Wszystkich gości :   460899

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z Wojny światowej 1914-1917 / 3

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2017-11-14 11:00:02

Wojenna codzienność dowódcy. Żołnierski azyl na polu bitwy. Udana wyprawa po „języka”. Tannenberg, czyli niemieckie zwycięstwo w okolicach Olsztyna i Olsztynki. Niemrawość rosyjskiej generalicji i skutki tej ospałości. Generał Brusiłow zajmuje Lwów. Prawdziwy dowódca, to jak kogut, w jajku już pieje.

Sprawozdanie z inspekcji. Po południu zacząłem inspekcję brygady; szef sztabu radził, bym ją odłożył do wieczora, gdyż rowów łącznikowych nie było, wypadało więc spacerować polem otwartym przeszło kilometr, nie chciałem jednak czekać, po ciemku nie otrzymałbym potrzebnej orientacji, zresztą dowódca musi od czasu do czasu zamanifestować wobec żołnierzy osobistą odwagę.

Zostawiłem adjutanta przy pułkowej rezerwie i ruszyłem dalej sam wolnym, niedbałym pozornie krokiem, zdarzało się bowiem, że przeciwnik nie strzelał do idących pojedynczo żołnierzy. Czas jakiś było wszystko spokojnie, ale nareszcie zauważono mnie i ostrzeżono pękającym wysoko nade mną czerwonym obłoczkiem szrapnelu; w chwilę później zawył drugi tak blisko, że pochyliłem odruchowo głowę i zawstydziłem się tego natychmiast – zdawałem poniekąd egzamin, a z okopów moich strzelców patrzyły na mnie zapewnie setki oczu. Opanowałem się więc, zwolniłem jeszcze bardziej kroku, i nie zwracając uwagi na dwa nowe, przesłane pod moim adresem pociski, stanąłem z podniesioną głową na linii okopu.

Zachowanie moje zrobiło widocznie dobre wrażenie. W płytkim okopie poczęli żołnierze szybko wstawać, zwracając się twarzą ku mnie; skomenderowałem więc „padnij” i zeskoczyłem do rowu; nie zaprzeczę, że zejście z oczu tak dobitnie mnie witającemu przeciwnikowi sprawiło mi szczerą przyjemność.

W parę minut nadszedł dowódca batalionu, kap. Maksimow, mój dawny adjutant pułkowy, wzorowy, kulturalny oficer. Batalion leżał tu już od tygodnia bez luzowania; okopy były słabe, niepołączone rowami łącznikowymi, nie zdążono ich zrobić wskutek codziennych walk i wyczerpania strzelców; nużył upał, brak wody, a jedzenie przynoszono raz na dobę z nadejściem nocy. Austriackie okopy lepiej były położone, wzdłuż ich frontu ciągnął się szereg wsi, przesłaniających teren wewnątrz frontu; mogli zatem jeść i pić więcej normalnie.

Długim klinem podsuwała się blisko pod stanowisko strzelców we wsi Czołna; była ona dla Austriaków doskonałą bramą wypadową, przedłużona płaską doliną, doprowadzającą w najsłabsze miejsce – styczność pomiędzy brygadą a dywizją. Ostatni gwałtowny atak nastąpił wczoraj i omal nie doprowadził do przerwania frontu. Austriacy parli biegiem prawie bez wystrzału, ale zostali ostatecznie odrzuceni; drogę ich znaczyły gęsto rozsiane granatowe plamy zabitych, których jeszcze nie zdążono zakopać; po odparciu ataków dużo rannych przypełzło do okopów rosyjskich, błagając o pomoc. Ze słów Maksima dowiedziałem się, że strzelcy obchodzili się z nimi miłosiernie, opatrzyli, napoili i nakarmili; przy mnie dowlókł się jeszcze jeden ranny w nogi, góral z Zakopanego. Po opatrunku rozgadał się ze mna tą sympatyczną gwarą góralską, starał się dowiedzieć, dokąd go wyślą. Tego i ja nie wiedziałem, zapewniłem go jednak, że mu nie będzie źle, bo w Rosji chleba dość, a lud zły nie jest. Opowiadał ranny, że okoliczne wsie są przepełnione rannymi, których Austriacy zostawili na opiece ludności.

Strielcy

Rosyjskie oddziały strzeleckie w trakcie przemarszu. Autor fot. George Menzer. Źródło: National Geographic Magazine, Volumen 31.

