Pamiętnik. Niedostatki w realizacji rosyjskiej strategii wojskowej. Uwagi do wojny niemiecko-belgijskiej i stan wojny po pierwszym tygodniu jej trwania. Dekownicy i spekulanci to bohaterowie niemal każdej wojny. Odezwa w. księcia Mikołaja do Polaków.
Opinia o wyższym dowództwie rosyjskim. Odszedł z twierdzy kozacki pułk; pożegnałem go z przyjemnością, trudno było upilnować tych baranków, by nie rabowali. W zamian przysłano mi konny pułk straży granicznej; tak szybkie przybycie zdziwiło mnie. Według opracowanego przeze mnie a zatwierdzonego przed paru laty planu, sotnie straży granicznej miały się zmobilizować w ciągu sześciu godzin i wykonać szereg krótkich rejdów na terytorium nieprzyjacielskie, w celu zburzenia mostów kolejowych, stacyj i składów, gdy jednak ogłoszono wojnę, „pogranicznicy” spakowali pośpiesznie manatki i wycofali się przed pierwszymi podjazdami niemieckimi. Podobno nie wydano ze sztabu okręgu rozkazu wykonawczego.
Uwagi do wojny niemiecko-belgijskiej. W Belgii pod Liege toczą zażartą walkę korpusy niemieckie; wzięły już dwa forty szturmem. Jak to się stać mogło, nie rozumiem, chyba wśród obrońców wynikła panika; przecież stałych fortyfikacji wojska polowe nie ugryzą bez pomocy ciężkiej artylerii, czyżby ona tak prędko znalazła się na froncie armii? I to w dużej ilości?
Stan wojny po pierwszym tygodniu. Mamy zatem siedem mocarstw w stanie wojny. A przecież to dopiero prolog, nie ukazali się jeszcze na widowni dramatu dziejowego aktorzy kotła bałkańskiego, stałego motoru powikłań i apetytów; od czasu Napoleona Wielkiego nie przeżywała ludzkość takiego kataklizmu; wypadki niezmiernej doniosłości potoczyły się z tak zawrotną szybkością, że w ciągu dni sześciu – od 1 sierpnia przeżyliśmy całą epokę.
Techniczna ocena twierdzy. Dzisiaj przybył do mnie inżynier Szwarc, znany obrońca Portu Artura, a z nim jeszcze dwóch inżynierów. Przyjazd pułkownika ucieszył mnie; posiada on doskonale sztukę fortyfikacyjną, ma również rozległe doświadczenie bojowe; zawiozłem go zaraz na pozycje czołowe. Nie ganił dokonanej roboty, zrobił jednak parę cennych uwag, co do dalszego rozwoju systemu obronnego, podkreślił konieczność natychmiastowego wysiedlenia mieszkańców Dużego i Małego Nagórnika, które znalazły się na linii frontu. Wiedziałem o tym i bez niego, ale ociągałem się wciąż z decyzją; żal mi było biednych chłopów; dłużej jednak nie wolno było czekać. Pytali ogromnie strapieni, dokąd mają się wynieść; poradziłem im okolice Maciejowic na prawym brzegu Wisły, z dala od wszelkich kierunków operacyjnych.
Dekownicy i spekulacje to także przynależy do wojny. Po parudniowej prostracji ujawniła się nareszcie administracja powiatowa, ale pociechy miałem z niej mało; nie rozumie ona życia, dla niej jest wszystkim „bumaga”. Grożę więc, grzmię, ale grzmoty owe mają dotychczas charakter Filokomenensowych: nie mam kim zastąpić tych ludzi. Dla walki z nędzą wśród rodzin pozostałych poleciłem utworzyć komitety gminne z udziałem księży i obywateli, dla ożywienia akcji zapowiedziałem, że opieka moja nad większą własnością będzie w prostym stosunku do ofiarności ich właścicieli. Żydów musiałem nastraszyć. Wiedzieli oni, że wojsko potrzebuje ogromnej ilości mięsa, puścili więc swoich ajentów po wsiach, którzy opowiadali, że bydło zabierają kozacy, nie płacąc za nie; nastraszywszy chłopów, kupowali krowy za bezcen. Zapowiedziałem represje – szubienice dla głównych winowajców, ciężkie kary pieniężne i wysiedlenie do Rosji dla mniej winnych; na razie , zdaje się, pomogło.
