Pamiętnik.Książka ta jest przede wszystkim pamiętnikiem przeżyć osobistych z wojny światowej. Uważałem również za celowe streszczać w toku opowiadania krótki zarys wypadków natury strategicznej, rozgrywajacy się na szerszym teatrze operacji wojennych; to wprowadzenie autora pamiętnika "Burzy Dziejowej".
Starałem się ją pisać możliwie bezstronnie, z konieczności jednak zajmuję w niej dużo miejsca: dowodziłem w ciągu całej wojny jednostkami wyższymi, tworzącymi odrębny, autonomiczny organizm; kierowały nimi rozkazy wydawane z góry, nie wkraczały one zasadniczo w sposób ich wykonania, w życie wewnętrzne jednostek; byłem więc rodzajem słońca, dokoła którego obracały się różne planety i księżyce. Naturalnie cały ten mój system planetarny w porównaniu z ogromem rozgrywających się wypadków był tylko drobnoustrojem, który rzadko mógł wywrzeć poważny wpływ na przebieg dużych operacji.
Uważałem również za celowe streszczać w toku opowiadania krótki zarys wypadków natury strategicznej, rozgrywający się na szerszym teatrze operacji wojennych, - ułatwi to czytelnikowi ogólną orientację; oparłem te ustępy na materiale źródłowym, dostarczanym mi wielokrotnie przez kolegów, zajmujących w kierownictwie wysokie stanowiska; wypadkom tym dawałem nawet pewną ocenę, do której mnie upoważnia przygotowanie fachowe i długoletnia praca w rosyjskim sztabie generalnym.
W pamiętniku mym mogą się wydawać dziwne niejednemu z czytelników ustępy, dotyczące mego odczuwania muzyki lub nastrojów natury, nie mające właściwie rzeczowego związku z akcją wojenną. Czynniki te wywierały jednak stale poważny wpływ na moje usposobienie psychiczne, musiały zatem zaważyć na przebiegu wypadków, którymi kierowałem. Obcowanie z muzyką, z naturą było naturalnym odruchem duszy samotnego człowieka, zmęczonej grozą przeżywanego dramatu, szukającej w chwili rozterki ratunku w dziedzinie sztuki a bardziej jeszcze u matki przyrody. Podanie o synu ziemi, Anteuszu, odzyskującym nadwątlone walką siły na łonie rodzicielki – natury, zawiera głęboką myśl... Autor.

Eugeniusz de Henning - Michaelis w mundurze gen. por. III Korpusu Wojska Polskiego. Autor fot. A. Masłowski, źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe. Pobrano z Wikimedia.
"Rodzina de Michaelisów wywodzi się z północnej Szwecji, skąd na początku XVIII wieku przeniosła się do Kurlandii, a następnie pod koniec tego samego stulecia - do powiatu krzemienieckiego na Wołyniu. Eugeniusz de Henning-Michaelis (ur. się 29 grudnia 1863 roku w Twierdzy Modlin, zginął 14 września 1939 roku w Sinołęce) - gen. lejtnant armii Imperium Rosyjskiego oraz gen. dywizji Wojska Polskiego i v-ce minister spraw wojskowych", za Wikimedia.
Zamach w Sarajewie. 23 czerwca r. 1914 został zabity w Sarajewie arcyksiążę austriacki, Franciszek Ferdynand; morderca, Serb Princip, zbiegł ze wspólnikami do Serbii; zabójstwo to wywołało w Austrii ogromne wzburzenie, opinia publiczna żądała wydania morderców i złożenia gwarancji, zpobiegających dalszej propagandzie panserbskiej na ziemiach Austro-Węgier.
Dla każdego uważnego obseratora życia było rzeczą jasną, że sprzeczności interesów ekonomicznych i politycznych rozbiły Europę na dwie duże, rywalizujące z sobą grupy, większość mocarstw przypuszczała jednak, że jeszcze tym razem zatarg skończy się na notach dyplomatycznych i jakimś kompromisie; przecież w kotle bałkańskim gotowało się stale od lat kilkunastu, a do wybuchu wojny jednak nie doszło.
Gdy byłem komendantem twierdzy w Dęblinie. W tym czasie zajmowałem stanowisko komendanta twierdzy Dęblina (Iwanogrodu), którą od roku 1910 likwidowano zwolna, jednocześnie pełniłem obowiązki dowódcy brygady 18 dyw. piechoty, kwaterującej częściowo w Dęblinie; zamiar likwidacji twierdzy upadł jednak w początku roku 1914, i szab generalny postanowił ją przebudować, jako „tete de pont”, według planu przeze mnie zaprojektowanego. Jego wykonanie miałem rozpocząć natychmiast.
