Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Nadchodzą Sowieci

Kategoria :  Sowieckie wyzwolenie       Data : 2016-12-22 11:50:39

Co przyniesie nieznane. Już  w sobotę 19 stycznia w godzinach po południowych rozeszła się pomiędzy mieszkańcami wieść o tym, że nadchodzą Sowieci od strony wschodniej (Żyglina) i północnej (Miotka). Słyszano wystrzały karabinowe, a nawet artyleryjskie. Oczekiwania mieszkańców drażniła niepewność tego, jak się zachowają wyzwoliciele.
Zima przełomu 1944 z 1945 była wyjątkowo mroźna i śnieżna. W styczniu tego samego roku zajmowaliśmy mieszkanie w przybudówce na zapleczu domu, który stał i stoi nadal przy Rynku; oznaczony jest obecnie numerem 10. Jego boczna, południowa ściana, przylegała całą powierzchnią do północnej ściany ratusza. Stanowił on własność Bargiełów i jest nadal w posiadaniu potomków tej zacnej rodziny. Przybudówka znajdowała się zaś w głębi podwórza, a do mieszkania dochodziło się werandą.  
Ta zabudowana posesja stanowiła fragment zachodniej pierzei Rynku, który wówczas, podczas czasu wojny, nazywano Adolf Hitler Platz. Już po zakończeniu działań wojennych w obrębie Tarnowskich Gór, podczas miejskiej sesji w Miasteczku, która odbyła się w dniu 26 marca 1945 roku, podjęto uchwałę o przemianowaniu niemieckiej nazwy Rynku na Plac Józefa Stalina, a zaś uzasadnienie brzmiało:  w dowód wdzięczności za wyzwolenie spod jarzma germańskiego.

Miasto pozbawione władzy. Józefina Strzoda mieszkanka naszego miasta, w opisie zdeponowanym w archiwum w Koblencji zapisała: „Często myślę o dniu, w którym musiałam opuścić rodzinną miejscowość. Był to 17 styczeń 1945 roku. Po południu ruszyłam w drogę zupełnie sama...”. A zatem ludność cywilna opuszczała miasto, najpóźniej prawie trzy bądź dwa dni przed wejściem wojsk sowieckich. Jej męża, który pozostał na miejscu, osadzono w obozie za zdradę Narodu Polskiego, co było wyjątkowo ciężkim zarzutem.

Dwa dni przed wejściem wojsk sowieckich do Miasteczka Śląskiego, co miało miejsce w sobotę wieczorem 19 stycznia (za ks. prob. Fr. Wilhelmem), nie było już żadnego widocznego śladu niemieckiej obecności wojskowej i urzędniczej w naszym mieście. Można sądzić, że wczesna i sprawna ewakuacja ludności niemieckiej spowodowana była tym, ponieważ w naszym mieście nie było przemysłu i nie zachodziła potrzeba jego obsługi aż do granic możliwości. Wypadkową tego stanu było krótkie samowładztwo. To co pozostało z wyposażenia pomieszczeń ratusza i innych bezpańskich mieszkań oraz budowli, stało się w jakiejś części łupem różnych szachrajów. Rabunki w czasie wojny i po jej zakończeniu są regułą od niepamiętnych czasów i to, co się zdarzyło u nas, nie było żadnym wyjątkiem. Lecz był to dziki rabunek, ale wkrótce nastąpił inny, bo w oparciu o stanowione prawo, którego skutki trwają do dziś, bo jakoś powrót do stanu poprzedniego okazuje się drogą wyboistą i stromą.

 

ratusz

Widok Ratusza sprzed pożaru. Fot. pobrano z publikacji książkowej "Miasteczko Śląskie dawniej i dziś". Tekst i koncepcja Marek Wroński. Wł. fot. Jacek Kalke. Wydawnictwo Instytutu Tarnogórskiego 1997.
 