W ciągu trzech dni zwiedziłem w ten sam sposób stanowiska wszystkich pułków; nie śpieszyłem się nigdzie, rozmawiając dłużej z żołnierzami dla poznania ich nastroju; wrażenie odniosłem dobre, zresztą strzelcy rosyjscy byli wybraną piechotą o doskonałym składzie oficerskim i solidnych tradycjach bojowych. Skarżyli się wszyscy, że każą stać na miejscu, gdy żołnierz pragnie przejść do natarcia. Tłumaczyłem im naturalnie powody dotychczasowego trwania w stanie obrony, wskazując na ogromne przestrzenie, przez które wypadło dowozić rezerwy. Takie codzienne spacery były bardzo pożyteczne, ale dość wyczerpujące, gdyż wypadało chodzić przeważnie krętymi szlakami, by jakie podejrzliwe oko, obserwując pole przez szkiełka, nie zechciało zwrócić na mnie zbytniej uwagi, nie chciałem zaś ryzykować sobą raz po raz.. Artyleria nieprzyjacielska rozpoczynała zwykle swój koncenrt pod wieczor. Wtedy wzdłuż frontu przelewały się szeroką falą grzmoty, a na szafirowym tle nieba ukazywały się raz po raz czerwonawe obłoczki pękających szrapneli; rwały się jednak tak wysoko, że nie wyrządzały żadnych strat; więcej niepokoju budziły gniewliwe granaty, wyrzucające do góry snopy szarej ziemi i odłamy żelaza. Niekiedy dołączało się do tej symfonii hałaśliwej dokuczliwe wycie kulomiotów – tych precyzyjnych maszynek do ryczałtowego mordowania ludzi. Artyleria moja odpowiadała słabo, oszczędnie; koło ósmej milkła strzelanina, nastawała cisza, rozpalały się na zachodzie zorze wieczorne, nie gasły jednak z nastaniem nocy, przeciwnie, nabierały blasku i siły: paliły się co wieczór wsie, zapalane przed frontem przez Austriaków, którzy w obawie nocnego ataku rozświecali codziennie mroki nocne, paląc po kilka chat w każdej wsi.

Codzienność dowódcy. Długie dni sierpniowe były dla mnie stale zbyt krótkie; wstawałem o piątej rano, w czym mi gorliwie pomagały miliony much, i zabierałem się natychmiast do osobistych operacji: mycie, ubieranie i herbaty, z trwożną myślą, że mi na coś czasu zabraknie, czychały na mnie przecież aparaty telefoniczne; gdy ukończyłem sprawy osobiste, załatwiałem naprędce naglące rozporządzenia i ruszałem w pole z niezmiennym akompaniamentem porannym austriackich bach, bach, które zwykle dawały tylko dźwiękowe wrażenia. Czułem się na froncie dobrze, zżyłem się szybko z pułkami, a stała osobista kontrola moja zmusiła pułkowników do bardzo czynnej pracy.

Duży nacisk kładłem na polepszenie warunków higienicznych w okopach. Trupy leżące na przedpolu, dochodziły wobec upału szybko i zatruwały przy odpowiednim kierunku wiatru powietrze. Kazałem je więc skrzętnie zakopywać nocami; pozwoliłem również sanitariuszom austriackim zabrać dalej leżących rannych, bliższy rejon porządkowali moi strzelcy; raz jeden zauważyłem jednak, że niedaleko leży ranny Austriak i patrzy na mnie zbolałym wzrokiem. Rozgniewałem się naturalnie na strzelców, ale wytłumaczono mi, że go zostawiono umyślnie w spokoju na parę dni, bo był ranny w brzuch i prosił, by go nie ruszać, tylko mu donosić wodę. Rzeczywiście, dostrzegłem stojącą obok rannego żołnierską menażkę; w parę dni później stan jego polepszył się o tyle, że wyniesiono go do szpitala.

Wodny azyl. Panowały duże upały, dokuczało bardzo strzelcom pragnienie; woda, przynoszona w nocy, była w południe prawie ciepła, chociaż zakopywano butelki w ziemi. Na jednym z odcinków w pasie śmierci znajdowała się studnia, przedmiot pożądania obydwu stron; otóż niewiadomo z czyjej inicjatywy ustalił się w stosunku do studni pewien modus vivendi: na okopie stawał żołnierz, trzymając w wysoko podniesionych rękach po menażce; strona przeciwna dawała znak, strzelec szedł do studni, nabierał wody i wracał do swoich, wtedy robiono to samo z drugiej strony, powtarzając całą procedurę wielokrotnie bez najmniejszego podejścia. Jedzenie i wodę kazałem nosić dwa razy dziennie – po zachodzie słońca i przed świtem, jednocześnie dostarczano drzewo do ogrzewania potraw na małych ogniskach, nie demaskujących okopów.

