Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pierwsza Nekropolia

Kategoria :  Bez kategorii       Data : 2021-04-17 15:00:53

 

Chrześcijańskie cmentarze w naszym mieście. Opracowanie obejmuje ogólnie okres panowania Habsburgów (i nadrzędność czeską) nad Śląskiem, a następnie czas władztwa pruskiego, zaś póżniej to czasy współczesne. Przed wzniesieniem drewnianego kościółka grzebano zmarłych mieszkańców miasta na cmentarzu żyglińskim, ponieważ osada Żyglińskie Góry, a następnie miasto Georgenberg do czasu wystawienia drewnianego kościółka nie miała własnego, dlatego ceremonia pogrzebowa odbywała się w kościele żyglińskim i tam na parafialnym cmentarzu grzebano zmarłych.

Miasto Georgenberg zostało założone wedle prawa niemieckiego, a więc z wszystkimi tego konsekwencjami w tej ustawie wymienionymi, chociażby odnośnie organizacji urządzeń miejskich, jak i urbanistyki. Przy analogicznych lokacjach wg. tej podstawy prawnej nakreślano m.in. rynek, jako centralne miejsce miasta, prostopadłe ulice, działkę pod ratusz i plac pod przyszły kościół (przyp. 1.).

W literaturze regionalnej wyrażono pogląd, że działka pod kościół, którą otrzymała gmina katolicka, była faktycznie darowizną miasta poprzez ówczesnego burmistrza Jana Mańkę, lecz burmistrz był tylko wykonawcą postanowień prawa magdeburskiego, a co miało swoje umocowanie w porządku prawnym lokacji (przyp.2).

szkic

Szkic placu kościelnego przedstawia m. in. nowy kościół katolicki w Georgenbergu (obecnym Miasteczku Śląskim), w powiecie tarnogórskim. Szkic planu pobrano z pozycji książkowej "Miasteczko Śląskie Parafia i Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Autor: Antoni Famuła.

Plac kościelny miał formę geometryczną zbliżoną do prostokąta (przyp.3.). Jeśli zaś uwzględnimy powiększanie się przyznanego gruntu o późniejsze darowizny i zakup gruntów (pierwsza dekada 20 stulecia) od ówczesnych sąsiadów terenu gminy kościelnej, to pierwotna forma geometryczna placu kościelnego uległa zmianie. Zmiana ta została uwidoczniona, jak wyżej, na szkicu placu kościelnego. Można się o tym łatwo przekonać jeszcze dzisiaj na własne oczy.

Starania w sprawie wzniesienia drewnianego kościoła poprzedziła pisemna prośba właściciela miasta hrabiego Łazarza juniora Henckla Donnersmarcka datowana dniem 12 września 1664 r. Zostało ono skierowane do biskupa miejsca, a był nim według ówczesnej jurysdykcji kościelnej bp krakowski Andrzej Trzebnicki, który wyraził zgodę na wzniesienie drewnianego kościoła w ówczesnym miasteczku Georgenberg. Prace przy wznoszeniu budowli drewnianego kościoła rozpoczęto w 1665 r., a zakończono 29 lipca w dzień św. Marty 1667 r., lecz prowadzono jeszcze nadal prace wewnątrz budowli. Ostatecznie przyjęto datę zakończenia prac przy budowli zewnętrznej i wewnętrznej kościoła zgodnie z datą wyciętą na belce brzemiennej (tęczowej); 23 października 1666 roku.

Pierwszą Mszę św. w nowo wzniesionym kościele odprawił proboszcz parafii Żyglińskiej, ks. Wawrzy-niec Nowatius (Wawrzyniec Nowakowski, są zapisy, że to nazwisko brzmiało Nowak), z ówczesnego miasteczka Georgenberg. Objął on urząd duszpasterza w kościele żyglińskim 12 listopada 1653 r.

Obecnie wschodnią stronę działki wyznacza ogrodzenie kościelne wkomponowane we frontową ścianę dzwonnicy i kapliczkę z figurą św. Jana Nepomucyna. Północna strona wyznaczona jest przez murowaną ścianę, której zakończenie w kierunku zachodnim i uskok w prawo stanowił prawdopodobny punkt graniczny pierwotnej działki od strony północnej; był to styk z końcem zachodniej prywatnej własności gruntowej, co niezmiennie trwa do dzisiaj. Dalsza część wschodniej strony wyznacza ogrodzenie, a od naroża przesuwa się ono w kierunku zachodnim i kończy się ukośnym uskokiem w lewo, co stanowi prawdopodobny punkt graniczny przyznanej działki, od południowej strony; był to styk z końcem prywatnej własności gruntowej, co niezmiennie trwa do dzisiaj.

Powiększanie pierwotnego placu kościelnego nastąpiło w kierunku południowo -zachodnim; świadczą o tym nazwiska siedzib darczyńców i sprzedawcy gruntu dla gminy kościelnej (owe nazwiska można znaleść na tym portalu). Murowany kościół od strony południowo-zachodniej, jak i północnej został wystawiony na gruntach zakupionych i darowanych, łącznie z otaczającym go gruntem. (przyp. 4.).

granica

Widok na wschodnią granicę placu kościelnego. Foto własne.

Z prawej strony widoczny wschodni fragment niszy gruntowej, którą tworzy południowa ściana budowli rodziny Knopów, od Wschodu ogrodzenie placu kościelnego, a od południa północna ściana drewnianej dzwonnicy. Za drewnianą budowlą dzwonnicy w kierunku południowym, jawi się dalszy ciąg ogrodzenia od strony wschodniej. Za kaplicą św. Nepomucyna rozciągał się obszar cmentarny.