Przez dwa dni można było swobodnie zwiedzać i oglądać wszystkie pomieszczenia opuszczonego ratusza. Mnóstwo różnokolorowych karteczek, których przedłożenie upoważniało do zakupu żywności i innych artykułów, znajdowano wśród papierzysk na podłogach biur w ratuszu. Były one również i w tamtych dniach uznawane przez miejscowych rzeźników i piekarzy. Starszemu bratu udało się jeszcze, dzięki temu, dokonać zakupu wyrobów w masarskim sklepie, płacąc niemieckimi markami, którymi nie pogardzano.
Ta zadziwiająca skrupulatność uznawania bonów żywnościowych, jak i płatności w markach, nie tyle brała się z minionej reżymowej tresury, co raczej nadania pozoru legalności sprzedaży towaru, który i tak byłby łupem dla wojska, zgodnie z logiką wojny. Tym bardziej, że zła sława żołnierzy wyzwolicieli wyprzedzała ich marsz.

Waluta niemiecka nadal w obiegu. Ale już w kilka dni po wyzwoleniu wprowadzono obowiązek posługiwania się przy obrocie towarowym walutą niemiecką, ponieważ nie było urzędowo wyemito-wanych banknotów polskich i bilonu. Sprzedaż środków żywności limitowano, i prowadzono ją jedynie w wyznaczonych punktach. Zarządzeniem Urzędu Wojewódzkiego można było dokonać wymiany marek niemieckich na polskie złotówki. Banknoty wprowadzone do obrotu zostały wydrukowane w Moskwie i to z błędem w pisowni, z tego powodu łatwo rozpoznawalne. Wymiana odbywała się po kursie: dwie niemieckie marki za jedną złotówkę, do wysokości 500 marek na każdą osobę fizyczną, a więc za 500 marek otrzymywało się 250 złotych. Wartości przekraczające kwotę 500 marek były obowiązkowo deponowane w punkcie wymiany. Uprawnionymi do dokonania wymiany byli: Polacy, obywatele państw sprzymierzonych, Volksdeutsche z III i IV grupą. Stan ten trwał zgodnie z urzędowym zarządzeniem do 28 lutego 1945 roku, z wyjątkiem południowych powiatów województwa, dla których przesunięto termin do 30 marca.  Również brak polskiego bilonu wymusił posługiwanie się nadal niemieckim, z okresu wojny, poza wyznaczone terminy. Bilety kolejowe na przejazd pociągiem sprzedawano za polskie złotówki i to obowiązkowo, ale dopiero od 1 marca 1945 roku, zaś przewóz podróżujących odbywał się tzw. "krowiokami", jak je u nas nazywano w miejscowym żargonie, które służyły podróżującym  środkami komunikacji PKP jeszcze przez długie lata powojenne.

Pierwsza noc z Sowietami. Kto podpalił miejski ratusz? U nas zakwaterowano na nocleg z soboty na niedzielę, a więc z 19 na 20 stycznia, 12 żołnierzy sowieckich. Na werandzie, widocznej na foto-grafii, pełnił wartę jeden z nich. Od ojca wiemy, że u zarania dnia dało się słyszeć, za ścianą od strony ratusza, jakieś trzaski, łomot, jak gdyby coś rozbijano. Potem już nie potrafił zasnąć. Za jakiś czas wartownik zaczął wołać głośno i to kilka razy: gore! Żołnierze, którzy spali w naszym mieszkaniu wybiegli na zewnątrz, a za nimi ojciec ze mną na ręku i bracia. Wyczuwano silny swąd, coś się paliło. Gdy wyszli z domu na Rynek, świtało. Budził się zimowy, mroźny poranek.

weranda

Widok werandy sprzed pożaru. Fot. pobrano z publikacji książkowej "Miasteczko Śląskie dawniej i dziś". Tekst i koncepcja Marek Wroński. Wł. fot. Jacek Kalke. Wydawnictwo Instytutu Tarnogórskiego 1997.
 
