa, sapera, który, pragnąc dzielić niebezpieczeństwo z bratem, oficerem pułku wileńskiego, porzucił spokojne stanowisko w Sweaborgu i przyjechał do mnie.

Ale gdzie są światła muszą być i cienie. Oddałem pod sąd porucznika Lebiedińskiego, który po pijanemu nie spełnił rozkazu dowódcy batalionu; groziła mu kara śmierci i został na nią skazany, ale gen. Iwanow zastąpił ją degradacją na szeregowca. Słaba kara!

Inspekcja. Przyjechał do dywizji gen. Ekk, chwalił bardzo przeszkolenie oddziałów i spytał na pożegnanie, ile bojowych nagród posiadam; odpowiedziałem, że otrzymałem dotychczas tyko jedną – złotą szablę. Wywołalo to zdziwienie mojego pryncypala i komentarz, że wynikło to widocznie z powodu parokrotnego przerzucania dywizji z jednego korpusu do drugiego. Nazajutrz zakomunikował mi Łazarew, że zajęto się tą sprawą; podziękowałem naturalnie, ale bez wielkiego zapału, bo poza orderem św. Jerzego mało mi zależało na innych dekoracjach.

Dobra kobieta, czy dlatego, że ma pieniądze? W połowie października odwiedziła mnie pani hrabina; było to prawdziwe poświęcenie, wypadło jej jechać do mnie półtorej godziny, po nader wyboistej drodze przez pagórki i wąwozy. Przyjechała z interesem; zbliżało się Boże Narodzenie, zamierzała więc zacna dama obdarować prezentami całą dywizję i radziła się, co ma kupić. Naturalnie na pierwszym miejscu postawiłem orkiestrę, złożona z bębenka, harmonii i bałabajki; słuchając przez czas dłuższy takiego zespołu, można dostać abominacji do muzyki, ale w okopach ujdzie i taka kakofonja. Ponieważ prezenty będą się liczyć na tysiące, będzie to kosztowało ofiarodawczynię kilkadziesiąt tysięcy rubli, ale ma ona na to, jest najbogatszą kobietą w Rosji i to – bezdzietną.

Znany publicysta Rabski wyjechał do Szwecji, na pewno w celach politycznych. Przypisywałem temu głębokie znaczenie; z kruchych wiadomości, podawanych w listach rosyjskich i listach prywatnych, można było wywnioskować, że Warszawa (W dniu 5 sierpnia wojska niemieckie zajęły Warszawę) w ostatnich dniach przed wejściem Niemców nie była zupełnie zasmucona. Odezwało się to we mnie przykrym zgrzytem, bo nie mogłem sobie wyobrazić bardziej ciężkiej sytuacji, niż obecność zwycięskich Prusaków w samej stolicy; z drugiej strony, przyznać należało, że ten nastrój Warszawy został wywołany przez ohydną reakcję, toczącą rząd rosyjski. Szaloną omyłką a nawet zbrodnią była zwłoka w ogłoszeniu autonomii Polski; postarał się o to ekstrakt rosyjskiej przewrotności biurokratycznej, któremu na imię – Goremykin. Naturalnie próbowały wyzyskać tę sytuację w Polsce elementy przychylne Austrii.

Pod Czartoryskiem, niedaleko Słucka, przetrzepano przeciwnika, zmuszając go do pośpiesznego odwrotu. Jeżeli na miejscu były świeże siły do ścigania, możliwe było dalsze posunięcie się naprzód, jak daleko – chi lo sa?!

mapka

Rzeczpospolita Obojga Narodów. Podział administracyjny w 1764 roku.

Trzy tygodnie minęło od czasu mego powrotu do dywizji, a sytuacja była wciąż bez zmiany. Gdy była pogoda, krążyłem po froncie, w czasie słoty odrabiałem w domu papierowe „Godzinki”. Wrastaliśmy coraz bardziej w ziemię, wzmacnialiśmy się w głąb: myśl o wojnie”błękitniała” jednak, bo u nas panował głęboki spokój, niekiedy tylko błysnął, jak iskierka w ciemni, jakiś drobny epizod bojowy. Na przykład wydawało mi się, że się przed nami przeciwnik zmienił, kazałem więc urządzić zasadzkę; wpadło w nią kilku Węgrów, bronili się jednak zaciekle; w czasie walki schwycił węgierski podoficer za karabin mego żołnierza, ten trzymał go tylko jedną ręką, gdyż w drugiej miał ręczny granat z trzonkiem, i walił tym granatem Węgra po głowie, aż póki go nie ogłuszył. Dziwne jednak, że nie nastąpił wybuch, zostałyby z obydwóch walczących tylko strzępy.