W początku lipca jeździłem z grupą generałów sztabu generalnego w Łomżyńskie; chcieliśmy sprawdzić szanse czynnej obrony linii Narwi pomiędzy Osowcem a Ostrołęką. Podczas odpoczynku w Kolnie zaproponował ktoś przejażdżkę do Nejdenburga na piwo; na komorze rosyjskiej nie robiono nam żadnej trudności, uprzedzono jednak, że od kilkunastu dni Niemcy puszczają na swoją stronę niechętnie. Ukazanie się czterech generałów rosyjskich w uniformach zrobiło na żandarmie niemieckim widoczne wrażenie; wysłuchał nas z oznakami służbowego szacunku, zameldował, że przeszkód naturalnie nie będzie, ale uważał za konieczne ze względu na nasze szarże zatelefonować do landrata. Ponieważ pociąg odchodził dopiero za godzinę, postanowiliśmy czekać. Po chwili powiedziano nam, że niestety landrat wyjechał, a zastępca gdzieś wyszedł; minęła jedna godzina, zajechał pociąg. Nejdenburg wciąż jednak milczał. Ponowiłem więc raz jeszcze przedłożyć naszą prośbę, uprzedzając, że w razie nie otrzymania odpowiedzi, siadamy do pociągu bez przepustki. W parę minut odpowiedź nadeszła: „Landrat żałuje bardzo, ale nie może pozwolić na przejazd rosyjskich generałów do miasta.”
Niemcy mają tajemnice. Wróciliśmy jak niepyszni do Kolna, komentując powody przypuszczalne zakazu; każdy z nas przekraczał wielokrotnie w mundurze granicę niemiecką dla zwiedzenia pogranicznych miast i nigdy nie doświadczył żadnych przeszkód; przypuszczaliśmy więc, że Niemcy przygotowują coś w dziedzinie wojskowej w związku z niepokojącą sytuacją międzynarodową, czego nam nie chcą pokazać. W Warszawie zbagatelizowano jednak nasze przypuszczenia, nikt nie oczekiwał nadciągającej burzy.
Francusko rosyjskie przymierze. Lato mieliśmy śliczne, urodzaje zapowiadały się doskonale, rozkwit natury zdawał się nawoływać do beztroski i radości bytowania, chwytano więc chciwie wszelkie oznaki pokojowego załatwienia konfliktu. Wyjazd cesarza z rodziną, wizyta prezydenta Francji Poincarego w Petersburgu, zdawały się wskazywać na pewne uspokojenie.
Zarzewie Wielkiej Wojny. 25 lipca wyjechałem powtórnie do Modlina na naradę komendantów; po drodze wpadłem do Warszawy. Gdym jechał ze stacji, minęło mnie kolejno w automobilach dwóch generałów, każdy z nich sygnalizował mi coś ręką. Zatrzymałem się więc w sztabie okręgu, dla wyjaśnienia sytuacji. Sekretarz trochę przestraszony zameldował, że Austria wysłała Serbii ostre ultimatum z dwudniowym terminem, a z Petersburga nadszedł rozkaz dokonania wstępnych przygotowań do mobilizacji. Narada w Modlinie została zatem odwołana, do Dęblina wyjechał kurier z instrukcjami.
Przejrzałem pisma: ultimatum było nie do przyjęcia, upokarzało Serbię tonem i treścią, zapowiadało wojnę w razie, gdyby żądania austriackie zostały odrzucone; nie można było się łudzić, zawierucha wojenna zdawała się nieuniknioną.
Wróciłem więc natychmiast do Dęblina. Czekał tu na mnie tajny rozkaz, wprowadzający okres przedmobilizacyjny: pułki miały wracać z letnich obozów na zimowe kwatery, urlopowanych wezwano do oddziałów, zapasy mobilizacyjne, sprawność taborów miały być sprawdzone, ochrona zakładów wzmocniona. Nie znalazłem jednak ani słowa co do samej twierdzy, której zmobilizować wobec dużego postępu rozbrojenia nie mogłem; wydałem podkomendnym odpowiednie polecenia i zawiesiłem jednocześnie wszystkie roboty przy budowie; o bojowym stanie twierdzy wysłałem tej samej nocy do Warszawy raport, prosząc o instrukcje.
