Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Historia zakupu działki pod zbożny cel

Kategoria :  PRL       Data : 2017-04-12 17:07:35

 

Zawieszenie rożdżki. Napisano już w innym miejscu o uroczystym powieszeniu różdżki przez cieśli na wieźbie murowanego kościoła. Miało to miejsce 12 maja 1906 roku. W dniu tym wystąpiła publicznie orkiestra przykościelna, zaś ks. lokalista Benon Drzezga wygłosił kazanie i podziękował Panu Bogu i robotnikom za to, że przy tej budowie nie zdarzyły się żadne nieszczęścia.

Na ostatku odbyła się gościna przy piwie; ks. proboszcz ugościł zarząd kościelny w domu parafialnym, a robotnicy zebrali się na poczęstunek w sali karczemnej u p. Gomółki.

Ta gościnna sala mieściła się w dużym kompleksie budowlanym, który później należał do rodziny Żyłków, a następnie w czasach PRL-u nabyła go Gminna Spółdzielnia Samopomoc Chłopska. Nadal były w nim jak i poprzednio: sklep, restauracja, wymieniona już sala przyjęć i kompleks mieszkalny, a obok zabudowania gospodarcze.

Na dzisiaj jest to dom, który znajduje się pomiędzy ul. Dworcową a budowlą Starej Poczty; była to druga siedziba pocztowa w dziejach miasta. Pewnym jest, że to zabudowanie p. Żyłków istniało już w takim samym przestrzennym układzie jak obecnie, gdy gościli się tam murarze i cieśle.

Posesja karczmarza Gomółki to nie tylko wymienione zabudowania, lecz także działka ogrodowa, która od strony zachodniej przylegała bezpośrednio do posesji plebańskiej.

Działka przykarczemna. Nie wiemy nic o tym, jakie było pierwotne przeznaczenie tej małej działki. Ale już w okresie międzywojnia miała ona charakter przykarczemnego ogrodu i takowy się jeszcze zachował przez kilka lat po drugiej wojnie światowej.

W pierwszych latach powojennych był w środku jeszcze przyzwoicie utrzymany, od strony ulicy Dworcowej otoczony murem z czerwonej, wypalanej cegły. W zachodniej części ogrodu, w bliskości domu parafialnego, znajdowała się duża altana ogrodowa; typowa Glorieta; prawie identyczna z tą, która była w parku rubinowym. Jej podstawą był murowany krąg, a na jego obrzeżu osadzono drewnianą balustradę, z której wznosiły się drewniane podpory zadaszenia. Poddasze ozdabiała drewniana ornamentyka. Do środka altany wchodziło się po drewnianych schodkach i tam sadowiła się orkiestra, która przygrywała podczas festynów. Przy wejściu do ogrodu z lewej strony urządzone było miejsce do tańców, sporządzone z drewnianych desek. Zdarzało się, że głośny festyn, jak i zwyczajne popijawy odbywały się podczas nabożeństw w kościele. Było to przyczyną zgorszenia wiernych biorących udział w nabożeństwie. Bolał nad tym nasz ks. proboszcz Władysław Branny.

Dobry i zaradny ks. proboszcz. Warto wiedzieć i przypomnieć o tym, co m.in. zawdzięczamy proboszczowi Władysławowi. Otóż dzięki niemu w murowanym kościele zachowane zostały główny i boczne ołtarze, stacje drogi krzyżowej, ambona i balaski, a więc najdawniejszy wystrój naszego kościoła. Prawie wszystko z tego, co zostało wymienione, miało i ma nadal walory zabytkowe, chociaż nie klasy zerowej. A ich wartość religijno-emocjonalna była i jest bezprzeczna.(Zob. F. Żurek.” Historia Bobrownik Śląskich”. Tarn-Góry 2003, s. 111-112, 130).

Zmiany w liturgii kościelnej. Działo się to w czasach, gdy wprowadzono zmiany w liturgii kościelnej, znoszono starożytne główne ołtarze, m.in. w parafii wielkożyglińskiej, tarnogórskiej, bobrownickiej. Zachowały się przekazy o tym, że były presje na ks. proboszcza Władysława, aby podążył tą samą drogą, lecz on odmawiał. Nie spotkały go za to pochwały, a wręcz coś przeciwnego. Lecz w tym zachowawczym stanowisku miał poparcie tutejszej rady parafialnej i zapewnie parafian, których rada reprezentowała. Ten postępujący proceder pozbywania się zabytkowego kościelnego wyposażenia został zahamowany nieoczekiwanym stanowiskiem wojewódzkich konserwatorów, a były to czasy PRL-u, należy to ocenić jako zdumiewające zachowanie ówczesnych władz, a przede wszystkim politycznych, ale racjonalne, ponieważ chroniono zabytki, które mogły być poddane restauracji, a nie wyrzucane. Ks. Władysław Branny pełnił w tym czasie funkcję dziekana. Czy to pod presję ówczesnego trendu, czy dobrowolnie ustąpił z tego urzędu.