Kapitan saperów, Miasojedow, jest znowu u mnie. Przypomina mi się czytana kiedyś bajka wschodnia: „Die Pantoffeln des Abu Kazem”. Bohater jej w żaden sposób nie mógł się ich pozbyć. Spotkaliśmy się z Miasojedowem bardzo życzliwie, pracuje zupełnie dobrze. Raz jeden omawiałem z nim, siedząc na skraju okopu, sprawy fortyfikacyjne; sąsiedzi z przeciwka zauważyli nas i przysłali od razu podwójne przywitanie granatami; pękły tak blisko, że obrzuciły nas ziemią i odłamami, które zresztą chybiły. Ja zdążyłem zsunąć się do rowu, Miasodow ani drgnął, tylko oczy błysnęły mu jakoś dziwnie. „czemu pan nie zeskoczył do okopu?” – spytałem. Wzruszył ramionami. „Ja w tej wojnie nie będę zabity” – zauważył; prawdopodobnie otrzymał on tę informację od któregoś ze swych znamienitych przodków; czy się jednak sprawdziła nie wiem, straciłem go z oczu.

Wojenna proza. Z ciężkim sercem patrzę na niedolę ludności wiejskiej; łazi bezczynnie dookoła swych chałup, jak w półśnie, milczy, a na twarzach zastygło cierpienie. Nikt nie reaguje nawet, gdy żołnierze dobierają się do ziemniaków lub płotów, dających doskonałą rozpałkę. Raz jeden zastałem kilku strzelców przy wykopywaniu kartofli, obiłem maruderów stick′iem w sposób okrutny i zapowiedziałem, że nadal będę za to rozstrzeliwał, ale wątpię, czy to pomoże; żołnierz rosyjski, choćby żywiony jak najlepiej, nie da się powstrzymać od ściągania żywności.

Ogromnie nam dokucza wieś Czołna, wciąż darzy nocnymi wypadami; szef sztabu meldował mi parokrotnie, że trzeba ją spalić. Odkładem jednak decyzję z dnia na dzień, przecież tam mieszkają Polacy; wreszcie uległem konieczności – dywizjon haubic otrzymał rozkaz podpalenia najbliższych chałup. Po kilku strzałach zapaliła się jedna strzecha, za nią druga, trzecia...

„Sława Bohu” – zawołał dowodca dywizjonu, pułk. Krasnopierow, żegnając się nabożnie; spojrzałem na niego ze wstrętem. Rozumiem, że musiał spełnić rozkaz, ale przyzywanie Imienia Boskiego dla sprawy zniszczenia ludzkiej pracy wydawało mi się bluźnierstwem. Wkrótce zrozumiałem, że gniew mój z powodu wykopanych przez żołnierzy kartofli jest w danych warunkach tylko śmiesznym sentymentalizmem.

Nocna zdobycz. 3 września kazałem zrobić nocny wypad dla wzięcia jeńców, dających przy badaniu cenne wiadomości. Wycieczka udała się doskonale, przyprowadzono kompanię landwery, którą zaskoczono we śnie; za to nie mieliśmy całą noc spokoju, ogien działowy i kulomiotowy ze strony przeciwnika nie pozwolił nam zasnąć, chociaż poza oddziałem wywiadowczym nikt od nas nie ruszył z okopu.

Razem z kompanią dostał się do niewoli oficer rezerwy, Polak, nauczyciel z Krakowa; chcąc go trochę uspokoić a jednocześnie dowiedzieć się czegokolwiek o nastrojach polskich z tamtej strony, zaprosiłem go na herbatę.

Zauważyłem od razu, że, pomimo pewnego zażenowania, nie ucieszyło go zupełnie spotkanie z rodakiem, w rozmowie zachowywał wciąż dużą rezerwę. Opowiadałem mu o wezwaniu w. księcia Mikołaja do Polaków i jego obietnicach; słuchał niechętnie i mruknął nareszcie: „Moskalom trudno wierzyć”. Zgodziłem się, że nie mamy dotychczas powodów do zbytniego zaufania, ale w sytuacji obecnej jest dużą rękojmią osoba w. księcia, uczciwego człowieka o silnym charakterze, mającego olbrzymi wpływ; rodak mój nie odpowiadał mi na te słowa. Spytałem go więc, co przyrzekły Polsce mocarstwa centralne w razie zwyciestwa, bo trudno przypuścić, by społeczeństwo polskie w Galicji zasiliło armię austriacką dobrowolnymi formacjami, nie mając odpowiednich gwarancji. Odpowiedź otrzymałem krótką: „Pan generał przysięgał rosyjskiemu cesarzowi, ja swojemu, o kwestiach politycznych mówić nie mam prawa...”