Gdy wzniesiono drewniany kościółek to, jak było w zwyczaju, w jego obrębie urządzono cmentarz, w lokalnym przypadku od strony południowej, na którym rozpoczęto grzebanie zmarłych. Łatwo się również przekonać o tym, że drewniana budowla kościoła nie została wzniesiona w centralnym punkcie działki, lecz jest wyraźnie swoją boczną stroną przesunięta w kierunku północnym. Ta sama uwaga odnosi się do dzwonnicy i jak można domniemywać, do nie istniejącej już organistówki, którą usytuowano, jak można przypuszczać na podstawie skromnych opisów, w zachodnio-północnej części placu gminy kościelnej (przyp. 5.) Ta mizerna drewniana budowla, posiadała również mizerną kubaturę, na którą składała się: jedna izba, komora i sień.  Co chciano osiągnąć przez to przesunięcie i to aż trzech obiektów? Przede wszystkim zamierzano uzyskać zwarty plac, który jest widoczny do dzisiaj; to dawne pole cmentarne od południowej strony kościółka, do którego dostęp z eksportacją zwłok odbywał się przez dzisiejsze główne wyjście z kościoła. Można mniemać, że zdecydowano już przed wzniesieniem drewnianego kościoła o miejscu przeznaczonym na cmentarz.

Dlaczego tak postępowano? Przecież bardziej praktyczne byłoby dojście do cmentarza od strony południowej, i zapewne taka była idea urządzenia drzwi od południowej strony drewnianego kościoła. Drzwi były odpowiednio wymierzone i to przez fachowców, a wzniesione soboty od południowej strony drewnianego kościóła, nie stały temu na zawadzie, ponieważ były one nad południowym wyjściem podniesione. Wydaje się, że z początku te drzwi były używane, lecz coś sprawiło, że z tego zrezygnowano.

Szczegółowy opis "narodzin tych drzwi w południowej części nawy wraz z ich zanikiem", przedstawił znany monografista historii Miasteczka Śląskiego Pan Marek Wroński. Opis jest fragmentem dużego opracowania, które zostało nazwane: Babiniec. W staropolszczyźnie babińcem nazywano we dworze szlacheckim izbę przeznaczoną dla kobiet, zaś w architekturze sakralnej kruchtę czyli przedsionek kościelny. Tak też określono podwórze. Nie ulega wątpliwości, iż w dawnych opisach fary w Miasteczku Śląskim termin babiniec odnosi sie do nie istniejącej kruchty przy południowej ścianie nawy. W pierwszej połowie XVIII wieku zanotowano istnienie drugich drzwi " w babińcu prociw połednia sosnowe także dobre ze zomkiem y skłodką dobrą".

Ks. Jacek Ostaszewski kreśląc "Status" kościoła w roku 1791 i 1792 napisał o tym przedsionku: "Drzwi drugie mniejsze od Południa z Babińca do Kościoła z Zamkiem dobrym i kłotką. Drzwi trzecie z Cmentarza do Babińca z wrzeciądzem i kłodką dobrą".

Kruchta południowa była prawdopodobnie konstrukcją szkieletową wykonaną z belek i obita deskami. Trudno stwierdzić, czy zabezpieczał ją dach dwuspadowy, czy funkcję tą spełniał daszek sobót w tym miejscu odgięty w górę, przez co uzyskano większą wysokość. Usytuowanie budowli w stosunku do dawnego rozplanowania miasta powodowało, iż przez lata tędy mogła wchodzić do świątyni większość wiernych. Przybudówkę tą zapewnie rozebrano w XIX wieku. Zachowały się jedynie drugie drzwi, niegdyś prowadzące do nawy z banińca, a obecnie spod sobót. (Źródło w miejscu dla źródeł).

Pole grzebalne, po wschodniej stronie, dolegało do południowej ściany dzwonnicy i wschodniego ogrodzenia, które było ustawione w kierunku południowym, a zaś za dzwonnicą od strony północnej, aż do murowanej granicznej ściany domu, zaś od strony zachodniej sięgało prawdopodobnie do ścian organistówki. Powstał wskutek tego wąski, „na uboczu, poza kościołem” rozciągający się pas działki pomiędzy boczną, północną stroną kościoła a południową stroną dzisiejszej granicznej ściany murowanej, która obecnie należy do rodziny Knopów. Odrębność tego miejsca podkreślał brak drzwi wejściowych, od tamtej strony (od strony zakrystii) do drewnianego kościoła.

Czy w tej części placu kościelnego były również pochówki? Nie zachowały się o tym żadne zapisy w tej sprawie, a jedynym dowodem, że tak mogło być jest fotografia, zdeponowana w Urzędzie miejskim, w Wydziale Kultury. Osobiście jej nie widziałem, znam tylko jej opis ze strony osoby godnej zaufania.

ścieżka

Z tego wydłużonego kawałka gruntu, w północnej części placu kościelnego, urządzono przejście pomiędzy murowanymi, granicznymi ścianami posesji rodziny Knopów, a północną ścianą drewnianego kościółka.Umożliwiło to dojście do zakrystii od zewnątrz. Foto własne.

Otóż ta wspomniana fotografia przedstawia obelisk, usytuowany we wnęce - niszy, którą tworzą: od południa drewniana dzwonnica, z jej północną drewnianą ścianą, a zaś od wschodu ogrodzenie, będące jednocześnie granicą oddzielającą plac gminy kościelnej od własności miasta; chodnika, i szosy głównej, biegnącej od ulicy Woźnickiej, przez Rynek i dalej do Tarnowskich Gór. Od północnej strony wznosi się ściana murowanego domu, który już od znacznego czasu należy do rodziny Knopów; wcześniej właścicielem tej posesji była osoba pochodzenia żydowskiego, należąca do miejscowej diaspory żydowskiej.

Ten układ budowlany wraz z ogrodzeniem "wymusił" w północno-zachodniej stronie placu kościelnego powstanie „pasa gruntu”, pomiędzy prywatnymi murowanymi budowlami,lecz w ówczesnym czasie były to drewniane budowle, a północną ścianą drewnianego kościoła. Czy ten „pas gruntu” był przeznaczony także na cmentarz? Nie można tego wykluczyć, że tak miało się stać w przyszłości, bo jak na razie było jeszcze sporo miejsc grzebalnych po południowej stronie drewnianego kościoła, na tej pierwszej nekropolii miasteczkowskiej. (zob. foto wyżej).