20-tego października mieliśmy u dowódcy korpusu naradę. 34 dywizja chciała natarciem na przeciwnika ulepszyć swe stanowisko; na mnie wypadło zadanie drugorzędne; zabezpieczyć czynnie prawe skrzydło atakujących i przytrzymać na swym froncie rezerwy austriackie. Wymagało to naturalnie energicznego współdziałania, miałem więc okazję sprawdzenia rezultatów pracy nad przeszkoleniem dywizji.

wieś

Wieś Łopuszno na Ukrainie, w obwodzie iwanofrankiwskim, w rejonie rohatyńskim. Autor: Roman Zacharij - Praca wlasna. Domena publiczna. Utworzony: 1 stycznia 2005.

W pierwszym okresie walki niepokoiłem tylko przeciwnika artyleryjskim ogniem i pozornymi ruchami piechoty na mym prawym skrzydle; z chwilą jednak, gdy 34 dywizja przełamała pierwsza linię okopów austriackich, rzuciłem do ataku na swym lewem skrzydle trzy bataliony pułku wileńskiego. Uderzenia dokonano z wielka brawurą, przerwano dwanaście rzędów drutu kolczastego i opanowano wieś Łopuszno; do walki wręcz doszło tylko miejscami, przeważnie Węgrzy nie dotrzymywali i zbiegli; zapalczywy pościg zapędził jednak moich żołnierzy za daleko, dostali się nieoczekiwanie w kleszce, z których wyszli z trudem.

piechota

Piechota rosyjska - armia carska. Źródło:Kresy24.pl.

Skromny ten epizodzik dał nam jeńca w ilości 12 oficerów i 8oo żołnierzy; zdobyto rownież 2 minomioty i 4 bombomioty; pułk stracił 300 ludzi. Opanowanie Łopuszna ulepszyło mi znacznie obstrzał. 34-ta dywizja zajęła potrzebną jej linię i wzięła do niewoli 5 tysięcy jeńca oraz 2 bombomioty.

Dobry dowódca działa jak gospodarz.Nazajutrz poszedłem obejść zdobyty teren, i znowu wbrew opinii pułk. Wasiljewa, że tam „piekło”; nasłuchując przez kilka minut, sprawdziłem, że strzelają rzeczywiście, ale daleko było nawet do czyśćca, powiedziałem więc Wasiljewowi, iż nie widzę dużego niebezpieczństwa dla siebie, jemu zaś pozwalam zostać. Jednak zdecydował się i poszedł za mną, ale w polu otwartym odsadził się zaraz w bok o jakieś 300 kroków. Wbrew rannemu meldunkowi, teren nie był jeszcze uprzątnięty; gęsto leżały zwłoki zabitych, setki karabinów, skrzynki z amunicją, partje ręcznych granatów, zwoje drutu kolczastego, a w zdobytych okopach natrafiłem na jakieś dwa nabite dziwolągi. Zniecierpliwiło mnie to i spytałem pułkownika, czy nie widzi czasem pewnego rozdzwięku pomiędzy złożonym meldunkiem a rzeczywistością; z przykrością skonstatowałem raz jeszcze, że każdego nowego pulkownika muszę uczyć elementarnych zasad dowództwa.

W Łopusznie znalazłem dużo budulca, papy, cementu, widocznie Austriacy mieli zamiar urządzić się tutaj wygodnie na zimę; również pokazano mi bardzo już posuniętą ku nam, wykończoną galerię minowa, z gotową komorą wybuchową. Po drodze otrzymaliśmy pod naszym adresem zaledwie kilka szrapneli.

Co się śni po nocach tym, którzy wymyślają broń? Po powrocie zademonstrowano mi zdobyte minomioty. Prawdę mówiąc nie wiedział nikt z nas, co to jest – niby krótki, prymitywny moździeż o długim pocisku, sterczącym z lufy; drogą rozumowania zdecydowaliśmy, że to są właśnie minomioty. Przed paroma dniami rzuciły one do naszych okopów parę ogromnych nabojów, które leciały tak wolno, że je żołnierze widzieli; wybuch ich powodował ogromne leje.