I dzięki temu, jak już wspomniano, mieszkańcom naszej parafii dany jest ten przywilej, że mogą kontemplować zachowane sakralne piękno, które było tworzone z trudem przez duszpasterzy, parafian, jak i ludzi dobrej woli. Tabernakulum w centrum ołtarza i Kościoła to żywy świadek niezliczonych uroczystości, żarliwych modlitw naszych przodków, a także już i tych, którzy miejsca swojego urodzenia opuścili i związali swoje życie z naszym, wspólnym już miastem.

Zachowawcza cecha  ks. proboszcza.Ks. W. Branny należał do kapłanów zachowawczych, wymagających, dyscyplinujących religijnie starszych, młodszych i nas dzieci podczas katechizacji. Potrafił często z ambony przypominać o uczestniczeniu w Mszy św. w Kościele, a nie na placu kościelnym; wypowiadał się odważnie w sprawach nagannych moralnie. Starsi parafianie pamiętają go w jego zimowym, wytartym płaszczu wojskowym i filcowych butach, bo takie były jego początki. A nam katechizowanym dzieciom mówił, że wysiadł z pociągu na miasteczkowskim dworcu kolejowym z małą, drewnianą walizeczką, bo to był cały jego majątek.

ks. proboszcz Władysław Branny

Ks. proboszcz Władysław Branny. Fot. pobrano z publicystyki książkowej A. Famuły "Miasteczko Śląskie Parafia i Kościół..."

Warto w tym miejscu przywołać rodzinny przekaz z czasów Polski Ludowej, gdy sam byłem podrostkiem. Liczny udział wiernych w pielgrzymkach i procesjach przyprawiał o ból głowy ówczesne władze. Stąd różnorakie ograniczenia dla tego publicznego pokazu pobożności, aż do zakazu włącznie. A był to czas, gdy zezwalano jedynie na procesje dookoła obydwu kościołów; murowanego i drewnianego. Zakazano procesji Bożego Ciała przejścia z ulicy Dworcowej do Żyglińskiej, ponieważ utrudniało to rzekomo ruch uliczny na Rynku i ulicy Woźnickiej; wtenczas w ciągu dnia przejechało szosą kilka furmanek z węglem, a samochodów tyle, co kot napłakał.

Z powodu kolejnego zakazu, aby uzyskać zezwolenie na procesję, ks. prob. Władysław ubrał się w obozowe pasiaki, narzucił na to jakiś płaszcz i udał się do Tarnowskich Gór, do właściwego urzędu i tam złożył prośbę o zgodę na procesję. Jaki był rezultat tej odważnej i nietuzinkowej interwencji umknęło z pamięci, a były o tym rozmowy kobiet w naszym mieszkaniu; utkwiły mi w pamięci jedynie te pasiaki obozowe. Można tylko sądzić, że zrobiło to wrażenie. Ks. W. Branny należał do odważnych kapłanów i wiernych Kościołowi. Nawet u tych, którzy za nim nie przepadali, zdobył szacunek.

Był taki dzień, gdy spieszył z wiatykiem do osoby chorej. W drodze poprzedzał go ministrant. Jak to było pielęgnowane w katolickiej tradycji, napotykani parafianie klękali, lecz już nie wszyscy. W miejscu, gdzie ulica Żyglińska dochodzi do szosy woźnickiej, nazywanym mamlasplacem (było to naroże domu p. Cebulów), zgromadzona tam młodzież, odwróciła się plecami do przechodzącego z wiatykiem kapłana udając, że niczego nie widzi. Ks. proboszcz wracając od chorego zmienił nieco drogę powrotu, podszedł do chłopców, popatrzył na każdego uważnie i odszedł. Podczas niedzielnego kazania opowiedział o całości tego zdarzenia, mówiąc m.in.: „podszedłem do nich, aby się przekonać czy to ci sami, których uczyłem katechizmu. Tak, wszystkich rozpoznałem”.

