Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Przedszkola splątane z siedzibą władz samorządowych

Kategoria :  PRL       Data : 2017-03-16 18:32:02

Ślady po rodzinie Rubinowej. Dzieje Śląska po 1945 roku.

Wydaje się, że pierwszym przedstawicielem Rubinów w naszej osadzie targowej był Michael Rubin (ur. w 1821 roku). Ukończył seminarium nauczycielskie w Głogówku, gdzie pobierał naukę w latach 1839 – 1842. Pracę w tutejszej szkole rozpoczął od 1 października 1843 roku. Wkrótce zrezygnował z pracy w szkolnictwie i zatrudnił się najpierw w miejscowym, a następnie w radzionkowskim górnictwie ołowiu i cynku na stanowisku zarządcy kopalni.

warpie

Widok na zwietrzałe ślady pogórnicze za parkiem Rubina

To Michael prawdopodobnie nabył pogórnicze pola w miasteczku Georgenberg na jego wschodnich krańcach, które przylegały od strony południowej do drogi prowadzącej z Miasteczka do Żyglina. Na większej części swojej posesji urządził park, wykorzystując z wyrafinowanym smakiem zróżnicowania terenowe. Wystawiając na wyniesieniu, od strony wschodniej w niewielkiej odległości od murowanego muru, który otaczał park, dużą Glorietę o betonowym podłożu i drewnianej konstrukcji z zadaszeniem.

W zapadlisku, które było prawie centralnym miejscem parku, powstał zalew wodny, a na północnym jego obrzeżu wystawiono drugą mniejszą Glorietę, z murowanych cegieł klinkierowych, które wypełniały zewnętrzną, ścienną drewnianą konstrukcję z okienkami, wychodzącymi na wodny zalew.

resztki słonecznego zegara

 Resztki fundamentu po słonecznym zegarze w parku Rubina

Idąc wewnętrzna dróżką parkową od zaplecza willi, która prowadziła do podnóża wzniesienia , na której stała duża Glorieta, po jej lewej stronie usadowiony był duży słoneczny zegar z prętem metalowym w formie trójkąta, który rzucał cień; zabawy przy nim było, co nie miara, ale i walory edukacyjne dla przedszkolaków zacne. Przed trzema laty w towarzystwie ś.p. Benona Przybyłka zrobiłem fotograficzne ujęcie fundamentalnych resztek tego zegara, na dzisiaj nawet po tym nie ma żadnego śladu.

Początki powojennego przedszkola

W pierwszym powojennym m-cu marcu w budynku klasztornym Sióstr Służebniczek, przy dawnej ul. Tarnogórskiej, rozpoczęto organizować ochronkę dla dzieci. Dobrym duchem tego przedsięwzięcia była Siostra Maria Owczarek. Jej pomocnikami byli: ks. Jerzy Stefani, pochodził z Sośnicy w pow. lublinieckim, kierownik ówczesnej szkoły podstawowej Józef Sołtysik i burmistrz miasta Teodor Wilk.

Z początkiem nowego roku szkolnego 1945/46 zgłosiło się do tej ochronki 127 dzieci, wielu z mojego rocznika m.in. Herbert Lech, Alfons Piegza, Henryk Pyka, Piotr Sprycha, Rajnchold Gembczyk, Grzegorz Galios i wielu innych, a pośród nich także i ja oraz sporo dziewcząt. Pierwszy raz zaprowadziła mnie do tego przedszkola moja mama.

W miesiącu październiku 1945 roku wizytowała przedszkole p. inspektor Leokadia Terka, Uznała, że pomieszczenia ochronki dla dzieci są niewystarczające do ich liczby. Jej interwencja u ówczesnego burmistrza Wilka Teodora okazała się skuteczną, ponieważ w jej następstwie przeznaczono na przedszkole pomieszczenia parteru willi Rubina, wówczas budowli przy ulicy Żyglińskiej 12. Nie tak dawno natknąłem się na informację o nazwie tej ulicy z czasu III Rzeszy, której miano nadać miano Dr J. Goebelsa, a budowla Rubina była oznaczona także nr 12.; można sądzić, że nazwa ministra propagandy i oświecenia publicznego odnosiła się do całej dawnej ulicy Żyglińskiej.

