Dziwny charakter miało ściganie przeciwnika; wyglądało to tak, jak gdyby naszemu dowództwu zależało na spokojnym odejściu Austriaków. Codziennie robiliśmy tyle wiorstw, co i oni; zwykle koło czwartej godziny po południu moja przednia straż dochodziła do miejsca nakazanego noclegu.
Nieprzychylna ocena rosyjskiej taktyki. Wtedy przeciwnik znajdował się o cztery do pięciu wiorstw od nas. Można więc było go łatwo nacisnąć i zdezorganizować mu odwrót, bo ruch jego tamowały ciężkie tabory, ciągnące przodem. Prosiłem parę razy o pozwolenie wysunięcia się w tym celu poza naznaczony mi punkt noclegu i stale otrzymywałem odmowę. Nie rozumiałem również, co się stało z jazdą rosyjską, której było chyba dość; powinna była kąsać przeciwnika od strony jego skrzydeł. Miałem więc na froncie tylko drobne starcia ogniowe; moralnie czułem się doskonale; wymiatało się wrogów z Kongresówki. Miałem nadzieję, że zmusi się ich do opuszczenia Małopolski; z dużą pociechą obserwowałem również, że południowa część ziemi lubelskiej nie była zniszczona przez wojnę.
Walki w Małopolsce (Galicji). Z terenu Galicji austro-węgierski szef sztabu generalnego Conrad von Hötzendorf, licząc na trudności mobilizacyjne Rosjan, rozpoczał natarcie wyprzedzające w kierunku północnym na Lublin. Rosjanie zostali pobici kolejno w bitwach pod Kraśnikiem i Komarowem. Wkrótce Rosjanie rozpoczęli główną ofensywę, uderzając ze wschodu w kierunku Lwowa, w wyniku czego mniej liczebna armia austro-węgierska wycofała się aż za rzekę Dunajec, oddając bez walki stolicę Galicji w ręce Rosjan i pozostawiając oblężoną twierdzę Przemyśl za linią wroga.
Rosjanie przeszli do kontrofensywy, a ich wojska zajęły we wrześniu prawie całą Galicję (Bitwa galicyjska). W walkach tych znaczący udział po stronie austriackiej miały też I i II Brygada Legionów Polskich. (Wikip...).
Wiadomość i jej konsekwencje.14 września kolumna moja skrzyżowała się z 18-tą dywizją na popasie; generała Bałanina zastałem przed leśniczówką. Opowiedział mi on, że o parę wiorst dalej ciągnie lasem duża kolumna austriacka w kierunku wsi Lipa niedaleko Sanu, i że zapewnie dziś jeszcze przeciwnik przeprawi się za rzekę.
Rosjanie w ofensywie.Tymczasem wojska gen. Ruzskiego na kierunku lwowskim zmusiły do odwrotu armię von Brudermanna, bijąc ją kolejno nad rzekami: Gniła Lipa (26-28 sierpnia) i Złota Lipa (29 sierpnia – 1 września). Nie powiodła się próba kontrataku podjęta przez austriacką 2 Armię i prawe skrzydło wojsk austro-węgierskich znalazło się w odwrocie. Von Hötzendorf pogodził się z chwilową utratą Lwowa, Rosjanie wkroczyli do stolicy Galicji 3 września). Żeby ratować sytuację, postanowił przeprowadzić kontrnatarcie na tym zagrożonym odcinku, wykorzystując powodzenie na swoim lewym skrzydle. Armia Affenberga miała teraz zwrócić się na południe, aby wesprzec cofające się prawe skrzydło i pobić armie Ruzskiego i Brusiłowa. (Wikip...).
Reportaż z bitwy. Zdarzała się doskonała okazja uderzenia na przeciwnika w krytycznej dla niego chwili, zaproponowałem więc generałowi wspólną akcję, lecz on odparł – ani myślę. Droga idzie cały czas lasem, nie chcę więc wciągać dywizji w ryzykowny bój leśny, który uniemożliwia prawidłowe kierownictwo. Może pan to zrobić na własną rękę; od naszego prawego skrzydła prowadzi tam leśna dróżka, która również kończy się w Lipie.
Bardzo mi to przypadło do usposobienia, prosiłem tylko Bałanina, by ze swej strony nacisnął również przeciwnika od tyłu, gdy uslyszy u mnie strzały. Zgodził się na to; nim odjechałem, wydano dowódcy brygady, gen. Michajłowowi, odpowiedni rozkaz.
Poprzedzona przednią strażą, ruszyła brygada po krótkim odpoczynku w las; na wąskiej drożynie wlekliśmy się niesłychanie wolno, wysforowałem się więc stopniowo ku czołowym kompaniom. Po dwóch godzinach spokojnego marszu zauważyłem, że las zaczyna przeświecać, a z lewej strony poprzez drzewa wyjrzało otwarte pole. Przeszło jeszcze kilka minut, i moja przednia straż rozsypała się nagle w tyralerię bez wystrzału i maskowana wciąż drzewami, przesunęła się w lewo na skraj lasu. Spojrzałem w tym kierunku: w odległości może kilometra posuwała się ku południowi długa kolumna piechoty; jej głowa ginęła w rozleglej wsi, ogon zaś tkwił gdzieś w lesie; widoczne było, że nie domyślano się dotychczas o naszej obecności na skrzydle.