Pożar. Z okien mieszkania burmistrza Rudolfa Fragsteina wydobywał się dym i ogień. Młodociana straż pożarna, którą dowodził starszy już wówczas ogniomistrz Jerzy Gogolin, była w akcji. Wodę do ręcznej sikawki pobierano z pobliskiego zbiornika wodnego, przy pompie publicznej usytuowanej między posesjami Janusów a z drugiej strony Skrzypczyków-Żmijów. Z drugiej ręcznej sikawki korzystano na zapleczu magistratu, gdzie znajdowała się studnia z pompą. To właśnie z tamtej strony zostało nasze mieszkanie nie tylko zalane wodą, ale i poważnie uszkodzone.
Spośród nielicznych mieszkańców z okolic ówczesnego dworca kolejowego, a z których niewielu dożyło dnia dzisiejszego, co niektórzy pamiętają wzbijający się w górę dym, znad niewygaszonego jeszcze pożaru ratusza; było to widoczne przez cały niedzielny dzień, pomimo prawie dwukilometrowej odległości.
Zachowało się przekonanie żywe po dzień dzisiejszy o tym, że pożar spowodowali ci, którzy identyfikowali się z Niemcami i swoją lojalność wobec panującej władzy podkreślali składaniem donosów na tych sąsiadów, którzy ich gorliwości nie podzielali. Wielokrotnie spotykałem się z takimi poglądami, ale były także inne, w których przypisywano pożar Sowietom.
Jeśli to donosiciele dybali na okazję, aby zniszczyć kompromitujące ich dokumenty przez podpalenie ratusza, to przespali najlepszą ku temu okazję, gdy w mieście nie było ani Niemców, ani Sowietów, a rabunki opuszczonych domów trwały w najlepsze. Stąd niezrozumiałym staje się nie wykorzystanie tej sprzyjającej okazji, kiedy to poruszanie się w mieście było bezpieczne, a wejście do ratusza swobodne o każdej porze dnia i nocy, co wykorzystywali szabrownicy, aby zawładnąć tym, co się nadawało na szmugiel, podobnie postąpiono z wyposażeniem willi Rubinów, co wyszło na jaw, gdy organizowano w niej przedszkole.  
Ta wprost ostentacyjna ospałość, jak i brak zdecydowania, aby zniszczyć kompromitujące dokumenty świadczą dobitnie o tym, że nie było w mieście tych, dla których stanowiły one zagrożenie. A jeśli było inaczej, to można bez większego ryzyka obstawać przy tym, iż w magistracie żadnej kompromitującej dokumentacji wobec tych, którzy w mieście pozostali, również nie było.
 
Niszczenie i zachowanie wyselekcjonowanej dokumentacji. Warto w tym miejscu przypomnieć to, na co powoływano się w innym już miejscu. Otóż pod koniec 1944 roku władze niemieckie postanowiły o dokonaniu selekcji urzędowo wytworzonej dokumentacji na trzy segmenty. Do pierwszego zaliczono te, które należało zniszczyć na miejscu, zaś drugim składowiskiem było miasto powiatowe (Tarnowskie Góry), skąd ekspediowano je na zachód, a resztę można było pozostawić na miejscu (Ryszard Kaczmarek...2006). Ta cenna reszta zgorzała w czasie pożaru magistratu, w tym wytworzona dokumentacja cywilna.
 Zachował się przekaz i to z pierwszej ręki, o spalaniu w cegielni, przy dworcu kolejowym, dokumentów magistrackich dowiezionych do tego miejsca w dwóch traktorowych przyczepach. Stało się to pod koniec 1944 roku bądź z początku następnego. Wszelka dokumentacja kompromitująca donosicieli została złożona do drugiego segmentu bądź spalona. Bowiem nie można burmistrza Rudolfa Fragsteina i jego urzędników uważać za kompletnych baranów, beztrosko pozostawiających to, co szkodzić może pozostałym w mieście sympatykom rozsypującego się niemieckiego totalitaryzmu.
Gdyby ktoś zamierzał wejść do magistratu z zamiarem jego podpalenia, w którym nocowało sporo sowieckich żołnierze, przed którym trzymano warty, a tej nocy zginęło dwóch żołnierzy Wehrmachtu i to w pobliżu Ratusza, to należy uznać taki zamiar za niewykonalny. Takie „Spec-akcje” mają miejsce tylko w filmach, w których główną rolę odgrywa James Bond.
 