Nazajutrz wieczorem żandarm przywiózł z Warszawy tajną pocztę, w której znalazłem odpis komunikatu rządowego: „rząd jest poważnie zaniepokojony zaszłymi wypadkami i wysłaniem przez Austrię ultimatum, śledzi więc bacznie rozwój konfliktu, wobec którego Rosja nie może zostać obojętną”.
Jednocześnie nadeszły pisma poranne, naszpikowane wprost telegramami coraz to bardziej alarmującymi. Zwracała uwagę różnica w tonie prasy: polska, rosyjska i francuska wyglądały z utęsknieniem wieści spokojniejszych, austriacka i niemiecka przemawiały butnie, zaczepnie: „Serbia musi wypełnić żądania Austrii lub zginąć...”, „Niemcy bez wahania wypełnią swój obowiązek sprzymierzeńczy...”
27 lipca przeczytałem, że posłowie Austrii i Serbii zostali odwołani, w stolicach zainscenizowano manifestacje patriotyczne, Austria zaś ogłosiła mobilizację; widoczne było, że ta wagnerowska „unendliche Melodie” zbliża się do decydującego akordu.
Akord ten odezwał się dnia następnego. Niemcy odrzuciły angielską propozycję pośrednictwa, „ pozostawiając wypadkom bieg normalny”. Austria wypowiedziała wojnę Serbii, nad Driną rozpoczęły się krwawe zapasy. Nie wątpiłem na chwilę, że wkrótce wezmą w nich udział Niemcy i Rosja, wtedy główne konto zapłaci Polska: przez ziemie nasze będą się przewalały olbrzymie fale ludzkie, niosące zagładę polskiej kulturze, a synowie Polski, wcieleni do armii zwalczających się, będą zmuszeni do przelewania krwi bratniej. Myśli te wydawały się tak bolesne, że próbowałem „contra spem sperare”, łudzić się, że społeczeństwa europejskie cofną się jednak przed widmem ciężkiej zawieruchy wojennej,
W ciągu dnia, póki trwała praca, dawałem sobie radę z nurtujacym mnie niepokojem, gdy jednak pod wieczór wracałem do domu, nie mogłem sobie znaleść miejsca, czekając z wewnętrzną trwogą na pocztę warszawską i codziennego od paru dni żandarma „z pakietem”. Ale starałem się ukryć przed żoną troskę, „robiłem spokojną twarz”,, bo czułem często utkwione we mnie jej badawcze spojrzenie.
29 lipca jednocześnie z bombardowaniem przez Austriaków Białogrodu rząd niemiecki zapytał Rosję i Francję, co znaczy rozpoczęta w tych państwach mobilizacja, i uprzedził, że w razie otrzymania niezadowalającej odpowiedzi zarządzi u siebie ogólną mobilizację; pytanie to było wprost bezczelne. Rosja nie powołała dotąd z rezerwy ani jednego żołnierza, a powszechnie było wiadomo, że niemiecka mobilizacja wojskowa, zarządzona na mocy tajnych rozkazów, jest w pełnym biegu.
30 lipca prezydent Poincare wrócił do Francji, tegoż dnia ogłosił rząd rosyjski częściową mobilizację, skierowaną przeciw Austrii.
Losy rodzin wojskowych w czasie wojny. Nadeszła chwila, że należało pomyśleć o losie rodziny. Pojechała więc do Warszawy żona. W sztabie uspokojono ją, zaznaczając, że sytuacja jest bardzo poważna, ale nie beznadziejna, a w parę godzin później zawiadomił ją telefonicznie sekretarz sztabu: „Niemcy zajęli Kalisz i faktycznie wojna już się rozpoczęła”. Rano zatem, 30 –go lipca, sztab okręgu warszawskiego łudził się jeszcze i nie był poinformowany o tym, co się o miedzę od niego dzieje; ja zaś dowiedziałem się o sytuacji przede wszystkim od żony po jej powrocie, a wieczorem dopiero wręczył mi urzędnik pocztowy telegram z Najwyższym rozkazem o mobilizacji ogólnej.
Zwyczajne przygotowania i zabiegi wojenne, Zebrałem natychmiast starszyznę i wydałem odpowiednie rozkazy; zauważyłem, że twarze u wszystkich bardzo się wyciągnęły, zresztą i ja nie musiałem zbyt tryumfująco wyglądać; nieuświadomienie sztabu okręgu co do sytuacji, brak dyrektyw, określających losy Dęblina wskazywały wyraźnie, że okręg nie jest przygotowany pod względem ogólnej mobilizacji, należało więc oczekiwać improwizacji, czyli chaosu.