Późniejsze przeróbki wewnętrzne w drewnianym kościele – wystawienie czwartego ołtąrza, zainstalo-wanie drzwi do zakrystii od zewnątrz, sprawiły, że z tych zamiarów, jeśli takie istniały, o przeznaczeniu „pasa gruntu” na cmentarz, się wycofano. Natomiast rozpoczęło się rozglądanie za urządzeniem cmentarza na obrzeżach miasta. A zaś dawniejszy „pas gruntu” od strony północnej zamieniono na szeroką dróżkę obejmującą północną stronę dzisiejszego drewnianego kościoła.

Z czasów ks. Teodora Christopha pochodzą zapiski, że z tamtej, północnej strony,drewniany kościółek był kilkakrotnie zagrożony pożarem, co zostało również opisane na tym portalu. W czasie jednego z tych pożarów wieżę drewnianego kościółka objęły ogniste płomienie, które udało się ugasić. Gdyby „pas gruntu” przeznaczono wcześniej na pochówki, to mogiły cmentarne byłyby przeszkodą utrudniającą dostęp, w razie pożaru, dla straży pożarnej. Można śmiało powiedzieć, że ludzie tamtych czasów kierowali się rozsądkiem i namysłem.

Od czasu wystawienia dzwonnicy, to na poziomie jej parteru wchodzono przez nią  od strony miasta na teren kościelny. Lecz,dopiero pod koniec XVIII w. urządzono drzwi w ścianie zakrystii (przyp. 7.). Tamtędy mogła biec ścieżka od dzwonnicy do organistówki, a później była tam dróżka do zakrystii, co jeszcze bardziej ograniczało ten wąski płachetek działki, który prawdopodobnie również stanowiłby część pola grzebalnego.

Można postawić ostrożną hipotezę, że w niszy, którą opisano przy powołaniu się na fotografię tejże, mógł tam być już zaczątek pochówków, o czym świadczy obelisk na tej fotografii, co jest faktem, a który wystawiono na "wspólnym grobie". Wspomniana nisza mogła być przeznaczona dla szczególnych pochówków, których mogiły nie były wg. ówczesnych ocen godne na ich eksponowanie i sąsiedztwo z innymi, jak zwłoki samobójców, zmarłych nagle (przyp. 8.), zwłoki dzieci grzebane bez pogrzebów, również i kostnica mogła tam być postawiona. To ostatnie mogło już mieć miejsce przed urządzeniem i poświęceniem drugiej nekropolii, gdy drewniany kościół był jeszcze filią parafii w Wielkim Żyglinie.Otóż to wydarzenie opisano w parafialnej kronice żyglińskiej, które potwierdza istnienie kostnicy (marowni), na placu kościelnym, ale w jakim miejscu?

Opis: "dnia 9 września 1722 r. nazajutrz po Święcie Narodzenia NMP pogrzebałem kości z kostnicy po odprawieniu uprzednio Mszy św. za zmarłych. Tego samego dnia po zakończeniu pogrzebu w kościele żyglińskim poszliśmy do miasta Georgenbergu i tam pogrzebaliśmy kości z kostnicy tamtejszej." 

Ówczesnym proboszczem w parafii Żyglińskiej był ks. Andrzej Kępa. W którym miejscu mogła być wystawiona kostnica? Tego nie wiemy. Ale miejscem, które nadawało się do jej wystawienia, mogła być wspomniana nisza, którą opisano. Wspomniany wcześniej posąg na fotografii, mógł zostać wystawiony dla upamiętnienia miejsca, w którym grzebano wykopane resztki z grobów pod nowe pochówki. Ta hipoteza jest prawdopodobna, a wspominana nisza byłaby wówczas częścią cmentarza. Mam nadzieję, że ta fotografia zostanie mi udostępniona, która upewni moje przypuszczenie bądź nie.

Dzietność w minionych czasach była wysoka, ale śmiertelność również. Rzadkie były przypadki dożywania późnej starości. Z zachowanych zapisów kronikarskich wyłania się, nie jeden raz, obraz przerażający – epidemie, wojny, głód – wczesna śmierć. Bywało więc czasami „ciasno” na cmentarzach; to stąd powstała potrzeba sytuowania na nich małych komórek nazywanych kostnicami bądź marowniami. W nich przechowywano kości ludzkie, które odnajdywano przy wykopach nowych dołów grzebalnych na miejscu wcześniejszych pochówków. Nagromadzone kości składano w specjalnie do tego celu przygotowanym dole ziemnym, który zasypywano. Czynności te wykonywano przy zachowaniu powagi obrzędu pogrzebowego (przyp. 9.).

Były też miejsca wydzielone, gdzie grzebano samobójców, które wg. ówczesnej oceny były właściwe dla nich; to miejsca narożne, przy ogrodzeniach cmentarnych. Jeszcze w czasach chłopięcych, gdy bywałem z kolegami na naszym drugim cmentarzu obchodziliśmy te mogiły łukiem i ze strachem. Panowało wśród nas przekonanie, że groby te urządzono na ziemi niepoświęconej, a dusza została potępiona na wieki i straszy.

W dawnych czasach samobójców i skazańców grzebano poza osadami mieszkalnymi, na przydrożach bądź na skrzyżowaniu dróg, bądź na miejscu egzekucji. Dopiero w XII stuleciu, ten mający w pogaństwie swój początek zwyczaj, rugowano z różnym skutkiem (przyp.10.), pomimo tego odrębność miejsca pochówku, już na terenie samego cmentarza, zachowała się jeszcze w pierwszej połowie minionego stulecia.

Od kilkudziesięciu lat w oparciu o opinie nauki, co do złożoności procesów psychicznych człowieka, nastąpiła zmiana w ocenie aktu samobójstwa, a w konsekwencji i na dotychczasowy przebieg obrzędu pogrzebowego, i miejsca pochówku (przyp.11.).