9 sierpnia walczyła armia rosyjska pod Beresteczkiem i Poczajowym. Austriaków odrzucono, w odwrocie podpalili oni Brody. Zaczęły się iluminacje.
To tylko początek licytacji, bo będzie ich więcej. 14 sierpnia w. książę Mikołaj wydał odezwę do Polaków. Nawoływała ona do bratniego pojednania z Rosją, zapowiadała połączenie całego narodu w jedno ciało pod panowaniem cesarza rosyjskiego: „pod tem berłem odrodzi się Polska swobodna w swej wierze, języku i samorządzie; jednego tylko spodziewa się Rosja po Polakach: takiego samego poszanowania praw ludów, z którymi ich związały losy”.
Z dużym wzruszeniem przeczytałem tę odezwę, zapowiadała ona przecież zjednoczenie i wskrzeszenie Polski... pod berłem cesarza rosyjskiego coprawda, ale pojmowałem to, jako unię osobistą, rozumiałem zaś, że najwiekszym nieszczęściem naszym było przede wszystkim rozdarcie na trzy części, które stopniowo różniczkowało nas coraz bardziej moralnie, a obecnie zmuszało do walki bratobójczej.
Pierwsi jeńcy wojenni a pośrod nich także Polacy. Tymczasem jazda gen. Nowikowa stoczyła pierwsze walki z Austriakami; owoce jej – drobny transport rannych rosyjskich ułanów nadjechał wkrótce do Dęblina. Wszyscy byli zranieni kulami szrapnelowymi, walki miały zatem charakter artyleryjski, nie było ze strony rosyjskiej szarż w konnym szyku. Wydało mi się to bardzo dziwne, i nie licowało z charakterem Nowikowa. Nazajutrz przywieziono dwóch rotmistrzów huzarów węgierskich, wziętych do niewoli w czasie szarży. Zdobył się więc ktoś na nią. Oficerowie byli ubrani w strój galowy, nie nadający się zupełnie na wojnie. Spytałem ich czemu się tak postroili. „Do ataku idzie się tak jak na bal”. – była odpowiedź; odezwanie to było bardzo rycerskie, ale ogromnie nie na miejscu. Jeśli tego samego zdania trzyma się cała jazda węgierska, to jej zabraknie wkrótce na tym „balu”. Na razie internowałem jeńców w twierdzy, gdzie im pozwoliłem na pewną swobodę ruchów; zmartwili się jednak szczerze, gdy im odmówiono prawa do „ein Gläschen Cognac”.
Tegoż dnia miałem przykry zgrzyt: przywieziono z Kielc dwóch „strzelców” galicyjskich. Byli to chłopcy, liczący mniej więcej po dwadzieścia lat wieku, pochodzili zapewnie ze sfery rzemieślniczej, miny mieli bardzo wylęknione: wiedzieli zapewnie, ze ich oczekuje szubienica (strzelcy nie mieli prawa kombatantów). By nie palnęli jakiegoś głupstwa, badałem ich osobiście i bardzo ostrożnie; z zadowoleniem kazałem zanotować, że nie przyznają się do udziału w organizacjach strzeleckich... Nie mogłem jednak zdecydować się oddać tych chłopców pod sąd doraźny, chciałem się namyślić, co z nimi zrobić, kazałem więc jeńców na razie zamknąć i dobrze nakarmić.
Nazajutrz spytał mnie szef sztabu o decyzję. Ofuknąłem go pod pretekstem, że mi zabiera czas takimi głupstwami, a w dwa dni później wyprawiliśmy chłopców do Mińska, jako „niepewnych politycznie”, z dokumentami odpowiednio przerobionymi. Po paru dniach powtórzył szef sztabu, za moją milczącą aprobatą, to samo w stosunku do trzech nowych delikwentów.
Nieco później widziałem się z gen . Nowikowem. W rozmowie zapytał mnie o los przesłanych strzelców, zaznaczając, że nie mógł tych dzieciaków wieszać. Odparłem mu na to: - Widocznie wolałeś, żebym ja to uczynił? Nowikow uśmiechnął się z dobroduszną ironią i poklepał po ramieniu, mowiąc: - Kochanku, ja wiedziałem dobrze, że ty ich nie zgładzisz!