W okresie ostatniej wojny w willi Rubina była urządzona ochronka dla dzieci. Po wojnie dom ten został splądrowany z tego co w nim pozostało, a na dodatek większość okien była bez szyb, zniszczono studnię wodną, która była usytuowana na zapleczu willi; identyczna, co do mechanizmu z pompą Pękatego przy ulicy Woźnickiej. Wewnętrzne ściany pomieszczeń także zniszczono, ponieważ powyrywano z nich przewody elektryczne. To nachalne złodziejstwo i niszczenie cudzego mienia, przywieziono na czołgach i bagnetach żołnierzy, którzy przybyli w te strony z kraju wschodzącego słońca. Wzięło się to m. in. także stąd, ponieważ budowla ta została pozbawiona gospodarza, którym wcześniej, jeszcze w okresie międzywojnia był Lothar Rubin, a i jego matka Marta Rubinowa, zamieszkiwała w tym domu.

resztki murowanego ogrodzenia

Pozostałość po murku, który otaczał park Rubina

Powojenne losy Rubinów

Pierwsze władze samorządowe uznały Rubinów za Niemców i zadecydowały wraz ze Starostwem tarnogórskim o przejęciu mienia porubinowego w całości na rzecz własności komunalnej, jako mienie porzucone. Rodzina Rubinów uchodziła za Niemców, jeśli tak to dlaczego Lothar znalazł się w Polskim Wojsku generała Andersa?

Jedyny członek rodziny Rubinów w owym czasie, który był na miejscu to Marta Rubin, żona Richarda i matka Lothara. Richard Rubin identyfikował się z przynależnością do Narodu Niemieckiego. Brał udział po stronie niemieckiej w wydarzeniach, które były skierowane przeciwko Powstaniom Śląskim; w którejś ze zbrojnych potyczek zginął, lecz nie został pochowany na parafialnym cmentarzu w Miasteczku. Ale nie tak dawno spotkałem się z przekazem, że został pochowany na miejscowym parafialnym cmentarzu; ten przekaz wymaga zweryfikowania.

Marta Rubin została wywłaszczona ze swojej posiadłości i eksmitowana z willi rubinowej, w którym mieszkała. Według ówczesnych władz jako Niemka powinna trafić do obozu przejściowego w Lasowicach.

Lecz przygarnęła ją rodzina Musików, którzy mieszkali w ostatnim wtenczas budynku, po lewej stronie, dawnej ulicy H. Sienkiewicza, a która była jeszcze dawniej nazywana Skrabacką; za wspomnianym domem znajdował się głęboki dół, to była dla nas dzieci, nasza Cortina d′Ampezzo czasu zimowego. Ten głęboki dół był pozostałością po odkrywkowej kopalni rud żelaza, a jego głębokość na dzień dzisiejszy wyraźnie złagodniała.

Wkrótce okazało się, że syn Lothar, lekarz z zawodu znalazł się w Armii Andersa. Wiadomość o jego pobycie w Anglii przybyła wraz z mieszkańcem naszego miasta, który wrócił do Polski z Wielkiej Brytanii (źródło ś.p. Benon Przybyłek). Dalsze losy Lothara są dość tajemnicze; podobno wrócił do Polski, lecz Urząd Bezpieczeństwa odmówił mu możliwości pobytu w Polsce i został przymuszony do wyjazdu z kraju.

Wiadomość ta, zapewnie urzędowo potwierdzona, o obecnośći Lothara Rubina w wojsku polskim w Anglii sprawiła, że Marcie Rubin przywrócono prawo do zamieszkania w willi Rubina.

Gdy nasz rocznik należał do najstarszej grupy przedszkolaków, a wychowawczynią była p. Franciszka Bramowska to wybierała ona spośród nas silniejszych chłopców, do których się także zaliczałem i wnosiliśmy, zawsze we dwójkę, wiadro z węglem bądź wodą na pierwsze piętro, bo tam p. Marta mieszkała; była ona już w poważnym wieku, szczupła i wysoka. Po śmierci została pochowana na parafialnym cmentarzu, jej grób przylegał od wschodniej strony do grobu pierwszego organisty w murowanym kościele i pierwszego nauczyciela (kierownika) tutejszej szkoły podstawowej Klemensa Golltza (Golca).