Czciciel NMP z Częstochowy. Ks. prob. Władysław dał się poznać jako gorliwy czciciel Najświętszej Marii Panny i to nie tylko naszej parafialnej patronki, lecz i w miejscach Jej obecności poza nią. Nie szczędził fizycznego trudu pielgrzymując do Jej częstochowskiego wizerunku wraz z wiernymi. A po przeżyciach w niemieckim obozie Dachau nie był już okazem zdrowia. Zakupił obraz NMP z Częstochowy, z ofiar złożonych przez parafian.

Został on umieszczony w czwartym ołtarzu, na północnej ścianie drewnianego kościółka. Był on szczególną radością dla strudzonych już wiekiem, miejscowych, częstochowskich pielgrzymów, którzy teraz mogli się w swojej pobożności Świętej Panience w ich kościółku pokłonić. Nikt chyba wtenczas nie pomyślał, że ten niewielki św. Wizerunek i Jego adoracja wstrząśnie Mocami Ciemności, bo czy skądinnąd, jak tylko z piekła rodem, mogła pochodzić inspiracja Jego profanacji.

Parafia Miotek.Ks. Władysław nabył w niedalekim Miotku mały, mający już swoje lata domek. Nie było tajemnicą, że środki na zakup były rekompensatą za doświadczenia medyczne wykonywane na nim w obozie w Dachau. Zamierzał na jego poddaszu zamieszkać, gdy przejdzie w stan spoczynku, ale już wcześniej zamieszkał w nim jego brat, który po śmierci został pochowany na miotkowskim parafialnym cmentarzu.Ta zamieszkała z początku budowla w całości była przeznaczona dla sióstr klasztornych, co też nastąpiło.

Dwóch moich kolegów z ławy szkolnej: Piegza Alfons i Darmas Joachim, podjęło się doprowadzenia pomieszczeń poddasza tego budynku do użytku, bezpłatnie. Pod wieczór, w którym zakończono prace remontowe, przybyli do domu parafialnego, aby zdać ks. Władysławowi relację z postępu prac. A był to już późny wieczór 23 czerwca 1979 roku; opowiedzieli o tym jak im poszło, co zrobili. Porozmawiał z nimi krótko i pożegnał ich, zaś oni po spożyciu kolacji wrócili do domów. W taki to sposób rozstali się dwaj nasi klasowi przyjaciele z naszym zacnym ks. Władysławym, który w następnym dniu spokojnie i w cichości oddał ducha Panu Bogu. (Zob. więcej o ks. W.Brannym: Ks. H.Jeziorski. Dekanat Żygliński. Diecezja Żyglińska. Bytom-Sucha Góra 1995; A. Famuła. Miasteczko Śląskie. Parafia i kościół Wniebowzięcia NMP. Miasteczko...1998).

Dalsze losy działki przykarczemnej. Wróćmy jednak do sprawy działki ogrodowej. Na początku XIX stulecia przypomniano ponownie obowiązujące pruskie zarządzenie o tym, aby w czasie prowadzonego w kościele nabożeństwa zachować na zewnątrz spokój; w karczmach nie wolno było szynkować piwa, alkoholu. Kto zarządzenie naruszył był karany grzywną, a kto zakłócenie spokoju zauważył miał obowiązek powiadomić o tym władze. To tylko przykładowo wymienione zakazy.

W 1900 roku sąd ławniczy w Królewskiej Hucie wydał wyrok na nadinspektora Hilschnera i parobka Ochmana, obaj z Szombierek. Na pierwszego nałożono karę pieniężna w wysokości 5 mk, a na drugiego jedną markę. Hilscher kazał bowiem w święto i w niedzielę zawieść mleko do Królewskiej Huty, aby je tam rozdzielić pomiędzy odbiorców. Sąd uznał to za pracę publiczną i hałaśliwą, których w dni świąteczne nie należy wykonywać. Ukarani odwołali się do Izby Karnej w Bytomiu, lecz sąd zażalenie oddalił i obciążył ich kosztami postępownia odwoławczego.