Planowane rosyjskie operacje strategiczne. W połowie sierpnia otrzymałem nareszcie dane co do ustawienia bojowego armii rosyjskiej: formowała ona dwa fronty – północno zachodni w składzie 2 armii pod dowództwem gen. Żylińskiego, z szefem sztabu gen. Oranowskim (moim kolega z Akademii), i południowo-zachodni, na czele którego stanął gen. Iwanow, a szefem sztabu został gen. Aleksiejew; front ten liczył 4 armie. Działalność pierwszego obejmowała teren Litwy i północną część Kongresówki, front południowo-zachodni zajął Lubelszczyznę, część Wołynia i Podola; Dęblin poddano władzy dowódcy 4 armii, której sztab stał w Lublinie. Cały zatem obszar Królestwa na lewym brzegu Wisły wraz z Warszawą pozostał poza sferą działań rosyjskiej armii.
Postawa ta wskazywała wyraźnie, że pierwsze operacje strategiczne skierowane będą ku Prusom Wschodnim i Wschodniej Galicji; operacja północna zależała naturalnie od planu Niemców – w razie skierowania ich głównego natarcia na zachód, akcja zaczepna na Berlin miała być dokonana, ale po zdobyciu Prus Wschodnich. Wisiały one nad prawym skrzydłem wszystkich linii operacyjnych na prawym brzegu Wisły w kierunku zachodnim. Gdyby zaś Niemcy uderzyli główną masą na front wschodni, armie rosyjskie miały w pierwszym okresie wojny, aż do koncentracji wszystkich sił, prowadzić operacje obronne.
Takie ugrupowanie armii zrobiło na mnie bardzo przykre wrażenie – pod względem strategicznym zwracało uwagę zawieszenie wewnętrznych skrzydeł obu frontów w powietrzu; źle również musiało wpływać pod względem politycznym i psychologicznym na ludność kraju: rzucono na pastwę Niemcom bez walki znaczną część Polski, której tylko co obiecano wywalczyć połączenie i wolność.
Inspekcja twierdzy dęblińskiej przez generała barona Zalca. Zrozumiałem teraz, czemu sztab okręgu warszawskiego nie dawał mi żadnych instrukcji; formował on sztab frontu północno-zachodniego, przestał go więc obchodzić Dęblin, który ciążył ku południowi. Wobec tego zwróciłem me zabiegi w stronę Lublina, wysyłając tam ścisły memoriał co do stanu twierdzy i prosząc o instrukcje; w odpowiedzi nadszedł telegram, że dowódca 4 armii, bar. Zalca, wyjechał już do Dęblina i osobiście da mi odpowiednie instrukcje.
Kazałem naprędce przygotować obiad i, gdy generał zajechał, zaprosiłem go zaraz do siebie; zgodził się z ogromnym zadowoleniem, jadł z apetytem, gawędził bardzo dobrodusznie o wszystkim, oprócz spraw wojskowych,trochę się tylko martwił z powodu absolutnego braku alkoholu. Potem udaliśmy się autem na główny fort obronny, zwany Wannowskim. Po drodze, by nie tracić czasu, meldowałem baronowi podstawy organizacji obrony, ugrupowanie baterii itd.; słuchał dość obojętnie, nie pytał o nic, ożywił się tylko na chwilę, gdy się jakieś konie przestraszyły naszego auta; uspokajał je więc głosem, a potem milczał znów przez dłuższą chwilę, widocznie trawił w skupieniu obiad. Gdyśmy się znaleźli na forcie, i zacząłem go opisywać, Zalca znudził się widocznie i przerwał nareszcie uwagą: „Czy pan wie, że najlepszym środkiem uspokojenia koni, które się zlękły automobilu, jest głos ludzki?” Przyznałem się z pewnym zdziwieniem, żem się nad tą kwestią dotychczas nie zastanawiał, i zapytałem, czy baron życzy sobie obejrzeć czołowe pozycje; odpowiedział, że się już dostaecznie zorientował i wraca zaraz do Lublina, a na pytanie o instrukcje, kazał mi „bić się do ostatniego suchara”. Speszyło mnie to zupełnie – przecież ja nie miałem ani jednego suchara; co się dało zebrać w okolicy, zjadała jak szarańcza coraz to liczniejsza załoga i tranzytowe oddziały. Niewiele więc skorzystałem z przydziału do 4 armii, jasne było, że nie otrzymam znikąd rozkazów. Przygotowywałem zatem w dalszym ciągu Dęblin do obrony według własnych koncepcji; nie rozumiałem jednak, jakim sposobem mógł się znaleść na czele armii generał zupełnie zużyty; przecież jego niedołęstwo może wywołać katastrofę całego frontu, zagładę tysięcy ludzi.