Zarysowana rzeczywistość i obrzędowość minionych czasów, znana wielu moim rówieśnikom, odnosi się do drugiej nekropolii i można przyjąć, że ukształtowana była już w czasach, gdy chowano zmarłych na najstarszym miasteczkowskim cmentarzu

Przekazywanie wieści o zgonie należy również do tradycji. Na Śląsku zapraszając na pogrzeb, kobieta uderzała prętem o każdą chatę na wsi, nie pozdrawiając przy tym nikogo. Przekazywano karbowane drewienko, które kładziono na kominie (piecu); ten do którego przyniesiono drewienko odnosił je do następnej chaty i tak aż do pierwszego. Przekazywano z chaty do chaty „czarną laskę”, która była znakiem zawiadamiającym o śmierci. Gdy zmarł rzemieślnik, wtenczas przedstawiciel cechu zanosił tę wiadomość towarzyszom cechowym (przyp.13.).

Gdy podczas konania zmarły zapatrzył się w świat na którym żył i zapomniał zamknąć oczy, to w czasie, gdy byłem podrostkiem kładziono na otwarte oczy większe monety, po pewnym czasie powieki opadły, a monety usuwano. U nas układano zmarłego w trumnie nogami skierowanymi ku drzwiom; ma to swoje początki w odległych, przedchrześcijańskich czasach. Pozycja zmarłego miała wskazywać duszy kierunek wyjścia z mieszkania, domu i to na zawsze, bezpowrotnie, by nie straszyła (przyp.15.). W tym samym kręgu obyczajowym mieści się uderzanie trumną, przy jej wynoszeniu, o próg mieszkania, domu, stodół, zagród. W ten sposób rozstawał się zmarły z pomieszczeniami, w których przebywał, gospodarzył bądź płoszono duszę, która się ukryła, by stanęła przy trumnie i wyszła z domu (przyp.16.).

Archeolodzy, podczas odsłaniania ziemi na prastarych cmentarzyskach, odkrywają na miejscach pochówków przeróżne przedmioty: broń, rzeczy codziennego użytku, ozdoby.Wkładano je do grobu razem ze zwłokami. Tam są początki tej tradycji, która zachowała się do dnia dzisiejszego. Obecnie do trumny, przy zwłokach zmarłego, wkładane są dewocjonalia chrześcijańskie. Na fotografiach pośmiertnych ks. T.Christopha (1893) i ks. R. Brody (1945), widzimy ich dłonie zaplecione różańcem (przyp.17.). U nas wkładano również, i nadal, książeczkę do nabożeństwa, krzyżyk, różaniec i obrazki z podobiznami świętych, ale także przedmioty użyteczne na co dzień: kapelusz, laskę. Do trumny naszego zmarłego ojca włożono kapelusz, laskę i dewocjonalia. Monetę wsuwano w dłoń zmarłego bądź do kieszeni marynarki, by mógł uczestniczyć w ofierze podczas Mszy św. żałobnej.

Związki z zaopatrzeniem zmarłego w pieniądz były różne i zmienne; te najstarsze mają swoje źródło w mitologii greckiej. Przedchrześcijańska ludowa obyczajowość splątała się z chrześcijańskim wyobrażeniem samej śmierci, jak i tego, co po niej następuje, lecz w sposób sprzeczny z doktryną katolicką; m.in. zmarły miał mieć pieniądz, by mógł wykupić przejście na drugą stronę u św. Piotra bądź Anioła.

Praktycznym podejściem kierowali się spadkobiercy zmarłego, bo nie mógł on zabrać z sobą swojego majątku, za co otrzymywał od spadkobierców pieniądz, który był symboliczną rekompensatą za to, co pozostawił; nie byli już wobec niego zobowiązani z tytułu spadku. Nie było obawy, że zmarły wróci, by się o swoje upominać. Obyczajowość ludowa skłaniała się do tego, by zmarły miał przy sobie to do czego był przywiązany za życia: fajkę z tytoniem, lusterko, grzebień, brzytwę; kobiecie kładziono do trumny igłę, nici, a rzemieślnikowi narzędzia, a wszystko dlatego, aby nie dawać mu powodu przychodzenia po te przedmioty; te obyczajowe zwyczaje były różne w zależności od regionalnej kultury. ( przyp.18.).

W czasach, gdy grzebano zmarłych na przykościelnym cmentarzu to pochówek w trumnach mógł już być stosowany, tak można sądzić, ale czy praktykowany u nas? Tutaj, jak i do pobliskiego wolnego miasta górniczego przybywały jednostki odważne, przedsiębiorcze z różnych krain sąsiednich.

W ten sposób przenoszono w te miejsca wiedzę i odmienność kulturową (przyp.21.); jej oddziaływanie na obyczajowość rodzimą było oczywiste. Umiejętność obróbki drewna nie była czymś nadzwyczajnym w tych czasach i miejscu. Jeśli protoplasta rodu Gębczyków (Gemczyków), mistrz ciesielski był jednym z tych, którzy kierowali robotami przy wznoszeniu drewnianego kościółka, to tym bardziej potrafił i to nie tylko dla siebie, wydłubać z pnia lipowego trumnę. Nie mamy jednak żadnych lokalnych przekazów na to, że tak było, ale możliwości istniały. Tutaj były nie tylko lasy, a wśród nich z rzadka drzewa lipowe, więcej ich rosło przy gospodarstwach i tam, gdzie je gospodarz bądź ktoś inny posadził, a samosiejki też w tym brały udział. Były również do dyspozycji stosowne narzędzia i fachowcy od obróbki drewna.

Bez względu na to, pogrzeb w wydłubanych, wyciosanych trumnach był dla nielicznych; inni zaś niczym stara Agata od Kłębów z powieści naszego noblisty, odkładali latami grosiki na tańsze wiano śmiertelne. Zmarłego po obmyciu ubierano w koszulę pośmiertną bądź owijano w całun ( przyp.22.), bywało, że i wielokrotnego użytku, kładziono na mary i przenoszono z domu do kościoła, a stamtąd na cmentarz. Dawniej, gdy grzebanie zwłok w trumnach nie było powszechne, kładziono do dołu grzebalnego zwyczajną, nieheblowaną deskę i na niej składano zmarłego bądź obwiązywano sznurem zwłoki i deskę, na której były one zaraz po zgonie złożone. Zwyczaj ten był rozpowszechniony w rodzinnych stronach założyciela miasta, stamtąd przybywali także do nas tamtejsi gwarkowie i nie tylko  oni. (przyp. 23.).