Dziwne losy Rubinowego majątku

Richard Rubin ani po wygaśnięciu Powstań Śląskich, ani po plebiscycie nie wrócil do domu w Miasteczku(?). Zapewnie po upewnieniu się o jego śmierci, okazało się, że Lothar Rubin został jedynym spadkobiercą całości spadku po swoim ojcu Richardzie. Jego żona Marta otrzymała jedynie tzw. wycug; mieszkanie i utrzymanie do końca życia, i to obciążało Lothara. Jego matka Marta podniosła zarzut do tego rozporządzenia testamentowego. Postępowanie sądowe odbyło się jeszcze w okresie międzywojnia. Sąd odrzucił zarzut niezgodnego z prawem testamentowego rozporządzenia, ponieważ jedynym spadkodawcą nieruchomości był Richard, jego żona Marta nie wniosła do ich małżeństwa żadnej nieruchomości.

Lothar cały majątek rubinowy, z uwzględnieniem wspomnianego wycugu zapisał młodemu jeszcze wtenczas Zgromadzeniu Zakonnemu Werbistów, którego dom macierzysty znajdował się w Steyl w Holandii, a filia w Rybniku; istnieje do dzisiaj.

W czasie drugiej wojny światowej wszystkie rozporządzenia testamentalne majątku rubinowego zostały przez władze niemieckie unieważnione, a willa Rubina wraz z pozostałymi nieruchomościami przejęło SS ( Schutzstaffel). Innymi słowy majątek Rubina został przejęty przez III Rzeszę; czy miało to jakiś związek z obecnością Lothara w armii gen. Andersa w Anglii? 

Po zakończeniu wojny Zgromadzenie Zakonne podjęło starania odzyskania tego, co zapisał im Lothar Rubin. W drodze postępowania sądowego to się udało, lecz na początku lat 50. minionego stulecia na obszarze całego kraju nastało wywłaszczenie z wielu majątków kościelnych i zakonnych na rzecz państwa; jak się potoczyły dalej sprawy własności zakonnej nie zdołano ustalić, ale i tak posesja jako własność porzucona otrzymała status własności komunalnej i ten stan trwa do dzisiaj.

Niektóre obszary rolne po Rubinie były użytkowane zgodnie z ich przeznaczeniem przez mieszkańców miasta, jako dzierżawa i po upływie czasu określonego ustawą użytkowania i zasiedzenia, a także świadczenia wymaganych opłat, grunty te przeszły na własność ich użytkowników, w drodze postanowienia sądowego; podobna procedura była praktykowana przy zasiedzeniu nieruchomości rolnych będących własnością Donnersmarcków. Mala fides superveniens non nocet - późniejsza zła wiara nie szkodzi; tj. nie przeszkadza w nabyciu własności przez zasiedzenie.

Smutne losy kolegów lekarzy

Lothar przyjaźnił się z Franciszkiem Bibielą także lekarzem, razem studiowali medycynę na Uniwersytecie we Wrocławiu. Bibiela był w czasie wojny ordynatorem szpitala w Rydułtowach. Po jej zakończeniu wrócił do Miasteczka. W miesiącu maju 1945 roku udzielił pierwszej pomocy dzieciom, które odniosły rany podczas wybuchu niewypału za parkiem Rubina. Został on w drugim miesiącu po tym wydarzeniu, w lipcu, zakatowany na śmierć przez oprawców z UB, podczas jego przesłuchiwania w ich siedzibie na Karłuszowcu w Tarnowskich Górach. Stawiano mu m.in. zarzut udzielenia pomocy medycznej niemieckim dzieciom w Miasteczku, które odniosły rany podczas wspomnianego już wyżej wybuchu niewypału. Jego zmasakrowane i porzucone zwłoki w jakimś gospodarczym pomieszczeniu (chlewiku) odebrał jego ojciec Tomasz ( na podstawie relacji P. Sabiny Gadamer, osoby z kręgu rodziny Bibiellów).

Tomasz Bibiella zawarł związek małżeński z Marią Tatoiu, Rumunką. Ślub odbył się w Rumunii w miejscowości Cioplea. Sądzić można, że celebrę ślubną sprawował ks. Konstanty Bibiella, brat Tomasza, czynny w tamtejszym zgromadzeniu misyjnym, w którym było sporo Górnoślązaków. Śladem ks. Konstantego poszedł młodzieniec z rodziny Piełków również Konstanty, którzy byli spokrewnieni z Bibiellami. Trudził się jako kapłan najpierw w Rumunii, a przed drugą wojną światową w Polsce; w Chorzowie, Miasteczku, a także w bliskim Miotku, w którym doprowadził tamtejsze dzieci do I Komunii św.