Miałem rzeczywiście dość takiej dyskusji, pożegnałem więc chętnie tego austriackiego ablegierka. Rozmowa ta zaniepokoiła mnie jednak. Społeczeństwo polskie w zaborze rosyjskim nie wypowiedziało się dotychczas w kwestii szkodliwej dla Polski akcji t.zw. Naczelnego Komitetu Narodowego w Krakowie, wzywającego do zespolenia naszych losów z losami Austrii i organizującego jakieś formacje ochotnicze, ależ tego dnia przeczytałem z dużym zadowoleniem komunikat prasy rosyjskiej, podpisany przez Wielopolskiego, Dmowskiego, Harusewicza, Szebekę, Skirmunta, Święcickiego, Dymszę i kilku innych; w komunikacie tym działaczy NKN-nu nazwano obrońcami germanizmu, wrogiego Polsce i całej Słowiańszczyźnie. Polska Partia Postępowa wydała również odezwę tego samego charakteru.

Przegrana bitwa i moralna ocena dowodzenia. 4 września dowiedzieliśmy się oburzających szczegółów o katastrofie 2 armii pod Działdowem. Winę ponosi tu całe naczelne dowództwo, poczynając od gen. Żylińskiego i jego dowódcy sztabu, gen. Oranowskiego; nie dali oni odpowiednich dyrektyw armiom 1 i 2, nie utrzymywali z nimi łączności, nie potrafili zmusić dowódcę 1 armii, Rennenkampfa, do energicznego natarcia.

Również niefortunnie sprawili się dowódcy armi: bezczynność Renennkampfa miała wyraźny charakter zdrady, dowódca 2 armii, Samsonow, znany epikuryjczyk, zrobił karierę na osobistych stosunkach, jego szef sztabu, Postowskij – również. Z całego tego towarzystwa poniósł karę tylko jeden Samsonow i to z własnej ręki – skończył na miejscu samobójstwem.

Szerszy opis rozstrzygnięcia bitewnego, w okolicy Olsztyna i Olsztynka (26.08 – 30.08.1914). To bitewne miejsce nazywa się w historiografii niemieckiej – bitwą pod Tannenbergiem (pod Grunwaldem).

28 sierpnia rozstrzygnęły się losy bitwy. W centrum frontu, po początkowo korzystnych dla Rosjan starciach w okolicach Frąknowa (XXIII Korpus rosyjski pobił tam niemiecką 41 Dywizję Piechoty z XX Korpusu, biorąc ponad 1000 jeńców i kilka dział), późnym popołudniem rozpoczął się odwrót XXIII Korpusu w kierunku na Nidzicę i Muszaki. Na tyły kolejnego rosyjskiego korpusu (XV) od strony Waplewa zaczęły wychodzić jednostki XX Korpusu niemieckiego. Po południu gen. Martos zarządził odwrót. XIII Korpus opuścił Olsztyn i maszerowal na Olsztynek na pomoc XV Korpusowi, jednak jego działania były tak rachityczne, że mimo zdecydowanej przewagi nad zagradzającymi mu drogę wojskami niemieckimi, do późnej nocy nie zdołał wywalczyć swobodnego przejścia. O północy nadszedł rozkaz 2 Armii nakazujący odwrót.

Skrzydła armii rosyjskiej już nie istniały. I Korpus wycofywał się w kierunku Mławy, a żołnierze rosyjscy byli tak wyczerpani i zdemoralizowani, że nie zareagowali na marsz niemieckich kolumn na wschód, w celu przecięcia dróg odwrotu pozostałym siłom 2 Armii. Na prawym skrzydle, dowódca VI Korpusu nie wykonał rozkazu gen. Samsonowa, nakazującemu obronę w rejonie Szczytna: „Całe to zachowanie się dowódcy VI Korpusu, kwalifikuje się właściwie pod sąd wojenny, jest na równi z działalnością dowódcy I Korpusu jaskrawym dokumentem wartości moralnej generalicji rosyjskiej”.