Pod podłogą drewnianego kościóła, pogrzebano czterech zmarłych. Pochówek w kościele był dużym wyróżnieniem i obejmował grono ściśle określone: kapłanów, fundatorów i innych dobrodziejów kościoła, organistów oraz tych, którzy uzyskali, na to, zezwolenie ze strony wyższej władzy duchownej. Pierwszym i jedynym kapłanem, którego pochowano w miasteczkowskim, drewnianym kościółku był ks. Ostaszewski Augustyn, który pracował jako proboszcz w Żyglinie, od 18 kwietnia 1785 roku. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia złożył rezygnację z urzędu proboszcza, co formalnie nastąpilo 7 mają 1809 roku. Uznał widocznie, że nie jest w stanie podołać pracy duszpasterskiej w tej rozległej parafii żyglińskiej, ale ma wystarczające siły, by prowadzić posługę duszpasterską w pobliskim Miasteczku. Mieszkańcy miasta po raz pierwszy, odkąd wzniesiono kościółek, mogli mieć, wyłącznie dla własnych potrzeb duchowych, na stałe kapłana. Widocznie dobrze było ks. Augustowi pośród miasteczkowian, skoro zechciał być pochowany w kościółku, w którym pracował jedynie przez rok czasu (przyp.35.).

Ks. A. Ostaszewski został pogrzebany przed ołtarzem Matki Boskiej Bolesnej, był członkiem zakonu pijarów. Zachowała się o nim opinia, jako o człowieku spokojnym i pobożnym. Miał zacięcie historyka (przyp.36); pozostawił kilka opracowań. Nie jedyne to cnoty i zalety tego kapłana. To osobowość energiczna i wytrwała, gdy szło o zarządzanie parafią żyglińską. Dowodzi tego spór, jaki toczył z hrabią Donnersmackiem o uiszczenie zaległych opłat i zwrot nieruchomości tj. roli beneficjalnej, położonej na obszarach przy Miasteczku. Donnersmackowie zalegali z tą powinnością od 1710 roku, a więc prawie 100 lat „skubali” proboszczów żyglińskich, że aż hej! Poprzednicy ks. A. Ostaszewskiego nie potrafili sobie z tym poradzić, lecz ks. August był nieustępliwy, Donnersmarck Erdman Gustaw, starosta bytomski (przyp.37), również, bo zamiast zwrócić grunty rolne pod Miasteczkiem otrzymał proboszcz grunty piaskowe pod Brynicą (przyp.38.).

ołtarz

To czwarty ołtarz w drewnianym kościele. Foto ołtarza wykonał Józef Dańda i znajduje sie ono w depozycie Muzeum Historii Katowic. Pobrano je z publikacji "Miasteczko Śląskie dawniej i dziś.", autorstwa Marka Wrońskiego.

Przed tym ołtarzem pod podłogą w ziemi został pogrzebany ks. A. Ostaszewski. Przed tym ołtarzem pochowany został również, według świadectwa ks. T. Christopha, pan Matzki, urzędnik hrabiego w Nakle, był gorliwym czcicielem Matki Boskiej Siedmiobolesnej, który zmarł w połowie XIX stulecia. Tam też spoczął pan Jan de Myszkowski, który ustanowił poważną fundację dla kościoła w Miasteczku, w wysokości 472 talarów; podstawę tej fundacji było jego rozporządzenie testamentowe.

W ziemi, pod drewnianą podłogą kościółka, dokładnie w pionie pod wieżą kościelną, pogrzebano organistę i nauczyciela, miasteczkowianina z wyboru, Grzegorza Cytrynowskiego. Nie jest znana data i miejsce jego urodzenia. Wiadomo natomiast, że od 1761 roku był organistą w tutejszym kościółku i prawdopodobnie już wówczas wykonywał pracę miejskiego pisarza i kasjera (przyp.39.). Od 1791 roku jest jednocześnie nauczycielem i organistą wykonując nadal, jak się wydaje, wspomniane już prace w zarządzie miasta. Przyjmowanie przez nauczyciela również innych prac nie było niczym nadzwyczajnym w tym czasie. Nauczyciel w hierarchii zawodowej plasował się nisko, a pozostawało to w prostej relacji do jego płacy i pozycji oświaty tego czasu.

Zdecydowanie lepsze warunki, posiadali ci, którzy pracowali w większych ośrodkach miejskich. Cytrynowski Grzegorz zracjonalizował opłaty za naukę dzieci, i jak można sądzić, przyjmując jako kryterium stan zamożności poszczególnych gmin. Z 9 gmin najwyżej obciążone były dzieci z Miasteczka i Nakła. (przyp.40.) Należał bez wątpienia do grupy najlepiej wykształconych mieszkańców miasta. Władał w mowie i piśmie językiem polskim i niemieckim, rachmistrz, nie można wykluczyć znajomości łaciny. Posiadał jakieś wykształcenie muzyczne. Prowadził lekcje religii, co było nadzorowane przez żyglińskiego proboszcza. W przeciwieństwie do swoich następców trwał w miasteczkowskim otoczeniu przez wiele dziesiątków lat, aż do naturalnego końca. Był organistą i nauczycielem do 1811 roku, a w dwa lata później zmarł (przyp.41.).

Obraz Matki Boskiej Siedmiobolesnej został około roku 1910 przeniesiony do murowanego kościoła i umieszczono go w głównym ołtarzu. Opis tego wydarzenia jest zamieszczony na tym portalu. W moim opisie rozważam początki przybycia Obrazu Matki Boskiej Bolesnej i jego losy sięgające czasów współczesnych.

Pogrzeb był wydarzeniem kosztownym. To też obrzęd pogrzebowy był odpowiedni do stanu majątkowego zmarłego. Liturgię żałobną odprawiano w domu, w kościele bądź na cmentarzu. Gdy mieszek był pusty dół grzebalny wykopywali bliscy. Jednak najbiedniejsi mogli być zwolnieni z opłat za pogrzeb (przyp.24.).