Maria Bibiellowa ukończyła Konserwatorium muzyczne we Wrocławiu. Udzielala lekcji muzyki Lotharowi Rubin. Obydwie rodziny się przyjaźniły. Podczas drugiej wojny światowej, gdy nie było komu grać na organach, bo mężczyźni, w tym organiści kościelni, zostali wcieleni do Wehrmahtu, w takich razach to Maria Bibiellowa obsługiwała kościelne organy.

pomnik grobowy

Fot. grobu Franciszka Bibielli zamordowanego przez Grupę Operacyjną UB w Tarn-Górach. Zachował się tylko na fotografii, ponieważ fizycznie został ten grób zniesiony.

Franciszek Bibiella został pobity na śmierć, gdy Grupą Operacyjną UB w Tarnowskich Górach kierował Karol Michenko pijak, złodziej i trudniący się łapownictwem bez względu na narodowe pochodzenie tych, którzy płacili; był jedynym przedstawicielem UB, który w prowadzonym przeciwko niemu procesie sądowym został skazany na karę śmierci, którą wykonano.

Nie ma śladu po zabójstwie Franciszka Bibielli ani w aktach cywilnych UM w Miasteczku Śląskim, ani w UM Tarnowskich Gór, mimo tego, że zgon nastąpił w Tarnowskich Górach. Nie ma również żadnego śladu o zgonie w metrykalnych aktach kościelnych w Tarnowskich Górach, a także w naszym mieście, w tym ostatnim przypadku jest to zrozumiałe , ponieważ zgon miał miejsce poza Miasteczkiem. Fr. Bibiella pochowany został na tutejszym cmentarzu parafialnym; mogiła znajdowała się po lewej stronie dróżki cmentarnej prowadzącej od miasta do grobu ks. T. Christopha; niedawno został zniesiony. 

Maluchy do przedszkola, starszaki do szkoły, a władze do urzędowania

Od 9 maja 1949 roku przedszkole w willi Rubina zostało przeniesione do domu (Heliosa) przy dawnej ulicy Mickiewicza 24 (dzisiaj ulica Gierzyna). Był to budynek jednopiętrowy. Dotychczasowe wyposażenie przedszkolne zostało przetransportowane furmanką, a ponieważ nasz rocznik należał wtedy już do grupy starszaków, to też jako podrostki braliśmy czynny udział w tych przenosinach, co było dla nas dużą atrakcją.

Nowe przedszkole było położone w bliskości dawnego cmentarza żydowskiego. Wtedy to miałem możliwość jego poznania, lecz jedynie z zewnątrz, ponieważ wejście do niego było zablokowane solidnymi, drewnianymi drzwiami, lecz przez drzwiowe szpary można było zerknąć do środka i zobaczyć na lewej stronie ścian figuratywne malowidła. Murek okalający cmentarz był nienaruszony.

W dniu 28 czerwca 1949 roku nasz rocznik opuścił mury przedszkola w domu Heliosów na zawsze. Po wakacjach czekały nas nowe przeżycia, początki nauki w szkole podstawowej.

willa Rubina

Odnowiona willa Rubina. Widok od strony parku. W 1950 roku siedziba władz samorządowych, obecnie przedszkole Nr. 1.

W dniu 8 marca 1950 roku przedszkole przy ulicy Mickiewicza zostało zniesione, a przedszkolaki otrzymały nowe pomieszczenia w willi u Gregora, zwaną również Gregorówką. W tym samym czasie władze miasta i funkcjonalne magistrackie biura rozpoczęły urzędowanie w willi u Rubina.

Źródła: Wspomnienia; "Kronika przedszkola" Nr 1.; E-ncyklopedia, "Historia Kościoła na Śląsku", ścieżka dostępu:http://encyklo.pl/index.php5?title=Strona_głowna; "Aparat władzy a społeczeństwo w Tarnowskich Górach w latach 1945 – 1989". Pod red. Krzysztofa Gwoździa i Sebastiana Rosenbauma.



Autor artykułu : Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com