Co mogło być przyczyną pożaru? Wiele przemawia za tym, że było to przypadkowe zaprószenie ognia, a sprzyjał temu: wyłączony prąd elektryczny, posługiwanie się dla oświetlenia pomieszczeń prymitywnymi metodami, a więc ogniem ze skręconych papierów, łuczywem itp. Motywy wędrowania po pomieszczeniach były prozaiczne; poszukiwanie łupów i opału. Widziano, że dym i ogień wydobywał się z okien mieszkania burmistrza oraz z małych okienek poddasza nad nimi, a więc źródło ognia było na górze.
Po pożarze i zalaniu wodą naszego mieszkania już nie wróciliśmy do niego. Najpierw zamieszkaliśmy u dziadków przy dawnej ulicy Generała J. Hallera, a później w domu przy drodze, która prowadziła do dworca kolejowego i nie była to nasza ostatnia  przeprowadzka.

Warty żołnierzy sowieckich i wojskowy nadzór. Jak już wspomniano, była to zimowa mroźna noc. Warty grzały się przy ogniskach w różnych miejscach. Między innymi przy wylocie ulicy z miasta do Tarnowskich Gór. Za cmentarzem były ustawione sowieckie posterunki i ogrzewano się przy ognisku; dla utrzymania ognia, palono drewnianymi ogrodzeniami posesji klasztornej i innymi. Zachował się zapis  o tym, że siostry zakonne zwróciły się do pierwszych, legalnie wybranych  samorządowych władz, o pomoc w ustawieniu nowego ogrodzenia, z tego właśnie powodu.

 
krzyż przy szosie do Tarn-Gór
Krzyż przy szosie prowadzącej do Tarnowskich Gór. Widoczny zachowany fragment starodawnej polnej dróżki, która wiodła do lasu i tamtędy do Nowego Chechła. Fot. własne.
 
Odcinek drogi do Tarnowskich Gór zabezpieczały nie tylko stacjonarne sowieckie posterunki, ale i piesze patrole. Świadczy o tym śmierć dwóch radzieckich żołnierzy, którzy padli przy krzyżu przydrożnym, którego foto wklejono wyżej, po lewej stronie szosy do Tarnowskich Gór. Pięciu sowieckich żołnierzy zginęło na terenie parafii i wszystkich pochowano na parafialnym cmentarzu. W kościelnej księdze zgonów zanotowano, że padło 3 żołnierzy sowieckich, lecz wiadomym jest, że pochowano na cmentarzu we wspólnym grobie pięciu żołnierzy radzieckich, co potwierdza zapis na tablicy u grobowego wezgłowia. Pierwsze krzyże bądź tablice informacyjne u wezgłowia tego grobu, zostały wystawione z polecenia burmistrza Wilka, a zlecone do wykonania miejscowemu stolarzowi p. Jerzemu Gogolinowi, co potwierdzają zapisy archiwalne. Można sądzić, że były to drewniane krzyże z informacją o liczbie pogrzebanych. Pewna wiadomość o liczbie pogrzebanych pochodziła zapewnie z pierwszej ręki od ówczesnego grabarza cmentarnego Paruzela, który wiedział dla ilu padłych żołnierzy należy wykopać dół grzebalny. Informacja o liczbie pogrzebanych sowieckich żołnierzy została w jakiś sposób przy tym grobie zachowana i przyjmowana nadal przy zachodzących zmianach tej żołnierskiej nekropolii.
 