19 sierpnia otrzymałem rozkaz, który informował, że pod Kraśnikiem jazda rosyjska, licząca 6 pułków, wsparta moim bielowskim pułkiem piechoty, odrzuciła natarcie 2 dywizji jazdy i 1 dywizji piechoty austriackiej; wskazany był również skład 4 armii i jej ugrupowania – na prawym skrzydle walczył XIV korpus, w centrum – XVI, a na lewym skrzydle – grenadierzy. Rozkaz nakazywał potykać się na razie z ofensywą przeciwnika kontratakami charakteru lokalnego, zapowiadał ogólne natarcie w przyszłości. Tegoż dnia miałem przelotnych gości – dwa aeroplany ukazały się nad twierdzą i zrzuciły na nia bilety wizytowe (bomby); wybuchły wszystkie, ale poza obrębem cytadeli, w polu. Wizyta ta wzbudziła wielkie poruszenie wśród oficerów garnizonu, proszono mnie o wydanie rozkazu, uznającego twierdzę na wojennej stopie – powiększało to diety oficerskie trzykrotnie; naturalnie odmówiłem, byłoby to jawnym naciąganiem skarbu.
Natarcia wojsk austriackich. W parę dni później przeprawiły się przez San i Tanin duże siły austriackie, natarły na 4 armię i odrzuciły ją nieco na północ; jednocześnie ukazała się duża kolumna austriacka, dążąca wzdłuż Wisły na Annopol; ruch jej zagrażał prawemu skrzydłu armii, zmusił ją do odsunięcia go w tył; największy nacisk był na Opole i Chodel. Czynnik zaskoczenia zaznaczył się widocznie w stosunku do armii rosyjskiej. Niemcy i Austriacy kończyli swą mobilizację łącznie z ustawieniem na piętnasty dzień, Rosjanie – w końcu czwartego tygodnia.
Korpusy 1-szej armii gen. Dankla, postępując frontem ku północy, na lewym skrzydle I krakowski, w centrum V pożoński, na prawym skrzydle X przemyski, uprzedziły ofensywę Rosjan i natknęły się na nieprzyjaciela najpierw na lewym skrzydle, gdzie I korpus w energicznym ataku odrzucił go od Wisly w kierunku na Kraśnik. Dnia 24 wzięto Urzędów a 25-go po ostrych walkach Kraśnik. Jednocześnie uderzenie dwóch korpusów rosyjskich na Janów - Frampol zostały złamane, czwarta armia rosyjska na froncie 70 km rozpoczęła odwrót ku północy. To zwycięstwo pod Kraśnikiem (23-25 sierpnia 1914 rok), które dało 3 tysiące jeńców i 20 dział tym, którzy go odnieśli, wykazało wielkie zalety żołnierskie armii austriackiej; korpusy pierwszej armii dobrze prowadzone biły się z brawurą, jakiej nie spodziewali się Rosjanie. (J.D.).

Była to zwycięska bitwa Austro-Węgrów z Rosjanami (23 - 25 sierpień 1914), dało ono Austriakom 3 tysiące jeńców i 20 zdobytych dział. Obraz pobrano z Domeny publicznej.
Korespondencja z pola bitwy. Z bitwy pod Kraśnikiem. Od jednego z rannych podoficerów w starciu pod Kraśnikiem gazeta "Czas" otrzymała następujące szczegóły" - Razem z kompanią mojego pułku szliśmy na patrol w godzinach popołudniowych. Nagle spostrzegliśmy oddział konnicy rosyjskiej z karabinami maszynowymi. Otwarto na nas ogień; cała kompania stosownie do komendy przypadła twarzą do ziemi.
Blisko godzinę grały karabiny maszynowe. Pociski przenosiły nasz oddział. Po wstrzymaniu ognia wysłano kawalerię na ściganie niedobitków. Przypuściliśmy ją na bliską odległość, a potem sypnęliśmy salwy jedną za drugą. Nastąpił odwrót w szalonym popłochu; ścigaliśmy ich z brawurą. Od strzałów naszych spadło z koni kilkunastu jeźdźców. My mieliśmy kilku rannych; przewieziono ich do Krakowa. Pragniemy wszyscy jak najprędzej powrócić na pole walki.