W 1907 roku w niedalekim Zabrzu na osobę zajmującą się handlem została nałożona grzywna pieniężna z tego powodu, że w niedzielę po południu, podczas nabożeństwa w kościele sprzedała kilka butelek piwa. Ukarany grzywną odwołał się do sądu, Podczas procesu okazało się, że piwo zostało kupione przez osobę z tego samego domu, w którym był skład handlowy, do której niespodziewanie przybyli goście. Sąd zwolnił żalącego się z obowiązku zapłaty, ponieważ, jak uzasadniał: była to tylko grzeczność wyświadczona sąsiadowi i nie stanowiło to naruszenia przepisów procederowych. I chociaż tym razem sąd dopatrzył się zasadności zażalenia, to nie zawsze sprzedawca piwa mógł na to liczyć. Jak łatwo zauważyć spokój niedzielny obowiązywał przed stuleciem i to w konstytucyjnej monarchii, a więc nie wydarzyło się to w wyszydzanym średniowieczu.

Ówczesna rada parafialna wraz z ks. Władysławem zastanawiała się nad tym, co zrobić z tym niestosownym sąsiedztwem; festynami i pijaństwem. Należało zneutralizować ogród, bo nikt nie rozważał z oczywistych powodów przeniesienia murowanego kościoła w inne miejsce. Jedynym wyjściem byłoby jej nabycie. Lecz jej zakup na rzecz parafii, w okresie kolejnego tym razem czerwonego Kulturkampfu, nie był wówczas możliwy. Każda świecka osoba mogła ją kupić byle tylko miała wystarczające na to środki, a katolicki kupiec byłby najmilej widziany, ponieważ to potencjalny gwarant zachowania chrześcijańskiego ładu, który jest zgodny z rozumem i podległy wolnej woli.

Zakup działki przykarczemnej. Dość nieoczekiwanie działka ogrodowa została zakupiona. Okazało się, że nabywcą był Bonifacy Sobański, stateczny mieszkaniec naszego miasta, mający w swoim życiorysie udział w powstaniach śląskich (zweryfikowany). We wrześniu 1945 roku został wybrany na jednego z dwóch członków zastępczych zarządu miasta, których w nawiązaniu do wcześniejszej tradycji nazywano zamiennie: ławnikami lub radcami. Od 25 kwietnia 1946 roku pełnił funkcję komisarycznego burmistrza (w rzeczywistości naczelnika gminy wiejskiej) i to aż do 5 sierpnia tego roku, z tym bowiem dniem Miasteczko weszło w skład gminy zbiorczej, a w nowym gminnym ustroju powierzono mu pełnienia funkcji z-cy wójta.

Zakup działki ogrodowej był wydarzeniem, którym zaspane miasteczko zaczęło żyć. Mówiono otwarcie, chociaż szeptem, że kupiono ogród za środki parafialne. To przekonanie, wtenczas prawie powszechne brało się stąd, ponieważ B. Sobański był przewodniczącym rady parafialnej i znał wraz z pozostałymi radnymi przedstawioną bolącą rzeczywistość. Przekonania o zakupie działki ogrodowej na rzecz parafii jest zdumiewająco silne. Bo gdyby dzisiaj zapytać starszych, miejscowych mieszkańców o to, kto był stojącym w cieniu sponsorem tego zakupu, to w dużej mierze można się spodziewać odpowiedzi jednoznacznej: ks. Władysław. Zakup działki ogrodowej na rzecz parafii w ten okrężny sposób stanowił wtenczas jedyną możliwość jej nabycia.

Ówcześni mieszkańcy. Gdy byłem podrostkiem, to w naszym mieszkaniu zbierali się koledzy i przyjaciele naszego ojca, aby popolitykować. Lokowałem się wtedy pod krzesłem, na którym siedział ojciec i słuchałem, a prowadzili ciekawie rozmowy: o tym, co usłyszeli w radiu Wolna Europa, w Londynie, o Bierucie, o ks. prymasie Stefanie Wyszyńskim, Berii i o Miasteczku i itp.; ze względu na mój wiek nie wiele z tego rozumiałem i zapamiętałem. Wspominam o tym dlatego, ponieważ podczas jednej z rozmów ojciec wskazał na mnie palcem i powiedział: tacy jak łon to uwierzom wto, co stoi w gazytach.

Nie można bowiem mieszkańcom naszego miasta postawić zarzutu nierozumienia ówczesnej rzeczywistości. Doświadczyli totalitaryzmu wojennego, a także posmakowali już powojennego porządku i to na tyle, że znali granice lojalności, aby nie stała się naiwnością. To dlatego przekonania parafian nie zmienił nawet akt notarialny, stwierdzający tożsamość nabywcy ponad wszelką wątpliwość.