Żołnierskie nekropolie na parafialnym cmentarzu. W grobowcu żołnierzy niemieckich znalazło wieczny spoczynek czterech poległych, z tego dwoje żołnierzy Wehrmachtu, padłych w okolicach dzisiejszego Rynku oraz dwóch Włochów, prawdopodobnie byli to dwaj uciekinierzy z obozu pracy przymusowej na Radloku; ubrani w zniszczone niemieckie mundury, a zostali rozstrzelani przy krzyżu Penkatego. Ich zwłoki zostały przewiezione dużymi saniami, pożyczonymi od p. Przybyłkowej i dowiezieni na plac kościelny. Tam zostali porzuceni w południowo-zachodnim narożu, pomiędzy murowanym ogrodzeniem placu kościelnego a ubikacjami; to z relacji naocznych świadków. Porzucone zwłoki leżały w tym miejscu przez kilka dni, liczba czterech powiekszyła się o jeszcze jednego rozstrzelanego przez Sowietów, był to Ukrainiec pracujący jako parobek u gospodarza Wiktora Hendla. Zginął, gdy wyszedł do Sowietów, aby się z nimi przywitać, ale zamiast przyjaznej ręki otrzymał zabojczy strzał z karabinu bądź pepeszy, i to od tych, którzy wieczorem weszli do naszego miasta. Padł rozstrzelany przy ówczesnej posesji Walochników, po lewej stronie dzisiejszej ulicy Żyglińskiej, idąc od Rynku do Żyglina; znalazł się w tym miejscu, ponieważ odwiedził swojego przyjaciela, który był parobkiem u Walochników.
 
Dlaczego porzucono zwłoki na placu kościelnym? Otóż jeszcze niedawno, bo niepełne trzy miesiące temu, zginęło na posesji brata Wiktora Hendla dwóch dywersantów sowieckich; byli to Ślązacy w sowieckich mundurach. Resztki z tego, co po nich pozostało (po wybuchu granatów i pożarze) zostało pogrzebanych poza murem okalającym cmentarz parafialny od strony południowej. Ekshumacja tych resztek została przeprowadzona na przełomie wiosny-lata w 1945 roku. Pochowane one zostały na parafialnym cmentarzu w sposób uroczysty i ich grób znajduje się w tym samym rzędzie grobów, co sowieccy żołnierze i inne z czasów drugiej WW. Czy zatem to dość pogardliwe porzucenie zwłok miało jakiś związek z pochówkiem dywersantów? Tego nie wiemy, ale tak mogło być. Zapewne po jakiś rozmowach, przemyśleniach i to na różnych szczeblach, zezwolono na pochówek cmentarny.
 
Żołnierski los.Na placu p. Celarych, w Kasarni, urządzono także ognisko, a dla podtrzymania ognia zużyto również okoliczne drewniane płoty. U Lukasów, dzisiejsza posesja Waldka Kurca, w stajniach ulokowano konie, a żołnierze obok na podwórzu również palili ognisko i tutaj także dla jego podtrzymania potrzebne było drewno, a działo się to na przysłowiowy rzut kamieniem do magistratu.
Przedmioty drewniane, które zachowały się w ratuszu, nadawały się także do podtrzymania ognia i to nie tylko w ogniskach, ale i polowych kuchniach. Podczas ich pozyskiwania, co jest wysoce prawdopodobne, mógł zostać zaprószony ogień. A zaś z relacji tych, którzy byli w środku wiemy, że podłogi w niektórych pomieszczeniach ratusza „tonęły” w papierach i jakie by one nie były nadawały się dla sowieckiego żołnierza i to nie tylko na papierosowe skręty do machorki, ale i jako pomoc w oświetleniu.
 
Obcy gospodarze.Sowiecka siedziba w mieście. Budynek żandarmerii w naszym mieście położony był i jest nadal przy zachodniej stronie parku rubinowego; obydwie posesje rozdziela droga przejezdna o nazwie Dębina. Nie tak dawno natknąłem się na informację o nazwie tej ulicy z czasu III Rzeszy, której miano nadać nazwę Dr J. Geobelsa (Geobbelsa), a posesja Rubina była oznaczona także nr 12; można sądzić, iż nazwa ministra propagandy i oświecenia publicznego w rządzie Adolfa Hitlera odnosiła się do całej dawnej ulicy Żyglińskiej; ulokowało się przy niej 12 posesji, ostatnią była rubinowa. Obecnie budowla żandarmerii spełnia funkcję mieszkalną.