Do Podgórza-Płaszowa przybył transport jeńców z pod Kraśnika. Od naocznego świadka otrzymuje "Czas" następujące szczegóły: Jesteśmy na stacji w Podgórzu-Płaszowie. Przed peron zajeżdża lokomotywa, ciągnąca za sobą sznur wagonów "für 6 Pferde oder 40 Mann". Równocześnie rozlega się okrzyk: - Moskale jadą! Przez uchylone drzwi wagonów widać mundury rosyjskich jeńców. To jeńcy z pod Kraśnika w liczbie 160, - transportowani prawdopodobnie w stronę Węgier. Podchodzimy ku wagonom ciekawi zachowania się schwytanych nieprzyjaciół.
Ale wszędzie panuje wesoły nastrój, wychylają się zgoła niegroźne roześmiane twarze, wyciągają się ręce z gestem powitania. - "Wesoły naród" - zauważa ktoś. Nagle najbliższy rosyjski żołnierz odzywa się najczystszą polszczyzną, podobnie drugi, trzeci, dziesiąty. Okazuje się, że cały transport jeńców, z wyjątkiem dwóch, to Polacy z pod Łowicza czy Radomia. Jadą w dobrej zgodzie z eskortą, która mówi tym samym językiem i tym samym akcentem. Z rozmowy wynikałoby, że Polaków porozdzielano w armii rosyjskiej do różnych pułków. W tym pułku było ich do tysiąca. W walce Rosjanie ulegli, więc brano gęsto jeńca.
I jakże wam teraz? - pyta ktoś. - A co? Przynajmniej nie będziemy bić naszych - odzywa się głos z wagonu. Musimy se odpocząć dorzuca drugi. - Biliśmy się od ósmej rano do dziewiątej. Mamy dość.
Istotnie, mimo min zuchowatych znać na nich zbiedzenie. To też radośnie witają posiłek, jaki przynoszą im do wagonu. - Pojedzcie se trocha i opowiadajcie, jak to było? Tak się też dzieje. Posiłek pierwszy, apetytu nie brak. Potem dopiero zaczyna się gwar rozmowy. Zrazu o bitwie, potem jednak bardzo szybko schodzi na tegoroczne żniwa, na roboty w polu, na widoki zbiorów. Jak we wsi nad wieczorem. Swój mowi ze swoim.
O wojskowych pomyłkach. 27 sierpnia, o wschodzie słońca przyjechał do mnie gen. baron Kruzenstern, dowódca XVIII korpusu, i zameldował, że jedzie z petersburskiego okręgu i „przybył z korpusem do mej dyspozycji”. Zdziwiony bardzo zauważyłem, że zaszła widocznie jakaś pomyłka, ale generał pokazał mi telegram urzędowy, w którym stało wyraźnie: „Korpus ma się nie wyładowywać w Warszawie, ale jechać wprost do Dęblina, gdzie komendand da mu odpowiednie instrukcje”. Zaczynała się widocznie komedia pomyłek; wytłumaczyłem więc baronowi, że nie mogę mu dać żadnych instrukcji, gdyż sam jestem bardzo słabo zorientowany, ale radzę wstrzymać wyładowanie korpusu, kierując wszystkie pociągi w kierunku Puław, gdzie nadejście korpusu przyda się bardzo; porozumienie z 4 armią może nastąpić przy pomocy kolejowego telegrafu. Kruzenstein zastosował się do mojej rady, wziął na wzmocnienie swej kasy piędziesiąt tysięcy rubli i odjechał. Dowiedziałem się od niego, że wobec stwierdzonego już natarcia głównych sił niemieckich na Francję, naczelne dowództwo rosyjskie postanowiło bronić Warszawy. Skierowano tu więc z petersburskiego okręgu 3 korpusy, w tej liczbie i XVIII, w ostatniej chwili zmienił on jednak marszrutę na Dęblin, zapewnie dla wzmocnienia 4 armii, która znalazła się w ciężkim położeniu.