W statucie krawców bytomskich z 1655 roku, na którym wzorowali się krawcy miasteczkowscy zapisano: Jeżeli wypadnie pogrzeb, to młodzi bez sprzeciwu mają się zjawić do kopania grobu i to w czterech do kopania małego grobu, a sześciu jeśli umarła jakaś osoba starsza. Jeżeli ktoś nie przyjdzie to bierze się na jego koszt zastępcę (przyp.25.).

Z czasem wykształcały się powinności pozastatutowe; wyznaczeni członkowie cechu, najczęściej najmłodsi, nieśli zwłoki zmarłego do kościoła i na cmentarz. Niech każdy mistrz idzie na pogrzeb. Jeżeli nie jest w domu, to ma iść jego żona i to na warunkach jakie ustalają bracia (przyp.26.) Zapisy te są przykładem korporacyjnej solidarności z pamięcią o zmarłym bracie cechowym, która w pierwszym przykładzie ma również wymiar materialny. Udział mistrzów cechowych w kondukcie pogrzebowym, chociaż nie zapisano tego wprost, był obowiązkowy; podstawy do takiego wniosku daje treść przytoczonego cytatu. Zachowany jest również ważny wyróżnik zrzeszenia: hierarchia, bo udział w pogrzebie biorą nie wszyscy towarzysze cechowi lecz jedynie mistrzowie.Zaś zapis o zastępstwie męża przez żonę to prawdziwa perełka, co do określenia statusu zamężnej kobiety tamtych czasów, w naszych okolicach.

W statucie kowali i ślusarzy z 1670 roku zapisano: Jeżeli na mistrza przypada kolej, żeby iść na pogrzeb, a on nie idzie, to musi zapłacić jeden grosz (za naostrzenie pługa lub radła chłop płacił 2 srebrne grosze (przyp.27.). Udział mistrza w obrzędzie pogrzebowym, w tym czasie, jest wyraźnie formalny. Nie można jeszcze dostrzec innych więzi, na wykształcenie których potrzebny był czas. Przedstawiciel cechu nie powinien się spóźnić na obrzęd pogrzebowy; miał być na miejscu, zanim wyniesiono zmarłego z domu, bo w przeciwnym razie płacił karę pieniężną bądź woskiem na rzecz cechu, zaś w czasie ceremonii pogrzebowej trzymał w ręku zapaloną świecę, jeśli przybył bez świecy płacił karę pieniężną bądź woskiem dla cechu.

Po kilku dziesięcioleciach, w 1693 roku, cechmistrz kowali i ślusarzy w imieniu wszystkich cechów miasteczkowskich, zwrócił się z prośbą do proboszcza żyglińskiego o pozwolenie, by wszyscy członkowie cechów mogli brać udział w kondukcie pogrzebowym, zmarłego mistrza (przyp.28.).

Jest to interesujący zapis. Po pierwsze, mamy dowód świadczący o wykształcaniu się poza formalnych więzi międzi braćmi cechowymi. Następnie, dlaczego cechmistrz zwraca się do proboszcza żyglińskiego o zgodę na udział w pogrzebie, a nie do rodziny zmarłego? To, kto uczestniczy w obrzędzie pogrzebowym (ze strony świeckiej) nie reguluje liturgia pogrzebowa lecz obyczajowość lokalna. Czy krąg uczestników był tak ściśle określony (rodzina, powinowaci), wedle lokalnego obyczaju, że uczestnictwo osób spoza tego grona było wykluczone? I tylko pozycja społeczna proboszcza mogła przełamać siłę tego obyczaju. Gdyby tak było, to można by mówić o kontynuacji tradycji z czasów pierwszego osadnictwa w naszej okolicy. Pierwsze osiedla ludzkie były rozproszone, rodzinne, u nas leśne: Kolybka (Kolibka). Ważne wydarzenia rodzinne były celebrowane w jej kręgu, później dochodzili powinowaci. Lecz czy to się zachowało? Chociaż obyczajowość jest trudnozmienna, to ewoluuje. Nie można wykluczyć tego, że wniosek cechmistrza był następstwem wygaśnięcia jakiejś miejscowej epidemii, o której nie zachowały się żadne pisemne ślady w parafialnym archiwum.Wy- stąpienie epidemii zawsze pociągało za sobą zakaz zgromadzeń:procesji, odpustów, pogrzebów, targów, jarmarków itp. Należałoby rozważyć jeszcze jedną hipotezę, która wydaje się najbardziej prawdopodobna.

W Miasteczku było kilka cechów, ale byli również nieliczni rzemieślnicy przynależni do cechów bytomskich; piekarze, rzeźnicy, szewcy i inni. Towarzysze cechowi wyróżniali się na tle pozostałych mieszkańców miasta. Tym wyróżnikiem była już sama organizacja zawodowa, z której najbardziej zamożni trafiali do władz miejskich. Innością było to, że kowal bądź ślusarz nowoprzyjęty do cechu był zobowiązany dać i zapalić świecę przed Mszą św.(przyp.29) i trwało to przez czas, który ustalali bracia cechowi; obowiązywała niepisana zasada, kto zapalał świecę ten również ją gasił.

Rzemieślnicy nosili typowe dla zawodu ubrania, które odróżniały ich od innych w taki sposób, że można było po nim rozpoznać do którego cechu towarzysz należał; w wilkierzach krakowskich znajdziemy zapisy o tym, że ubiór rzemieślnika nie mógł być ponad stan, ale również i taki, który by nie uwłaczał zawodowi; ubiór stał się kanonem cechowym.

W niemieckich miastach, ale również lokowanych na prawie niemieckim obowiązywało zarządzenie zbytkowe, którego celem było ukrócenie przesady w ubiorach rzemieślników i ich żon; miało to miejsce w czasach, gdy się rzemiosłu dobrze wiodło. Chociaż nie mamy zapisów o tym, że cechy w naszym mieście posiadały wówczas chorągwie, to można przyjąć na zasadzie analogii (z miasta Bytom, Tarnowskie Góry), że także i ten wyróżnik cechowy występował.