budynek żandarmerii

Dawny budynek żandarmerii w Miasteczku Śląskim. Fot. pobrano z publikacji książkowej "Miasteczko Śląskie W Dawnych Widokach". Oprac. Marek Wroński red. nacz.,T. B. Hadaś z-ca. W. Kucia. "ZT". Nr 18

W miesiącu lutym 1945 roku budowla została przejęta na potrzeby komisarza Armii Czerwonej i jego pomocnika; obydwaj byli żołnierzami. Komisarz stanowił rzeczywistą władzę w mieście. Jeszcze 9 maja tego roku, w dniu w którym świętowano podpisanie aktu bezwarunkowej kapitulacji przez wojskowych przedstawicieli Trzeciej Rzeszy, (a na Zachodzie podpisano akt kapitulacji z przedstawicielami armii niemieckiej 8 maja, ale Stalin zarządził inaczej i podpisano akt kapitulacji 9 maja), w budynku żandarmerii urzędował nadal komisarz sowiecki. A więc w tym samym dniu, w którym miała miejsce tragedia za parkiem rubinowym.

Komendantury wojenne powstawały na terenach przyfrontowych na mocy instrukcji wydanej 23 VIII 1944 roku przez marszałka Konstantego Rokossowskiego. Komendanci mogli współpracować jedynie z organami władzy polskiej podległej komunistycznemu rządowi w Lublinie, lub w przypadku ich braku, mieli powołać tymczasowe organy administracji. Do kompetencji komendantów należało przede wszystkim zapewnienie ładu, porządku i bezpieczeństwa publicznego na zapleczu walczących wojsk, ale praktycznie ich uprawnienia były znacznie szersze. Przejmowali częściowo zadania władz cywilnych. Zajmowali się organizacją aprowizacji, transportu, łączności i ochroną obiektów gospodarczych. Mogli też rozkazać użycia broni w przypadkach zwalczania działań wymierzonych przeciwko bezpieczeństwu wojsk sowieckich. Wprawdzie latem 1945 roku większość komendantur rozwiązano, lecz do połowy 1946 roku pozostawiono je jeszcze w 43 punktach stanowiących ważne punkty komunikacyjne. Jednym z nich był nieodległy Bytom.
 
W tym samym budynku otrzymała swoją siedzibę samoistnie powstała milicja obywatelska, lecz wiadomo za czyją zgodą. Jej członkowie byli rozpoznawalni po białoczerwonej opasce, którą nosili na przedramieniu. Do ich zadań należało m. in. zbieranie w mieście i jego otoczeniu porzuconej broni. Składali ją w którymś z pomieszczeń budynku żandarmerii. To z tych zasobów pochodziły pancerfausty, które wystrzelano 9 maja tego samego roku za parkiem rubinowym.
Źródła.
R.Kaczmarek. „Górny Śląsk podczas II wojny światowej”. Wydawnictwo UŚ K-ce, 2006; PA K-ce; Wspomnienia i przekazy rodzinne, Janek Hajduk, Janek Report, Benon Przybyłek, Waldek Kurtz; Franek Siwy1945: koniec/początek. Relacje i dokumenty o wydarzeniach roku 1945 w Tarn-Górach i okolicy, w: „Entenring” nr 2/2005. Red. A. Hein, K. Piotrowski, M. Rosenbaum, S. Rosenbaum; Bąk Danuta. Ref. Opieki nad cmentarzami wojennymi w Tarn-Górach; J. Maleszka. Rok 1945...s.513, przypis 9 w:"Aparat władzy a społeczeństwo w Tarnowskich Górach w latach 1945-1989, pod red. K. Gwoździa i S. Rosenbauma. I w tym samym przypisie odniesienie; zob. M.L. Krogulski. Okupacja w imię sojuszu. Armia Radziecka w Polsce 1944-1956. W-wa 2000.
 
 


Autor artykułu : Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com