Sytuacja 2 Armii była tragiczna. Wobec otwartych dróg na tyły głównych sił rosyjskich jedynym wyjściem było nakazanie pospiesznego odwrotu. Jednak gen. Samsonow, który 28 sierpnia opuścił swoje stanowisko dowodzenia w Nidzicy i udał się do dowódcy XV Korpusu, stracił możność porozumienia się z pozostałymi jednostkami. Decyzję o odwrocie wydał dopiero wieczorem. Było już jednak za późno. Dwa korpusy rosyjskie, które wysunęły się najbardziej do przodu, a więc XIII i XV zostały otoczone. 29 sierpnia do niewoli dostał się gen. Martos, dowódca XV Korpusu, a resztki jego wojsk zostały wybite lub poddały się na północ od Nidzicy. Z XV Korpusu ocalał tylko jeden oficer, któremu udało się powrócić do Rosji. Podobny los spotkał XIII Korpus, którego dowódca, gen. Klujew, dostał się w ręce Niemców, żołnierze zaś do 30 sierpnia zostali zabici lub wzięci do niewoli w rejonie na wschód od Nidzicy.

Zawiodły próby odsieczy organizowane przez I Korpus, który z niewielkimi stratami w ciągu poprzednich dni wycofał się na Mławę, a 30 sierpnia uderzył w kierunku Nidzicy, zdobywając ją przejściowo. Jednak gen. von Francois szybko zorganizował przeciwnatarcie, które 31 sierpnia odrzuciło Rosjan, ponownie zajęło Nidzicę i zadało im znaczne straty. (...)

Jeńcy

Rosyjscy jeńcy wzięci do niewoli pod Tannenbergiem. Autor fot. Ray Menzer. Źródło: Photos of the War. Domena publiczna

Klęska rosyjska była zupełna. Niemcy wzięli do niewoli ponad 92 000 jeńców (...) zdobyto prawie 500 dział z 636 znajdujących się na uzbrojeniu 2 Armii. Liczbę zabitych i zaginionych szacuje się na około 30 000. Przestały istnieć korpusy XIII i XV, z których uratowało się zaledwie 50 oficerów i 2100 żołnierzy. Korpusy I i VI utraciły po dywizji każdy, a z XXIII Korpusu pozostała tylko jedna brygada. (...).

Przyjechał do mnie jen. Bałanin, niby dla inspekcji, ale na front nie poszedł, słabo się interesował moim meldunkiem, za to trajkotał bez przerwy o sobie. Próbowałem się czegoś dowiedzieć o sytuacji ogólnej na teatrze wojny, ale zbył mnie paroma ogólnikami; gdym wreszcie spytał, kiedy przejdziemy do akcji zaczepnej, odpowiedział żartobliwą uwagą: „Jak to panu pilno do złotej szabli”. Wszystko więc tłumaczy osobistymi powodami.

Taktyczne natarcia - dowodzenie. 5 września przeszliśmy nareszcie do akcji zaczepnej. Na moim odcinku nie wzmocniono mnie, wypadło więc działać w granicach własnych środków. Natarcie nie było łatwe, przeciwnik był dobrze okopany, przygotowanie ataku przez polowe działa słabe, a obrona dzielna; w ciągu doby brygada sforsowała zaledwie czołowe okopy i jeden lasek, poczem utknęła, spotkawszy silny opór Austriaków. Drugi lasek, którego posiadanie decydowało o utrzymaniu atakowanego frontu, został również przez 6 pułk zdobyty, ale energicznym atakiem przeciwnik wyrzucił strzelców z powrotem, nim nadbiegła rezerwa, wysłana zbyt późno przez dowódcę pułku; to częściowe niepowodzenie kosztowało pułk paruset zabitych i rannych; ustaliłem, że winę ponosi pułk. Ganefeld, który wybrał sobie zbyt daleki punkt obserwacyjny. Zapowiedziałem więc, że powtórzenie takiej omyłki wywoła odebranie pułku; widziałem, że moja nagana wpłynęła na winnego pułkownika, zbladł i zmienił się wprost na twarzy. W liczbie ofiar znalazł się zabity pułkownik 8 pułku, a mój ulubieniec, kap. Maksimow, ciężko ranny.

Nowe wyzwania. Po raz pierwszy wypadło mi dowodzić w nowoczesnych warunkach bojowych znaczniejszym oddziałem. Sprawdziłem wkrótce, że obecnie położenie dowódcy jest o wiele trudniejsze. Dawniej trzymał on do pewnej chwili skupione wojsko w ręku, widział prawie całe pole bitwy, teraz, gdy oddziały rozpraszają się w terenie, a zajmują o wiele wieksze przestrzenie, starszy dowódca kieruje nimi przy pomocy sieci telefonów; nie powinien znajdować się zbyt blisko frontu, by zabezpieczyć siebie od bezpośrednich wrażeń boju na jego odcinku, a swą centralę telefoniczna od rozbicia, obiera więc swój punkt obserwacyjny w odległości 2 do 3 km od linii walki, widzi mało, orientuje się przy pomocy telefonów i odgłosów z frontu.