Nazajutrz rano wyjechała moja rodzina. Stosownie do ogólnych dyrektyw musiałem ją wysłać poza linię Dniepru i wybrałem jako lokum Teodozję na Krymie, z dala od zgiełku wojennego; po drodze miała się żona zatrzymać w Kijowie.
W twierdzy zapanował ogromny ruch. Postanowiłem nie czekać na żadne istrukcje i przygotować Dęblin do obrony w granicach posiadanych środków. Inżynieria rozpoczęła, stosownie do zatwierdzonego przeze mnie planu, umacnianie pozycji czołowych na lewym brzegu Wisły; wsie okoliczne dostarczały robotnika do pracy obowiązkowej, ale dobrze płatnej; forty odpowiednie doprowadzono do stanu obronnego, zbudowano dla załogi schrony, zabezpieczające od bombardowania (użyłem do tego szyn kolejowych, wzięte „juro caduco” ze składów przy torze), i takiż schron przygotowywała inżynieria i dla komendanta twierdzy ze sztabem za linia fortów; kable telefoniczne przeniesiono pod ziemię, powyżej mostu kolejowego przez Wisłę urządzono estakady dla zatrzymywania branderów, za linią fortów wybudowano szereg stanowisk dla ciężkich baterii, uzbrajając je posiadanymi w tajnych składach działami.
W zakresie życia wewnętrznego wydałem zakaz używania trunków wyskokowych, a dla pewności kazałem zwieść całość alkoholu, znajdujący się w twierdzy, nad Wisłą, gdzie go zniszczono w obecności delegowanego oficera sztabu. Kazałem również opuścić twierdzę w ciągu dwudziestu czterech godzin wszystkim kobietom wraz z dziećmi, z wyjątkiem tych, które zgodziły się pracować w szpitalach. Rozporządzenia te wykonano z dużą niechęcią, ale w terminie nakazanym. Do służby sanitarnej zgłosiły się tylko dwie panie.
Praca w twierdzy wzrastała z dniem każdym, garnizon zwiekszał się szybko; musiałem również żywić oddziały, przejeżdżające koleją, które miały w Dęblinie punkt żywnościowy; nic nie było zawczasu przewidziane, a zarząd mej intendentury składał się z jednego urzędnika, zupełnie nieprzygotowanego do roli intendenta twierdzy; miałem więc olbrzymi klopot z dostarczeniem oddziałom żywności; musiałem naprędce budować piece do wypieku chleba, urządzic rzeźnię, kupować mąkę, bydło, zdobywać herbatę i cukier; bez Żydów z m. Ireny nie dałbym sobie chyba rady.
W dwa dni po ogłoszeniu mobilizacji poczęły ciągnąć z Kieleckiego stadka władz cywilnych, ewakuowanych do Rosji; wieźli oni z sobą ogromne skarby archiwalne, grube „dzieła”, które na mocy otrzymanych rozkazów mieli pozostawić w twierdzy. Nie miałem pod tym względem żadnej instrukcji, pozwalałem więc im składać tę makulaturę w pustych kazamatach, zaznaczając, że nie odpowiadam za jej całość i nie wydam żadnego kwitu; byłem zresztą pewny, że całe to paskudztwo zginie w ciągu wojny bez śladu i krzywdy dla ludności polskiej. Miejscowe władze powiatowe zapodziały się gdzieś na razie, kazałem je więc terminowo odnaleść i przedstawić mi.
Mianowanie naczelnego wodza wojska Imperium Rosji. 3 sierpnia został mianowany naczelnym wodzem w. ks. Mikołaj. Był to dobry wybór; książę człowiek poważny, posiadał wyższe wykształcenie, chociaż wojennego przygotowania nie miał; Prusaków nie lubił, z cesarzową był w złych stosunkach.
Żądania Niemiec wobec Belgii. Niemcy zażądali od Belgii ultimatywnie zgody na przemarsz swej armii przez jej terytorium. Król Albert odrzucił bezwzględnie to beszczelne żądanie. Nie będą jednak Niemcy liczyli się z oporem i zgwałcą poręczoną przez nich samych neutralność Belgów, by ominąć starannie przygotowaną do obrony wschodnią granicę Francji; tego wymaga bismarkowska „Faust-recht”.