Po bitwie zaznaczył sie pewien niemiły sąsiedzki zgrzyt: Gen Gutor podał w swym raporcie, jakobym nie dał mu odpowiedniej pomocy; naturalnie udowodniłem z łatwością, że to fałsz a meldunek był lekkomyślny; uznał to Gutor i przyjechał przeprosić mnie osobiście, zaś Ekk wydał rozkaz z podziękowaniem nam obydwom za energicznie prowadzoną walkę i wzajemne poparcie.

Polskie ślady. Niedaleko Łopuszna znajdują się historyczne błonia, zroszone dwukrotnie krwią polską. Tu w końcu piętnastego wieku garstka polskich rycerzy została zniesiona przez Tatarów, tu w dwadzieścia lat później hetman Kamieniecki i Konstanty Ostrogski rozgromili Tatarów krymskich.

Przeniosłem się do Rydomia; siedziałem teraz w centrum dywizji, łatwiej więc było mi dowodzić, orientowałem się tu również lepiej w odgłosach z frontu. Miałem nawet w swoim pokoju w oknach wszystkie szyby, w Zaleściu zabrakło ich, jakiś przelatujący figlarz wybił nam zrzuconą bombą wszystkie szkła okienne; w Rydomiu zamieszkałem również w szkole, a utensylia miejscowe, szafy i tablice, znalazły zastosowanie jako stoły kancelaryjne.

W dniu przenosin ocknęli się Austriacy i zapragnęli odebrać terytorium przez nas zdobyte. Na razie sąsiad, na którego skierowano główne uderzenie, zmieszał się nieco, ale wkrótce opanowaliśmy sytuację, wyrzucając z powrotem nieproszonych gości. Pozostawili nam do pochowania paręset zwłok, moje straty były nieznaczne. Przekonałem się raz jeszcze o dziwnym instynkcie kruków i wron: zjawiają się one zawsze w dużej ilości na parę dni przed bitwą w oczekiwaniu żeru i znikają natychmiast po oczyszczeniu pola bitwy.

Natężenie pracy zmniejszyło się, wszystko już obejrzane, odpowiednie wskazówki zrobione, trzeba było teraz dać czas oddziałom i wcielić je w życie; miałem więc obecnie tylko udrękę papierową, którą mnie uraczył sztab, sanitariat, indendentura, ale za to żołnierz był dobrze zaopatrzony i syty. Brak mi było bardzo samotności, przez drzwi mego pokoiku słyszałem każde słowo, wypowiedziane w ogólnej sali, gdzie się mieścili moi oficerowie. Póki wrzała praca myślowa, nie było czasu na refleksje duchowe, ale w okresach odpoczynku powstawały w duszy różne męczące zgrzyty, uciekałem więc w pole, błąkałem się po ścierniskach aż do zmęczenia, ale nie uspokajało mnie to. Natura usnęła, zimny wiatr tylko hulał nad ziemią. Wolałem spacery przy księżycu; mieliśmy teraz pełnię, ślicznie srebrzyły się w poświcie księżycowej, okryte białym szronem, zagony, cicho płynęły poza lekką pajęczynką powietrzną pierzaste obłoczki, ale i tu psuła mi nastrój myśl, że w taką noc żołnierze pracujący są więcej narażeni; przeniosłem więc roboty bliżej świtu.

Dzień zadumy w czasie wojny. Dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki spędzilem smutnie; na próżno czekały w tym roku drogie mogiły w kraju na zwykłe dowody pamięci i czci; odczytywałem po raz nie wiem który, cudny opis zaduszek na wsi z „Chłopów” Reymonta. Zwiedziłem urządzony przez hr. Kankrina cmentarzyk wojskowy, gdzie każdy zmarły miał własną mogiłę i krzyż z nazwiskiem; na takie zbytki można sobie pozwolić tylko w okresie spokoju na froncie; za zamiłowanie do opieki nad grobami nadano hrabiemu i mnie również przezwisko: „crogue mort′ów”.

Przyniesiono mi starą gazetę „der Tag”, znalezioną przy zabitym oficerze; przeczytałem w niej artukuł jednego z filarów katolickiej partii centrowej w Niemczech, Erzbergera, w którym nawoływał on do prowadzenia wojny z największym okrucieństwem, gdyż w systemie tym tkwi zasada największej humanitarności; zburzenie całego Londynu, zdaniem autora, jest bardziej ludzkie od pozostawienia jednego Niemca na polu walki bez pomocy; następstwem zastosowania tak radykalnych środków byłoby prędkie zawarcie pokoju; za każdy pochwycony okręt niemiecki należy zburzyć jedno miasto angielskie, wszystkie środki dla osiągnięcia zwycięstwa są dobre... I ten potwór nazywał się chrześcijaninem-katolikiem!