Najgorsze chwile napięcia nerwowego przeżywa się od chwili, gdy pułki są już nacelowane, a wskazówki zegarka zbliżają się do naznaczonej godziny; w miarę rozwoju bitwy zaczyna coraz bardziej dokuczać przymusowa bierność w oczekiwaniu wypadków, rośnie niewiara do bałamutnych często meldunków telefonicznych, pragnienie osobistego sprawdzenia wydanych rozkazów. Opuścić punkt obserwacyjny wolno jednak dowódcy tylko w wyjątkowych wypadkach dla sforsowania decyzji, od której zależy powodzenie boju.

Nikłe w ogóle rezultaty mego natarcia wysunęły jednak moją brygadę tak daleko przed front armii, że nakazano mi wstrzymać czasowo dalsze działania; bardzo mi to dogadzało, bo miałem poważne straty, walka toczyła się prawie bez pomocy artylerii, która wobec polowych okopów była bezsilna. Osobiście pragnąłem również odpoczynku, odprężenia nerwów, oderwania myśli od ciężkich wrażeń. Strzelcy bili się doskonale, były jednak wypadki nie spełniania rozkazów, słabości charakteru, kłamliwych meldunków, wypadło więc parę razy wkroczyć ostro, nawet srogo, sytuacja nie pozwalała na umiarkowanie i wyrozumienie.

Pogodę w czasie boju mieliśmy złą, padał duży deszcz, zabłocił pola, napełnił okopy wodą. Gdy nastała przerwa w działaniach, zaczęły się porządki; nie przeszkadzano sobie wzajemnie, bo u przeciwnika było to samo. Ja też wysunąłem swe locum bliżej naszego frontu. Jestem spokojniejszy, gdy słyszę stale odgłosy jego, wtedy lepiej wyczuwam puls życia brygady.

Ofensywa gen. Brusiłowa. 6 września został zjęty przez gen. Brusiłowa Lwów. Była to poważna rekompensata za porażkę w Prusach Wschodnich; zbliżała ona teren walki ku Węgrom, szachowała prawe skrzydło i tyły armii austro-niemieckich, operujących w Lubelszczyźnie. Opanowanie Lwowa dokonało się po trzech dniach uporczywej walki. Austriacy bronili zacięcie dostępu do miasta 5 korpusami, zostali jednak rozbici.

Zachodni front w skrócie. Niedobrze natomiast działo się na froncie zachodnim. Francuzi, zaskoczeni obejściem ich prawego skrzydła przez Belgię, odrzuceni w Alzacji i Lotaryngii, przegrali bitwy nad Sambrą i pod Charleroi. Rozpoczęli odwrót na południe, pod nieustającym naciskiem Niemców, tylko armie w Wogezach stały twardo. Paryż był zagrożony, rząd wyjechał 2 września do Bordeaux. Strasznie mściło się na Francuzach niezrozumienie charakteru narodu niemieckiego; nie liczy się on z żadnymi traktatami, o ile one nie są poparte siłą materialną. – „Not hat kein Gebot” – to ich hasło przecież.

Pobitewne obrazki. Musiał się jednak zmęczyć i przeciwnik, bo 8 września nie strzelał zupełnie do nas przez cały dzień, tylko od wschodu dochodziły dalekie echa grzmotów armatnich; pogoda była śliczna, wyjechałem więc pod wieczór na spacer, pragnąc uspokoić nerwy czarem gasnącego dnia jesiennego.

Minąłem linię moich okopów i znalazłem się w „nimandes landzie”, ale nawet w zupełnie spokojnym człowieku pokutuje jakiś przekorny chochlik, który mu każe kusić los wbrew rozsądkowi, popycha do zajrzenia śmierci w oczy. Pojechałem więc otwartym polem wzdłuż okopów, odprowadzany nieco zdziwionymi oczyma wyglądających z za nasypu moich strzelców. Nie padł jednak ani jeden wystrzał z tamtej strony. Może i tam zasłuchano się w uroczystą ciszę zapadającego wieczoru, tylko niepokój konia, płoszącego się przy mijaniu leżących w zbożu trupów, psuł mi nastrój. Wkrótce nasunęły się stratowane łany gryki, wydeptane kartofliska, a za niemi pusta, ogłuchła wieś. Martwo spoglądały ku drodze czarne oczodoły wybitych okien, nie dochodził żaden odgłos życia, wiało zewsząd cmentarną ciszą. Wracałem do domu po księżycu przez pola, przesłonięte srebrzystą poświatą księżycową, i gdyby nie łuny kilku pożarów, rumieniące niebo, ogarnąłby mnie całkowicie czar tej cudnej nocy.