Prośba cechmistrza, która zasłużyła na to, by ją zapisać w kronice parafialnej mogła być zwyczajną, grzecznościową formą zawiadomienia księdza proboszcza o chęci uczestniczenia braci cechowych w uroczystości pogrzebowej z „pompą”; liczna grupa rzemieślników, pięknie ubranych, z chorągwią cechową to mogło robić wrażenie. I jedynie ta formalność, która była zamierzona stała się podstawą do różnych hipotetycznych spekulacji.

Daje się zauważyć, że w ostatnim dziesięcioleciu XVII stulecia wystąpiła wyjątkowa, jak na warunki małego miasteczka, kumulacji zapisów o inicjatywach miasteczkowskich rzemieślników w odniesieniu do życia religijnego; cechmistrz prosi proboszcza żyglińskiego, aby celebrował w suche dni Msze św., za co otrzyma pięć groszy srebrnych, a organista jeden grosz (suche dni nie były wybrane przypadkowe, bo wg. kalendarza liturgicznego był to czas, gdy celebrowano Msze św. żałobne za zmarłych), aby pozwolił mistrzom cechowym ustawić w kościele świeczniki, w których miały się palić świece podczas Mszy św., aby wyznaczył w kościele miejsce dla przechowania tych świec cechowych, aby pozwolił na odprowadzanie zwłok zmarłych mistrzów, przez wszystkich członków cechu (przyp.30.).

Nie należy sądzić, że gorliwość w zapalaniu świec w kościele przez rzemieślników to jakiś nadzwyczajny objaw pobożności z ich strony, brało się to z dwóch powodów: eksponowanie istnienia samego bractwa zawodowego oraz należało celowo wykorzystać dużą ilość wosku, która znajdowała się w dyspozycji cechu, a to z tego powodu, że prawie każde sprzeniewierzenie się dyscyplinie statutowej powodowało obowiązek wniesienia na rzecz cechu dwóch, rzadko jednego funta wosku (przyp.31.).

A czy mistrzowie, o których pisano wcześniej, również zabiegali o zgodę proboszcza, co do udziału w pogrzebie? Niekoniecznie (wyjątkiem mógł być zakaz zgromadzeń), ponieważ ich uprawnienie do udziału w pogrzebie brało się z zapisu statutowego. Status mistrzów w tym przypadku był więc inny. Za tą innością stała powaga statutodawcy; na samym początku był to założyciel miasta, a później hr. Henckel; w razie wątpliwości, sporu można się było na tę powagę powoływać i obowiązującym statutem tego dowieść. W każdym razie uderzająca jest żywość braci cechowych naszego miasta, którzy niekoniecznie sami odkryli potrzebę uczestniczenia w pogrzebach swoich mistrzów, to pragnienie mogło być przeniesione z innych, starszych miast, w których było już praktykowane. Jest to piękny, konkretny przykład obyczajowo twórczej funkcji cechów rzemieślniczych w naszym mieście i, co istotne, nie jedyny. Zapisy zgonów prowadzone są od daty ustanowienia lokalii, a więc od 1849 roku. Obecnie jedynie pośrednio, na podstawie zapisów w innych miejscach, można uprawdopodobnić pogrzeby niektórych mieszkanców, którzy znaleźli wieczny spoczynek na tym szczególnym miejscu.

W literaturze opisującej dzieje Miasteczka (Georgenberg) wymienia się w różnych miejscach (przyp.32.), nazwiska ówczesnych jego mieszkańców. Dla naszej wiedzy interesują nas te z okresu, od 1664 do 1815 roku; 21 listopada 1815 roku został poświęcony, przez dziekana bytomskiego i proboszcza w Kamieńcu – ks. Bartłomieja Włodarskiego, drugi cmentarz parafialny. ( przyp.33.).

Od tej daty można było grzebać szczątki zmarłych na drugiej miasteczkowskiej nekropolii. Wiele nazwisk, wymienionych w najstarszych dokumentach o naszym mieście, noszą jego mieszkańcy do dnia dzisiejszego. Istnieje zatem wysokie prawdopodobieństwo, że ich praprzodkowie zostali pogrzebani przy drewnianym kościółku; z jednym wszak formalnym zastrzeżeniem, że nie przeżyły one roku 1815-tego. Zastrzeżenia tego nie należy jednak traktować w sposób kategoryczny, ponieważ wykluczenie pochówków po tej dacie byłoby ryzykowane; jeszcze z lat międzywojnia zostały zapamiętane mogiły z nagrobkami: krzyże, prostopadle postawione u wezgłowia płyty z inskrypcjami poświęcone pamięci zmarłych, a minęło prawie 120 lat od poświęcenia drugiej nekropolii. Jeszcze w latach piędziesiątych minionego stulecia można było zobaczyć, na pierwszym cmentarzu, kopczyki pogrobowe. Z okresu starań o zezwolenie i wzniesienie drewnianego kościółka (1664-1667) znamy nazwiska: JANA MAŃKI , LOR. TYLEGO (Til, Tyl), JANA SIWCA, STEPH. PEKATEGO (Pękaty, Penkaty), PAWŁA KROMOŁOW, JANA NOWATIVSA (Nowak), MARCN GEBCK (Gębczyk, Gemczyk), JOAN DZYJKOWIC (przyp.34.)

Drugim wydarzeniem z 1793 roku, które umożliwia nam poznanie z nazwiska ówczesnych mieszkańców Miasteczka, była ich ugoda z Hrabią von Donnersmarck w zakresie wzajemnych praw i obowiązków. Wykaz mieszkańców (tylko wytłuszczone): Piotr Pietrowski, Jan Pietrowski, Józef Gębczyk, Błażej Jarząbek, Jan Piskotek, Piotr Penkaty, Paweł Wodarczyk, Wawrzyn Wodarczyk, Tomasz Siwiec, Ignacy Trześcinioch, Józef Michel, Andrzej Wodarczyk, Antoni Karch.