Chciałem doczekać nadejścia brygady i uderzyć wtedy na przeciwnika, ale zabrakło mi na to czasu. Z lasu wysunął się ku nam boczny oddział zabezpieczający, musiał on wkrótce zdradzić nasze incognito, postanowiłem więc wyzyskać na razie czynnik zaskoczenia.
Zagrzmiały pierwsze salwy, widać było padających ludzi, w kolumnie wszczęło się zamieszanie, jacyś konni pocwałowali przez pole, rozległa się bezładna strzelanina. Trwało to jednak zaledwie parę minut; widocznie dowództwo opanowało energicznie zarodek paniki. Od kolumny pobiegła ku nam długa, gęsta tyraleria, zapadła szybko w kartoflach i prysnęła gęstym ogniem. Bzyknęły pierwsze kule, za nimi nadleciały całe roje , ale widocznie celowniki były ustawione za wysoko; siekły więc kule gałązki w koronach sosen, a gdy która trafiła w drzewo, ukazywał się biały obłoczek, rozlegał się syk rozlatujących się cząstek metalu; widocznie strzelano przeważnie kulami eksplodującymi. Wkrótce jednak bzykanie kąśliwych os koło uszu zrobiło się dokuczliwe, chociaż straty były wciąż minimalne: strzelcy byli dobrze ukryci za drzewami.

Obsługa austriackiej artylerii. Fot. pobrano z Wikipedii.
Po pewnym czasie przemówiła i artyleria austriacka, haubice zarzuciły skraj lasu granatami i przytłumiły nieco ogień naszej tyralerii. Skorzystał z tego przeciwnik i podparty nowymi falami, pognał ku lasowi, zapadając niekiedy w nizinkach; grząski teren utrudniał jednak ruch o tyle, że prawie zwarte linie rozbiły się wkrótce w szereg nieskoordynowanych grup. Lecz w natarciu tym nie widziałem nic groźnego. Austriacy byli w pełnym odwrocie, chcieli więc tylko mnie odpędzić, by zabezpieczyć sobie spójną przeprawę przez San. Na razie jednak położenie moje nie było świetne: w linii bojowej miałem zaledwie jeden batalion, w rezerwie nic, a starcie wręcz już się zaczęło. Otaczając moich strzelców z obydwu skrzydeł, zaczęto ich spychać w głąb lasu, a artyleria austriacka przeniosła ogień na moje tyły. Wybuchy bomb, trajkotanie kulomiotów, trzask łamanych drzew, krzyki, przekleństwa napełniły piekielnym hałasem cały las, a kłębiące się grupy walczących posunęły się ku mnie tak blisko, że dobyłem szabli.
Ale w ostatniej prawie chwili nadbiegł z głębi lasu batalion strzelców z pułkownikiem Ganefeldem na czele. Wskazałem mu ręką na nacierającą ciżbę, odsalutował szblą i rzucił sie na czele strzelców w sam wir walczących. Wszystko się skotłowało, widziałem jednak, jak ogromny Austriak przewrócił bagnetem Genefelda, a ciżba żołnierzy nakryła ich natychmiast. Strzelcy stopniowo brali górę, wypierali zwolna przeciwnika ku skrajowi lasu, skierowałem więc dwie ostatnie kompanje pułku na lewe skrzydło, gdzie położenie było najtrudniejsze.
Nareszcie nawinął się lekarz z sanituriaszami; kazałem mu zaraz znaleść rannego pułkownika, sam zaś zająłem się nadjeżdżającą baterią mych haubic. Strzelać w lesie nie mogły, przeszkadzały mi tylko; huk pękających dokoła pocisków płoszył konie, przewróciły się dwa działa, połamały dyszle. Cofnąłem z trudem baterie w spokojniejsze miejsce.
Pułkownika znaleziono; był ciężko ranny w brzuch, nie stracił jednak przytomności i prosił, by go do mnie przyniesiono – czy spełniłem dzisiaj swój obowiązek – spytał z lekkim uśmiechem na zbielałej twarzy.
Skinałem głową, nie mogąc przemówić słowa ze wzruszenia. Zmazałem więc swą winę, pożegnaj mnie, generale, ja umrzeć muszę. Ucałowałem z ciężkim sercem biedaka; w parę godzin później umarł.
Położenie moje było jednak wciąż poważne; przeciwnik otrzymał posiłki i długo nie dawał się wyprzeć z lasu. Dopiero nadejście 7-mego pułki pozwoliło ustalić pewną równowagę, ale przez jakiś czas musiałem osobiście wprowadzać do walki przybywające kompanie. Gdy się więc dowódca pułku nareszcie ukazał, zrobiłem mu uwagę, że trzyma się zbytnio na tyłach; odpowiedź wypadła dla mnie niezbyt przyjemnie. – Jeździłem po rozkazy do Waszej Ekscelencji – odparł ostro – szukałem jednak pana za sobą, a nie w tyralierze. – na tę replikę nie znalazłem odpowiedzi; zdaje się, że pułkownik Suchotin miał rację.