Prawdziwy dowódca, to jak kogut, w jajku już pieje. Nazajutrz przed wieczorem zaatakowali mnie Austriacy z ogromną brawurą, wyparli 6 pułk z lasku zajmowanego i usadowili się w nim mocno; wszelkie kontrataki nie udawały się, rezerwy były wyczerpane, faktycznie przeciwnik rozciął mi front i zagroził wejściem na tyły. W tej sytuacji wysłał mi na pomoc dowódca korpusu pułk z rezerwy ogólnej, mógł on jednak nadejść dopiero za dwie godziny, musiałem więc zyskać na czasie, łatałem miejsce przerwane, czym się dało, walka trwła wciąż.

Późno wieczorem zatelefonował do mnie dowódca pułku P., meldując, że dokucza mu bardzo rana, otrzymana przy oblężeniu Portu Artura (przed dziesięciu laty), prosi więc mnie o udzielenie mu urlopu; nie wierząc uszom własnym, zapytałem raz jeszcze, o co chodzi. Pułkownik potwierdził swą prośbę i otrzymał twardą replikę, że rozkazuję mu naprzód uporządkować sprawy bojowe pułku, a potem zająć się swem szanownym zdrowiem.

Koło północy wyjechałem na spotkanie niecierpliwie oczekiwanego pułku; w chwili, gdy się ze mną zrównała grupa jeźdźców, jadących na czele pułku, spytałem: co to za pułk? – Głodny – brzmiała odpowiedź z szeregów, przy zupełnym milczeniu prowadzących pułk oficerów.

Wstrzymałem natychmiast kolumnę, przywołałem dowódcę i udzieliłem mu surowej nagany za to, że nie zareagował natychmiast na bezczelne odezwanie się żołdaków. Pułk kazałem uszykować w batalionowych kolumnach tak, bym mógł być przez wszystkich żołnierzy słyszany.

Póki się to przegrupowanie przy świetle księżyca odbywało, próbował mi dowodca pułku, noszącego dzwięczną nazwę „buzułukskiego”, tłumaczyć, że pułk jest świeżo sformowany, posiada żołnierzy w starszym wieku i, nie mając kuchni polowych, gotuje strawę w kotłach, nie zdążono więc, przy nagłym wymarszu, nakarmić ludzi.

Nie przekonało mnie to. Pulkownik był widocznie niedołęgą, a pułk nie miał potrzebnej karności; wjechałem więc pomiędzy uszykowane bataliony, wywołałem oficerów przed front, skomenderowałem „na baczność” i donośnym głosem opowiedziałem, jak mnie czoło pułku spotkało; w końcu, dodając odpowiedni epitet w stylu czysto rosyjskim, rozkazałem:

Pułk odbierze, zajęty przez wroga, lasek; jeżeli się zawaha, skartaczuję tchórzów; atak rozpocznie się za pół godziny. Wśród grobowej ciszy wyjechałem z czworoboku, za mną wysunął się pułkownik i zalęknionym głosem prosił o bliższe instrukcje. - Atakować zwartymi kompaniami, wprost przed siebie, bez wystrzału i manewru, trzymać mocno łączność wewnętrzną – brzmiała wskazówka.

Rosyjska artyleria w czasie przemarszu

Rosyjska artyleria w czasie przemarszu. Autor fot. George H. Mewes. Źródło: National Geographic Mgazine, Volumen 31

W pół godziny później pułk poszedł do ataku, a parł z taka furią, że jednym uderzeniem z małymi stratami wyrzucił Austriaków z lasku; dla zatrzymania rozpędu musiałem nawet posłać rozkaz wstrzymania pościgu.

O rannym brzasku ustaliła się nareszcie z powrotem linia frontu, zatelefonowałem więc do pułkownika P., że może jechać na urlop. – Kiedy ja się czuję teraz dobrze... – brzmiała odpowiedź. – Być może – odparłem, ale ja się czuję źle, nie mogę liczyć na pańskie zdrowie w ciężkiej chwili, żegnam więc i proszę więcej nie wracać.