Cała sytuacja wskazywała na wzmaganie się zamieszania,w którym łatwo było utonąć, szczególnie w stanie przymusowej bierności, mało odpowiadającej memu charakterowi; napisałem więc powtórny list do generalnego kwatermistrza, Pustowojtenki, prosząc go o wyjednanie mi odpowiedniego przydziału do armii polowej.
Jazda Nowikowa ściągała stopniowo pod naciskiem Austriaków na północ, trzyma jednak Radom w swoim ręku; wywołało to szereg dość komicznych wizyt u mnie gubernatora radomskiego, Zasiadki, który począł krążyć pomiędzy Radomiem a Dęblinem, zależnie od przebiegu akcji na froncie. Miał on właściwie wielką ochotę drapnąć do wielkiej ojczyzny, ale bał się, gdyż gubernator płocki za samowolne opuszczenie placówki dostał się pod sąd; w tych przelotach stracił biedny dygnitarz zupełnie swój służbowy tupet i przypominał więcej zwyczajną mokrą kurę. Dopiero wycofanie się Nowikowa z Radomia uwolniło dygnitarza od „szufladek”.
Próba przekupstwa i zdrady. W końcu miesiąca po powrocie z pola zastałem na biurku list, adresowany do mnie po polsku, który według słów ordynansa przyniósł jakiś „wolny”, to jest cywil. Treść jego była niezwykła: niepodpisani autorowie komunikowali mi, że wkroczyli do Królestwa razem z armią austriacką i niosą na ostrzach swych bagnetów wolność oraz zjednoczenie Polski; znany jest im mój patriotyzm polski, proponują więc, bym poddał twierdzę za pół miliona rubli; o ile ta propozycja mi dogadza, proszono, bym wyjechał w oznaczonym dniu autem szosą radomską na którąś tam wiorstę, gdzie na mnie miano czekać... Naturalnie podarłem natychmiast ten list i zapomniałem na razie o tej paskudnej propozycji.
W przypisie od autora: W roku 1923, gdym leżał po operacji w szpitalu ujazdowskim w Warszawie, odwiedził mnie gen. Rybak. Wiedziałem, że w czasie wojny światowej należał on do komendy legionów galicyjskich, spytałem go więc wobec drugiego gościa, dr Grzankowskiego, czy nie wie czasem, kto wysłał do mnie list z propozycją zdrady za pół miliona rubli; generał uśmiechnął się i potwierdził, że wyszło to z komendy, nadmieniając, że mylę się jednak co do cyfry rubli, proponowano mi bowiem milion. Na to zwróciłem generałowi uwagę, że propozycja nie była dobrze sformułowana: w pierwszej części apelowano do mojego patriotyzmu, miałem zostać Wallenrodem, w – drugiej proponowano mi za zdradę za pieniądze, a mógł to uczynić tylko skończony łotr.
Wykonanie rozkazu i jego następstwa. 30 sierpnia o północy podano mi lakoniczny telegram z dowództwa naczelnego; zawierał on rozkaz przekazania twierdzy pułkownikowi Szwarcowi i udania się do „etatowego miejsca służby”.
Niesłychanie przykro dotknęło mnie to rozporządzenie; prosiłem o przeniesienie na front, ale nie miałem na myśli powrotu do brygady, z której już wyrosłem. Wiedziałem, że mi się należy dywizja; taką otrzymałem nagrodę za tyle trudu pasowania się w najcięższych warunkach.
Nie było jednak rady; wezwałem zaraz płk. Szwarca, przekazałem mu dowództwo, a o 5-tej rano wyjechałem autem do Lublina.
O 8 rano zameldowałem się u nowego dowódcy 4 armii, gen. Ewerta; znałem go od dawna, był niegdyś moim zwierzchnikiem, posiadał silny charakter, dużą inteligencję, dobre wykształcenie, raziła jednak w nim pewna oschłość, jaskrawy nacjonalizm i zamiłowanie do papierowej roboty. Sprawy mej nominacji generał nie znał, gdyż objął dowództwo przed paroma dniami, zaproponował mi objęcie na razie 46 dywizji, usunął on z niej dowódcę i obydwu brygadierów za skandaliczne zachowanie się oddziałów w czasie ostatnich walk; podziękowałem za taką nominację, mogła ona łatwo doprowadzić do katastrofy, zanim bym zdołał wprowadzić w pułkach porządek. „Jedź więc pan do korpusu” – zakonczył Ewert rozmowę – i to zaraz, czas nagli, wypadnie poczekać na inny wakans”.