Maciej Nowak, Michał Gębczyk, Franciszek Michel, Szymon Nowak, Jakub Tobolik, Paweł Pietrowski, Józef Bargieł, Andrzej Lubos, Mikołaj Celary, Mateusz Muc, Wojtek Piwowarczyk, Wawrzyn Piwowarczyk, Józef Picz, Helena Liszka, Andrzej Nowak, Antoni Celary, Maciej Lubos, Mateusz Bargieł, Jurek Nowak, Antoni Czerwonka, Walek Lubos, Maciej Mańka, Józef Cyran, Tomasz Lubos, Jan Bernacki, Jurek Jarząbek, Maciej Piwowarczyk, Wojtek Siwiec jun., Zuzanna Siwcowa, Staś Siwiec, Wojtek Fabian, Balcer Boron, Maciej Garcarczyk, Dymas Pośpiech, Szymon Płonka, Michał Płonka, Jan Szymik, Józef Nowak, Paweł Celary, Halka Markowa (Marek), Wojtek Czerwonka, Eljasz Grzybczyk, Andrzej Mańka, Antoni Karch, Andrzej Bibiela, Szymon Pietrowski, Marjanna Swobodzina (Swoboda), Kazimierz Fabian, Marjanna Fabianka, Marjanna Wolniczka (Wolna), Elżbieta Płonkowa (Płonka), Marjanna Wodarczykowa (Wodarczyk), Jadwiga Korbliczka (Korb), Agata Płonkowa (Płonka), Benedykt Osadnik, Maciek Karch, Stanisław Nowak, Karol Hoeflich, Antoni Szpot, Andrzej Gajda, Tomasz Darmas, Maciej Borek,, Jurek Nowak, Marcin Machura, Wojtek Byczkowski, Franek Nowak, Jan Nowak, Michał Bromisz, Franciszek Kryg i wdowa Berulina (Beruła). Wszyscy oni należeli do grupy posiedzicieli czyli posiadali własność, która była obciążona podatkiem.

Przypisy źródłowe: 13.05.21, dodano dwa uzupełnienia oraz odrębny fragment tekstu autorstwa P. Marka Wrońskiego.

1 J.Hejda. Monografia Miasteczka Śląskiego. Na zlecenie Huty Cynku w Miasteczku Śl. 1960/61, msp., s.10; M. Wroński. Uwagi o architekturze kościoła drewnianego pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii w Miasteczku Śląskim, w: Architektura i sztuka sakralna nz Górnym Śląsku. Miasteczko Śląskie 1966, s. 49-50; Danuta Szlachcic-Dudzicz. Założenie Miasta i Jego Przestrzenny Rozwój, w: Historia Tarnowskich Gór, red. J.Drabina. Tarnowskie Góry 2000, s. 60. 2 M.Wroński. Uwagi o architekturze kościoła drewnianego …, s. 50; Zob. D.Szlachcic-Dudzicz. Historia Tarnowskich Gór..., s. 60. 3 A.Famuła. Miasteczko Śląskie Parafia i Kościół Wniebowzięcia NMP. Miasteczko Śląskie1998, s. 30. 4 Tamże, s. 28. 5 Tamże.

(przyp.6.). M.Wroński. Uwagi o architekturze..., s. 54. ( przyp. 7.). M.Wroński. Uwagi o architekturze kościoła drewnianego..., s. 53. (przyp. 8.). H.Biegieleisen. Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego. Warszawa. ŚBC.( przyp. 9.) Zob. J.Myrcik. Jędrysek-Parafia św. Józefa w Kaletach-Jędrysku. 1996. ( przyp.10.). H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 100, 103, 136, 246-247, 253; D. Szlachcic-Dudzicz. Założenie Miasta..., s. 70; J.Nowak Kronika miasta i powiatu Tarnowskie Góry, Tarnowskie Gory 1927, s. 107. ( przyp.11.). Ks. J.Glapiak. Pogrzeb samobójcy. http://www.opoka.org.pl. W ten sam sposób traktowane jest dziecko zmarłe przed porodem (12.),

( przyp.12). Ks. J.Glapiak. Pogrzeb dziecka. http://www.opoka.org.pl. ( przyp.13.). H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 198-199. ( przyp.14.). Zob. 15 Zob. H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 157-158 ( 16 Tamże, s.... ) (przyp.17.). A.Famuła. Miasteczko Śląskie Parafia..., s. 24, 58.

(18) H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 187-186,190. (19) Tamże, s. 245. (20) H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 242, 245.

(21) M.Wroński. Miasteczko Śląskie dawniej i dziś. Miasteczko Śląskie 1997, s. 11. (22) H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 149-150, 175. (23) H.Biegieleisen. Śmierć..., s. 162, 175. (24) K.Gwóźdź. Sytuacja Religijna, w: Historia Tarnowskich Gór, red. J.Drabina. Tarnowskie Góry 2000, s. 127. (25) J.Hejda. Monografia..., s. 14.( 26) Tamże.( 27) Tamże, s. 12.

J.Hejda. Monografia Miasteczka Ślaskiego. J.Nowak. Kronika miasta i powiatu Tarnowskie Góry. Tarnowskie Góry 1927 (Reprint), s. 264, 265, 266, 267; Zob. M.Wroński. Miasteczko Śląskie w dawnych widokach. „Zeszyty Tarnogórskie” nr 18 t. 2, 1993, s. 12.( 33.) M.Wroński. Uwagi o architekturze kościoła drewnianego..., s. 60. (34). Tamże, s. 67 – tylko wytłuszczone.

Inny status. J.Hejda.

Monografia Miasteczka..., s. 40. H.Jeziorski. Kościoły i parafie rzymskokatolickie na ziemi tarnogórskiej. Tarnowskie Góry 2006, s. 147. A.Kuzio-Podrucki. Henckel von Donnersmarckowie kariera i fortuna rodu.Bytom 2003, s. 96-97. J.Hejda. Monografia Miasteczka..., s. 40. E.Tempich-Garczarczyk. Szkoła Podstawowa w Miasteczku Śląskim-szkic dziejów. Miasteczko Śląskie 2003, s. 7-8.

"Zeszyty Tarnogórskie Numer 27. Tarnogórskie Sesje Naukowe tom 10. "Architektura i sztuka na Górnym Śląsku Miasteczko Śląskie 1996. Marek Wroński (Instytut Tarnogórski) " Uwagi o architekturze kościoła drewnianego pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi w Miasteczku Śląskim".

 

 

 



Autor artykułu : Wybrał i zestawił Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com