Po przejściach nocy ubiegłej zasnąłem jak zabity, nie zważając na muchy i gwar; przebudzenie nie było jednak przyjemne. Z frontu meldowano, że na dwóch odcinkach pozycji austriackiej zauważono po raz pierwszy druty przed okopami. Czyżby przeciwnik myślał trwać na zajmowanych stanowiskach mimo odwrotu lwowskiego i wzmocnił w tym celu obronę?... Postanowiłem sprawdzić to osobiście i udałem się w samo południe na wywiad; meldunek okazał się rzeczywiście słuszny; w słońcu błyszczały druty. Trochę mi się wyciągnęła twarz, zapowiadało to bowiem, przy ponowieniu ataku duże straty. Sztab korpusu również przyjął tę wiadomość poważnie.

Po obiedzie wybrałem się znowu do okopów, na lewe skrzydło. Postawiono tam sławetny pułk buzułukski, miałem więc poważne wątpliwości co do przygotowania bojowego odcinka. Dojście tym razem nie było łatwe, Austriacy uwzięli się jakoś na mnie i poczęli prażyć szrapnelami raz po raz, sprawdzając celownik granatami; wypadło więc manewrować przebiegle, zapadać w rożne dołki, wyczekując stosownej chwili do dalszego biegu..

Pościg. Sprawność pułku nie zadowolila mnie; żołnierze, jeden w drugiego stare, zmęczone chłopy, oficerowie pościągani z całej Rosji, zupełnie nie wyrobieni bojowo. Wypadało pokazywać w każdej kompanii organizację obrony; ciemno już było, gdym opuścił okopy. W pół drogi spotkał mnie szef sztabu z pilnym meldunkiem: patrole podsłuchowe dały znać, że przeciwnik nagle znikł. Kazałem sprawdzić na całym froncie: odpowiedź ta sama. Widoczne było, że się rozpoczął odwrót i to przed chwilą, słyszałem przecież pół godziny temu głosy w austriackich okopach. Prosiłem więc dowódcę korpusu o pozwolenie ścigania czołowemi oddziałami (łatwo było w tych warunkach wywołać u przeciwnika panikę), otrzymałem jednak rozkaz rozpoczęcia pościgu dopiero o czwartej rano.

Austriacy odchodzili pośpiesznie, ale w zupełnym porządku; oprócz połamanych gratów, nic nie pozostawili za sobą. Po drodze zboczyłem do ich okopów, by się przekonać, jak wygląda z bliska zaobserwowane z dnia poprzedniego odrutowanie; w rzeczywistości nie przedstawiało się ono groźnie: naciągnięto na słupkach jeden rząd ogrodowego drutu gładkiego. Taką przeszkodę wziąłby z łatwością lada cielak, a nam z daleka wydawało się to bardzo poważnie. Wiadomo – strach ma wielkie oczy! Dla niepoznaki okopy były dobrze zamaskowane słomą;pole dokoła usiane blaszankami od konserw, tekturowymi pudełkami, kawałkami papieru, za frontem parę krzyżyków na samotnych mogiłkach...

Drogi ożywiły się od razu; od południa ciagnęły tabory z wywiezionym dobytkiem, kobietami i dziećmi, szli chłopi, niosąc w workach i tobołach uratowane mienie, wracała widocznie do swych zagród, usunięta przez Austriaków przemocą ze strefy przyfrontowej ludność wiejska. Nasz chłop opuszcza swą chatę dopiero wtedy, gdy mu strzecha nad głową stanęła w ogniu, lub pod przymusem.

Nasunęła się pierwsza wieś, nie dotknięta klęską wojny; oko z lubością zatrzymywało się na wyglądających z za drzew białych ścianach schludnych chat, dokoła których krzątały się ubrane barwnie kobiety; nad stawem dokazywała gromadka dzieci, pod krzyżem, przystrojonym wstążkami i kwiatami, zawodził stary dziad, a otwarte drzwi kościółka zapraszały do wejścia na pacierz.

Na polach stały żółte stogi słomy, czerwieniły się kopy gryki a wkoło rozpoczęto już jesienną pracę. Orzą, bronują i sieją pracowici gospodarze...Tu powróciło święte prawo pracy pokojowej.

A najeżony bagnetami, nie mieszczący się w granicach horyzontu, wąż ludzki pełz wolno od świtu do mroku poprzez niziny i pagórki, ku swemu przeznaczeniu, zostawiając za sobą po obu stronach drogi wyślizgane pasy twardego gruntu.

Źródła: Przedruk fragmentu z publikacji książkowej ”Burza Dziejowa”. Pobrano z Domeny publicznej; https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Tannenbergiem.

Wybrał i zestawił: Leonard



Autor artykułu : Eugeniusz de Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com