Troski i spekulacje w okresie stanu przedwojennego, Wobec ewakuacji południowej części Królestwa, zakazałem wywozu w Kieleckie i Radomskie wszelkich produktów rolnych. Nazajutrz po zakazie zatrzymano przy kontroli ruchu towarowego na stacji wagon z trójka koni, wywożony w Kieleckie na jakąś „wystawę”; obejrzałem konie: były wartości pierwszorzędnej – ogier angloarab lat pięciu i dwie klacze hunterki; dokumenty przewozowe były niewyraźne, a stangret, który je wiózł, dawał bałamutne wyjaśnienia. Kazałem więc konie skonfiskować na rzecz skarbu i zawiadomić o tym najbliższą komisję mobilizacyjną z zaznaczeniem, ze ogiera zabieram sobie na poczet należnych mi rekwizycji, a hunterki oddaję oficerom mego sztabu.
Tegoż dnia spróbowałem ogiera pod siodłem: niósł lekko, przeszkody brał z ogromną łatwością, ale był zły, słabo ujeżdżony, coraz to stawał dęba, starając się mnie zrzucić, szedł trawersami, wierzgał, zmęczył więc mnie porządnie. W dwa dni później przyjechał do mnie właściciel tych koni, p. Matuszewski, o zupełnie niepolskiej twarzy, i prosił o zwrot koni, nie mógł jednak wytłumaczyć, po co je wywozi w Kieleckie. Odmówiłem mu więc, ale nazajutrz nadszedł telegram urzędowy od p. Stolpego, zajmującego poważne stanowisko w zarządzie stadnin rządowych, że konie te są własnością rządową. Kazałem więc je zwrócić, chociaż w umyśle mym sprawa wydawała się wciąż niejasna: w dokumentach przewozowych rządowe pochodzenie koni nie było zaznaczone, nie wspominał o tym równiez nic ów p. Matuszewski, przeciwnie, zaznaczał, że to jego jedyny majątek, bez wytłumaczenia, czemu konie wieziono na spotkanie austriackiej armii. Nie miałem jednak czasu na dalsze prawowanie się
Jeździłem często na roboty ziemne: postępowały one szybko, ale spędzano trzy razy więcej ludzi niż potrzeba; jeden przeszkadzał drugiemu. W dzienniku robot wykryłem wkrótce duże odchylenia i zawsze na szkodę skarbu; naturalnie wypadło szefowi inżynierów, gen. Popowowi, wysłuchać parę cierpkich uwag.
Wracałem zwykle przez pola „pozłacane pszenicą, posrebrzane żytem”; zbiory dojrzały już, żniwa zapowiadały się doskonale, nie sądzone było jednak ludziom zebrać plonu całorocznej pracy, łany stratowane były kopytami końskimi, żołnierskimi butami, przeorane ciężkimi kołami dział fortecznych. A przecież to dopiero preludium...
Pierwsze zdobycze wojenne. 5 sierpnia otrzymałem urzędowe potwierdzenie, że Niemcy zajęli bez walki Kalisz i Częstochowę, ale nie posuwają się w głąb kraju. Miałem wrażenie, że zastosują oni w pierwszym okresie wojny na froncie rosyjskim strategię obronną, by, wyzyskując bardziej przewlekłą mobilizację armii rosyjskiej, rozprawić się naprzód z Francją. Plan ten wydał mi się bardzo mądry. Celowo również przenosili oni nawet obronną akcję na terytorium nieprzyjacielskie (należy w każdym razie chronić od zniszczenia nawet najmniejszy skrawek własnej ziemi, chociażby tylko ze wzgledów natury moralnej). Kwaterujące w czasie pokoju na lewym brzegu Wisły dwie brygady strzeleckie, cofnęły się po zmobilizowaniu ku Wiśle; jasne było, że armia rosyjska nie zamierza bronić zachodnio-południowej części Królestwa.
Wzrost napięcia pomiędzy Niemcami a Anglią. Wieczorem nadszedł telegram: Anglia zażądała ultimatywnie od Niemiec uszanowania neutralności Belgii, Niemcy zaś odmówiły i otrzymały wypowiedzenie wojny. Włochy ogłosiły swą neutralność. Wiadomości te były dla sojuszu francusko-rosyjskiego nader pomyślne: przybywał jeden sojusznik, a o jednego wroga mniej. W każdym razie walka będzie przewlekła. Niemcy przygotowały się do wojny gruntownie i biją się dobrze, a wiadomo, że osaczona dzika bestia walczy rozpaczliwie aż do zupełnego obezwładnienia.