Nowy właściciel działki, której powierzchnia wynosiła prawie 7,5 arów, tak rozporządzał nieruchomością, że od czasu, gdy stał się jej właścicielem żadne festyny i pijaństwa nie miały miejsca w ogrodzie; cel został osiągnięty. Żadnych inwestycji, jak i upraw ogrodniczych na jej terenie nie prowadzono, a jedyną aktywność przejawiała natura poprzez samosiejki. Brama wejściowa do ogrodu znajdowała się w opłakanym stanie, by dalej mogła spełniać swoją funkcję została obandażowana drutem kolczastym.

Zapewnie wbrew woli właściciela ogrodu korzystaliśmy z niego dla przeróżnych figlów i zabaw, pomimo wymyślnych utrudnień z wejściem na ten zakazany teren.

Właściciel regularnie opłacał podatki za nabytą nieruchomość, a po jego śmierci czynili to jego następcy. Bonifacy miał trzech synów: Remigiusza, Dionizego i Benedykta; ks. prof. Remigiusz Sobański to pracownik naukowy z uznanym dorobkiem. Jako pierwszemu w dziejach naszego miasta przyznano mu tytuł Honorowego Obywatela; zmarł 11 grudnia 2010 roku. Wydawało się, że zostanie pochowany przy ks. T. Christopfie i w otoczeniu innych kapłanów, stało się inaczej, pogrzebano go nie u nas, ale w Katowicach.

Starszy brat mi opowiadał, że będąc na parafialnym cmentarzu, nie pamiętam z jakiej okazji, znalazł się w bliskości ks. prob. Labego, do którego zwrócił się z pytaniem ks. prof. Remigiusz:” ks. proboszczu, a znajdzie się tutaj na cmentarzu miejsce dla mnie? „ Odpowiedź była jednoznaczna:” dla ks. profesora zawsze, ale proszę się jeszcze nie spieszyć z pogrzebem”.

W dniu 27 grudnia 1984 roku zawarta została warunkowa umowa darowizny, wspomnianej działki, na rzecz Rzymsko-Katolickiej Parafii w Miasteczku Śląskim. Dokument określający warunek został załączony do akt księgi wieczystej. Treść warunku znana była darczyńcom i obdarowanemu. My zaś możemy się domyślać na podstawie tego, co później nastąpiło, iż był on jasno określony: parafia otrzyma działkę na własność jeśli zostanie ona przeznaczona na zbożny cel.

W dniu 29 lipca 1993 r. ks. prob. Paweł Laby zwrócił się z prośbą do Wydziału Zagospodarowania Przestrzennego w Urzędzie Miejskim w Tarnowskich Górach o zatwierdzenie projektu budowy sanktuarium MB Bolesnej. Prośbę o zatwierdzenie planu zagospodarowania działki pod budowę tego sanktuarium opatrzono datą 17 sierpnia 1993 roku. Zaś decyzja zatwierdzająca plan budowy i zgoda na rozpoczęcie prac budowlanych wydana została 18 sierpnia 1993 roku.

Lecz już znacznie wcześniej, zanim zapadła ostateczna urzędowa decyzja wyrażająca zgodę na rozpoczęcie prac budowlanych sporządzona została, w dniu 7 maja 1993 roku, umowa przeniesienia własności pomiędzy synami Bonifacego Sobańskiego a Rzymsko-Katolicką Parafią p.w. Wniebowzięcia NMP w Miasteczku Śląskim. Przeniesienie własności stało się możliwe, ponieważ został spełniony warunek: nieruchomość została przeznaczona na zbożny cel, który, tak można sądzić, przed wieloma laty został określony przez przewidującego ks. prob. Władysława Brannego i radę parafialną.

kaplica

Kaplica pw. NMP Siedmiobolesnej zbudowana na działce, nabytej okrężną drogą w czasach PRL-u.

Autorem projektu budowy sanktuarium MB Bolesnej był mgr inż. arch. Zygmunt Szyma z Tarnowskich Gór we współpracy z mgr inż. Ryszardem Kocikiem z Miasteczka Śląskiego i Waldemarem Siwcem także z naszego miasta.

Źródła: Miejscowe Archiwum Parafialne; L.Musioł. Z przeszłości kościelnej Miasteczka APM; Amtsblatt der Königlichen Regierung zu Oppeln 1816; "Słownik Biograficzny Katolickiego Duchowieństwa Śląskiego XIX i XX wieku". Pod Red. M. Patera; Korespondencje z gazet polskojęzycznych.

Przekazy i wspomnienia: Alfons Piegza. Achim Darmas. Jan Report. Janek Pękaty. Przekazy rodzinne.

 



Autor artykułu : Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com