A śpiewa się: "Jak to na wojence ładnie". Jak zwykle po pełni, przyszła odmiana; po niebie rozwlekły się ciężkie, ołowiane chmury, ukryły szczelnie slońce, ściemniał świat, nadleciały zimne wiatry, zaczęły pruszyć śniegiem lub na odmianę dokuczliwym deszczykiem; ku nocy wyśpiewywała wichura w kominie takie symfonie, że zdawały się one nieraz wyciem zbliżającego się ciężkiego pocisku. W okopach musiało się jednak dziać nie tęgo; poszedłem sprawdzić: rzeczywiście, w pułku wileńskim nie zrobiono dla żołnierza od czasu mojej ostatniej bytności prawie nic, w rowach komunikacyjnych było takie błoto, że musiałem kilkakrotnie iść na przełaj polem, to samo robili i żołnierze, narażając się bez potrzeby.

Naturalnie zmęczyłem się bardzo, poczęła nawet krwawić noga, dostał więc pułkownik ostry „monit”; przyjechał nazajutrz z wizytą pokutną, ale nie przyjąłem go, za dużo kondemnatek zebrało sie na tym panu. Plotka sztabowa doniosła mi, że Wasiljew nazwał mnie w irytacji „sentymentalnym tygrysem”, dobrze, że nie gorzej; język rosyjski jest w tym zakresie bardzo urozmaicony i soczysty.

Wyjechał się leczyć gen. Łazarew, zastępował go szef sztabu 34 dywizji, bardzo wrażliwy na sytuację taktyczną tej dywizji; ciągle im coś groziło, wciąż mieli za mało własnych sił, kurczyli więc swój front, a rozciągali mnie do stanu niemożliwości; wreszcie przebrali miarę, i warknąłem tak ostro, że mi dali spokój.

Ciężkie wojenne życie dla tych co przeżyli. 5-tego listopada mieliśmy niepożądane urozmaicenie; przeciwnik przemówił dobitnie huraganem ciężkich pocisków, skierowanych na stanowisko jednego batalionu; okopy jego zostały zrównane z ziemią, zasypano sporo ludzi, ale batalion wytrwał na stanowisku, odpędził ogniem nacierających Austriaków i odkopał większość zasypanych żołnierzy. Kosztowało nas to jednak 60 żołnierzy. W końcu bombardowania znalazłem się na zagrożonym odcinku; atak był już odparty, wrzała gorączkowa robota przy naprawie rozrzuconego okopu; felczerzy pracowali nad ocuceniem odkopanych żołnierzy; w czasie huraganowego ognia obrońcy ukrywali się w głębokich, krytych schronach, stłoczeni w ciemni w niewyobrażalnym zaduchu, słuchając pękających nad okopem ciężkich pocisków, z których każdy mógł zwalić schron, zagrzebując wszystkich w lochu. Pomimo nader powściągliwego meldunku o zaszłym epizodzie, władza wydała komunikat „o bezprzykładnym męstwie”, nadesłano telegramy i zrobiła się literatura; ma to podrzewać korzystnie nastroje w kraju.

Okopy. W czasie działań wojennych budowano okopy według różnych doktryn obronnych, stąd budowa i formy okopów różniły się. Najbardziej niebezpiecznymi miejscami dla żołnierzy były okopy, które formowały tzw. wybrzuszenie wysuwające się z głównych umocnień do przodu. Miejsca takie były bardzo wrażliwe na atak, ponieważ można było na nie uderzyć z trzech stron. Niemcy utworzyli cały system konstrukcji fortyfikacji, przy którym pracowali specjalnie przydzieleni do tego inżynierowie. Stosowano na szeroką skalę beton zbrojony odporny na pociski artyleryjskie, instalowano wentylację i punkty oporu, które mogły się bronić, nawet pozostając w okrążeniu. Także armia niemiecka zastosowała jako pierwsza taktykę "głębokiej obrony", gdzie linia frontu była szeroka na kilkanaście kilometrów i zaopatrzona w liczne reduty. Każda reduta mogła wspierać sąsiednią, co tworzyło sieć ognia krzyżowego.