Neutralność Włoch i tego skutki. Zadeklarowana neutralność Włoch skróciła front bojowy armii francuskiej o sto przeszło kilometrów, uczyniła poważny wyłom w planie operacyjnym mocarstw centralnych, opracowanym zawczasu; musi on więc być zmieniony i to w najkrótszym czasie, co wywoła improwizację doraźną i utrudni harmonijne i szybkie wykonanie zamierzonych operacji.
Austria wypowiada wojnę Rosji. W nocy obudzono mnie telegramem, że Austria wypowiedziała wojnę Rosji, skończył się więc i na tym froncie okres niepewności. Z tej strony poczuję wojnę prędko: w Kieleckiem przesłania front tylko 14 dywizja jazdy; dowodzi nią gen. Nowikow, mój kolega z Akademii, zdolny, inteligentny generał, nie posiadający jednak odpowiedniej energii i inicjatywy.
Wojska autriackie w Małopolsce. Zdaje się, że z Galicji wkroczyły w Kieleckie dwie dywizje jazdy austriackiej, gros jednej było wczoraj w Opatowie, drugiej w Kielcach; sa to podobno polskie organizacje strzeleckie z Małopolski. Co za dziwny polsko-habsburski patriotyzm! Za to ludność nasza w Królestwie okazuje dużo rozwagi: inteligencja z Kielc i Radomia wysłała, podobno, młodzież dorastającą do Rosji, by ją uchronić od agitacji czynników zakordonowych; z drugiej strony mało mnie zachwycają hymny uwielbienia, głoszone przez rosyjskie władze pod adresem ludności polskiej za jej takt i spokojną lojalność; przecie jasne jest, że nie mogą tu grać najmniejszej roli nie istniejące uczucia przywiązania dla najeźdźcy wschodniego. Spokojna pełna rezerwy postawa społeczeństwa polskiego jest wyłącznie aktem rozsądku i zrozumienia, kto dla Polski jest najbardziej niebezpiecznym wrogiem.
Polacy w wojsku rosyjskim. Otrzymałem rozkaz wysłania pułku tulskiego i 2 baterii w Radomskie, jako replis jazdy gen. Nowikowa; W zamian zaczęto organizowac w Dęblinie 75 dywizję piechoty drugiego powołania; jej dowódcą mianowano gen. Stegelmanna, inżyniera wojskowego, fantastę panslawistycznego, zresztą bardzo porządnego człowieka. Dywizję kompletowano zapasowymi z rejonu Dęblina, miała ona zatem poza kadrą rosyjską zupełnie polski skład żołnierza. Dla organizacji posług religijnych zaprosiłem do siebie okolicznych księży i zauważyłem, że byli oni nieco zażenowani, gdy Stegelmann, bardzo przychylny Polakom, całował ich przy powitaniu w rękę. Mszę św. odprawiano w pułkach codziennie, a wieczorem rozbrzmiewała cała okolica religijną pieśnią polską; słuchałem jej zawsze z sercem ściśniętym, przecie nad obozami tymi unosiło się już widmo śmierci a nad całą niziną zapowiedź zniszczenia dorobku pracy polskiej.
Bywając codziennie na nabożeństwie, zauważyłem wśród żołnierzy duże przygnębienie: modlili się żarliwie na klęczkach, spowiadali z dużym skupieniem, ale odchodzili od ołtarza po komunii z twarzami ciężko zatroskanymi; trudno się było im dziwić, powołano ich do wojska pod przymusem, kazano porzucić rodziny i chaty, zabierano na wojnę w sprawie obcej im Rosji.
Pod wieczór ściągały codziennie do obozów całe tabory z rodzinami żołnierzy; wyprzęgano z wozów konie, rozkładano ogniska, warzono przywiezione zapasy; na pierwszy rzut oka robiło to wrażenie taboru przesiedleńców, brakło tu jednak zwykłego rojowiskom ludzkim ożywienia, śmiechu lub piosnki wesołej; gwarzono między sobą po cichu, twarze wciąż były smutne. Jako dowódca patrzyłem na te odwiedziny z pewną niechęcią: żołnierze stawali się grupą mazgajów; zakazu jednak żadnego nie wydałem, byli to przecież rodacy, ofiary krzywdy dziejowej.
Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. E. de Henning-Michaelis. „Burza Dziejowa”; https://pl.wikipedia.org/wiki/Eugeniusz_de_Henning-Michaelis .
Zestawił: Leonard