Przed wyjazdem poinformowałem się u szefa sztabu o sutuacji. Była ona wciąż dość poważna, armii groziło obustronne oskrzydlenie, chociaż XVIII korpus, skierowany przeze mnie szczęśliwie do Puław, zatrzymał na razie Austriaków; ale na lewym skrzydle było gorzej, przeciwnik przerwał front pomiędzy armiami 4 a 5 i zajął Trawniki, zrywając łączność kolejową wzdłuż frontu; zmusiło to 5 armię do wycofania się z Krasnostawu do Rejowca; oczekiwano jednak rychłego nadejścia 2 korpusów, zmierzając wtedy przejść do natarcia.
Droga do korpusu nie była miła, wkrótce skończyła się szosa i zaczęła się kochana „polska droga”, gliniasta, wyboista, zbałwaniona zeschła gruda. Wkrótce spotkaliśmy transport z rannymi, wieziono ich wozami sanitarnymi i chłopskimi; widok był ciężki; obwiązane krwawymi szmatami głowy, zastygłe w cierpieniu twarze, szkliste oczy tych, co już przestali się męczyć, zwieszone bezwładnie jak kłody nogi. Śmierć zapowiadała obfite zniwa.
Dowódca korpusu, gen. Murdas Żylińskij, sympatyczny, wesoły człowiek wycałował mnie przy powitaniu i zapowiedział natychmiast, że do chwili otrzymania dywizji obejmę czasowo dowództwo 2 brygady strzelców, która w czasie ostatnich walk bardzo się zdezorganizowała. Dogadzało mi to, miałem tak upragnione stanowisko samodzielne.
Przy obiedzie opowiadano dużo o trwających wciąż bojach i krytycznym okresie dni ostatnich, uwieńczonym jednak zwycięstwem, bardzo wątpliwym zresztą w mych oczach, gdyż skończyło się na odparciu serii ataków. Dziwiła mnie jednak zupełna cisza, panująca na froncie, spytałem więc, czy daleko stąd od linii bojowej. Żyliński spojrzał na mnie z pewnym zgorszeniem i zauważył z naciskiem: „Jesteśmy na samym froncie”...Pewne potwierdzenie tego doszło po chwili naszych uszu: „ zagrzmiało” gdzieś daleko kilka razy.
Brygada strzelców podlegała łącznie z 18 dywizją generałowi Bałaninowi. Zameldowałem się mu więc przed wieczorem. Nastrój w sztabie dywizji zastałem doskonały. Bałanin był sobą wprost zachwycony, z opowiadania jego dowiedziałem się, że osią wypadków ostatnich był właśnie on, zwyciestwo zawdzięcza armia jemu, a drogocenne życie jego wisiało nieraz na włosku. Miarkowałem jednak z dyskretnych uwag sztabu i osobistych zestawień, że włosek ten miał grubość liny okrętowej. W ogóle Bałaninowi brakło powagi, odpowiadającej jego stanowisku; doskonałym pomocnikiem jego był pułk. Sytin, pierwszorzędny fachowiec, zresztą poza służbą cynik bez etyki i hulaka.
Przespałem się doskonale na sianie, a nazajutrz wczesnym rankiem objąłem brygadę. Dowodził nią w zastępstwie dowódca 8 pułku strzelców, pułkownik Ganenfeld, jakiś dziwnie smutny i zamyślony; szefem sztabu był płk. Jaroszewicz, dobry fachowiec, ale nudziarz i zwolennik biurka; stan brygady nie był pocieszający, wszystkie cztery pułki straciły przeszło połowę oficerów i to najlepszych, tyle mniej wiecej ubyło żołnierzy. Najgorzej ucierpiał 7 pułk, którym na razie dowodził podkapitan. Linię bojową zajmowały 3 pułki, 7 tworzył stałą rezerwę; w prawo stała 18 dywizja, w lewo jakieś niewyraźne pułki drugiego powołania. Przeciwnik bił się dzielnie, wykazywał dużo inicjatywy, próbował w różnych miejscach raz po raz przerwać w front.
Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa"; Jan Dąbrowski "Wielka Wojna 1914-1918", w: "Wielka Historia Powszechna" Trzaska, Evert i Michalski z 1937 / reprint Wydawnictwa KURPISZ z 2000 r.
Wybrał i zestawił Leonard