Odwiedziny dobrej kobiety. Jeździłem do hrabiny. Pogoda była fatalna, błoto szalone; nie dojeżdżając do wsi, spotkałem p. Szuwałową na poobiednim spacerze; była obłocona od stóp do głowy, bo się przewróciła w jakiejś głębokiej wyrwie, znajdowała jednak, że taka przechadzka jest bardzo higieniczna i przyjemna – wyjątkowa kobieta. W toku rozmowy dowiedziałem się, że gen Ekk przyznaje mi duże zalety, zaznacza jednak, że jestem szalenie zazdrosny o moją władzę.

Duchowieństwo wciąż nie wracało do swoich parafii; pisałem o tym powtórnie do archireja miejscowego; odpowiedział, że nie wie nawet dokąd wielebni ojcowie uciekli. Niesłychanie przykre wrażenie wywierała cerkiew we wsi Roztoce na przedpolu; parę ciężkich austriackich pocisków zrujnowało ją bardzo, widziałem wśród rumowisk rozbitego ikonostasu starożytną ewangelię, pogruchotane świeczniki, kadzielnice, obrazy. Pop uciekał tak szybko, że zabrał tylko swój osobisty majątek. Kazałem wszystkie przedmioty kultu zebrać i umieścić w cerkwi zaleścińskiej.

14 – go października mieli Austriacy nowy atak wściekłości; wyrzucili w nocy na front naszego korpusu kilkadziesiąt tysięcy pocisków: fajerwerk był wspaniały, oddzielnych wystrzałów nie można było odróżnić, grzmiał, przewalał się wzdłuż frontu jeden potężny grom. Straty w ludziach nie były duże, ale ucierpiały sporo roboty okopowe. Korpus odpowiedział zaledwie ośmioma tysiącami pocisków. Każda strona uważała ten artyleryjski pojedynek za wstęp do ataku, ale nie było go: nie przeszkodziło to zapewne wyższym władzom w wysyłaniu telegramów o udaremnionym ataku. Zamiast podziękowania otrzymaliśmy z góry zarzut za rozrzutność pocisków, trudno było jednak milczeć w takim wypadku: piechur czeka zawsze z utęsknieniem na pomoc swej artylerii. Następną noc spędziłem na froncie; ostatnie bombardowanie odsłoniło oprócz szkód pewne braki w planie umocnień, należało je natychmiast usunąć.

Robota prowadzona nocą jest poomacku i w zupełnej ciszy, ale przeciwnik wie, że okopy żyją dopiero w nocy, szpieguje je więc silnymi reflektorami; coraz to tryśnie z dali snop długich, zimnych promieni, ślizga się po polach, prześwietla podejrzane miejsca, a gdy się do pracujących zbliża, pada wszystko na ziemię i zamiera w bezruchu, aż póki nie nastanie zbawcza ciemnica.

Praca wre gorączkowo, żołnierze pragną wkopać się jak najprędzej w ziemię, zasłonić się nią od czyhającej śmierci, nasłuchują nerwowo przedzwaniających w drutach, kąśliwych os stalowych. Niekiedy rozdziera mrok krwawy błysk pękającego w pobliżu granatu, oświetli na chwilę szeregi pochylonych ku ziemi, ciemnych sylwetek ludzkich i zgaśnie, a wtedy ciemnia wydaje się jeszcze gęstrza. Przed świtem kończy się denerwująca praca, żołnierz wraca do swej wilgotnej, ciasnej nory, by zapaść w sen ciężki, przerywany, gorączkowy, pełny nieraz przerażenia podświadomego a mało pokrzepiającego; tak mijają dnie i tygodnie życia żołnierskiego w okopach, tępieje wrażliwość, słabnie sprawność służbowa, konieczne jest więc luzować kompanie czołowe i to jak najczęściej, by w zajęciach i przebywaniu na świeżym powietrzu przywrócić żołnierzowi energię życiową.

Źródła: E. de Henning-Michaelis. „ Burza Dziejowa” t. 2. Ścieżka dostępu: Biblioteka Narodowa.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Historia_Kijowa

https://pl.wikipedia.org/wiki/I_wojna_%C5%9Bwiatowa#Karabiny_maszynowe

https://pl.wikipedia.org/wiki/I_wojna_%C5%9Bwiatowa#Rok_1915_%E2%80%93_przej%C4%99cie_inicjatywy_przez_Niemc%C3%B3w

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/9/91/Administrative_division_of_the_Polish-Lithuanian_Commonwealth_in_1764.png

 



Autor artykułu : gen. E. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com