W końcu nadeszły pułki 5-ty i 8-my; wtedy wyparto Austriaków ostatecznie z lasu, na skraj wytoczono na rękach baterię haubic, a ogień jej okazał się wkrótce bardzo skuteczny. Przeciwnik począł się zwolna cofać. Postanowiłem więc do decydującego natarcia; tyralerie moje natarły ostro, impet szybko wrastał, rozległy się miejscami okrzyki „hurra” i prawie nagle nastąpił przełom. Austriacy zerwali się do ucieczki, grzęznąć raz po raz w bagnistej łące, w ślad za nimi biegli strzelcy i grzęźli również; ogień prawie ustał.
Niebezpieczna wpadka. Dla przyśpieszenia rozwiązania kazałem szarżować sztabowej sotni kozackiej. Dońcy poszli z miejsca ostro, ale ustali szybko, konie zaczęły zapadać się po brzuchy. Ja z dwoma oficerami sztabu jechałem drogą na skrzydle ataku, zajęty przebiegem walki, i nie zauważyłem nawet, że minąłem własną tyralerię oraz pierwszą falę austriacką; opamiętałem się, gdy już było zapóźno i dookoła siebie widziałem tylko granatowe kurtki. Odwrót miałem odcięty, słyszałem jednak, że Austriacy nawoływali się po polsku; wstrzymałem więc konia i zacząłem wołać: - chłopcy zbierajcie się do mnie na drogę, już po bitwie jesteście otoczeni. Polska mowa i pozorny mój spokój trafiły do żołnierzy; wszystko zaczęło się złazić ku mnie, i po kilku minutach byłem otoczony gromadą spoconych twarzy, nie objawiających żadnych złych zamiarów. Strzelcy moi byli jednak jeszcze o jakieś trzysta kroków, trzeba było zyskać na czasie; spytałem więc żołnierzy z jakiego byli pułku; odpowiadało mi po kilku naraz, że są z czwartych pułków i sami Polacy, a jeden duży chłop z pyzatą gębą począł się zaklinać, że „ że ja do was nie strzelałem, nic mi po tym bom ja piekarz”. Odpowiedziałem mu na to, że jest gałgan, bo skoro został żołnierzem, powinien spełnić obowiązek żołnierski; uwaga moja podobała się żołnierzom. A widzisz – wołali – żeś dureń, sam pułkownik moskiewski potwierdził to! Tymczasem doszło już do okalającego mnie pierścienia austriackiego kilkudziesięciu moich strzelców, dalsza rozmowa była niepotrzebna; kazałem jeńcom złożyć broń i odejść pod eskortą na tyły.
Po bitwie. Na razie zostałem na miejscu. Słońce już zachodziło; po całym polu zbierały się grupy rosyjskich i austriackich żołnierzy, łączyły się w doskonałej komitywie i ściągały co trzeba, gwarząc; wystrzyły ustały zupełnie. Zebrała się również moja niefortunna sotnia, skonfundowana trochę nieudana szarżą. Od zachodu słychać było jednak silny ogień karabinowy. Posłałem tam kozaków dla wywiadu, a za moim przeciwnikiem skierowałem przednią straż; zbiórkę brygady naznaczyłem w Lipie. Zebraliśmy się dopiero o zmroku; zameldowano mi wówczas o zdobyciu 32 kulomiotów i dużej ilości jeńców. Ilu wzięto nie wiedział nikt; zbierano ich po bagnach i lasach i kierowano partiami wprost do sztabu korpusu. Zorganizowane oddziały przeciwnika znikły jednak gdzieś, a moja przednia straż nie mogła się wysunąć nad San, gdyż walcząca na zachód ode mnie 37-ma dywizja piechoty prowadziła silny ogień karabinowy aż do późnej nocy, tamując mi dostęp do Sanu. Wywiad strzelców stwierdził, że w tym kierunku nie ma nikogo; dałem więc o tym znać dowódcy dywizji, by nie marnował na darmo amunicji, walcząc z próżnią.
Nocleg – wiązkę słomy przygotowano mi w jakiejś chacie. Pomimo dużego zmęczenia nie mogłem jednak usnąć; wyobraźnia nasuwała mi coraz to inny obraz stoczonej bitwy. Dała mi ona zwycięstwo, pozostawiła jednak uczucie pewnego niezadowolenia z samego siebie, zadrasnęła boleśnie duszę.
Wojenny rachunek sumienia. Jako żołnierz i oficer, nie miałem sobie nic do zarzucenia; nie doznałem uczucia strachu, może dlatego, że ciążyła na mnie zbyt duża odpowiedzialność za życie tysięcy ludzi, nie straciłem również ani razu głowy. Gorzej było z moim dowodzeniem; można było wytłumaczyć moją obecność w czołowym batalionie w czasie boju przypadkowym charakterem jego, ale udział w szarży sotni kozackiej, wysforowanie się przed własną tyralerię mogło z łatwością wywołać zupełnie zbędną moją śmierć. Zachowanie takie nie odpowiadało powadze mego stanowiska, dałem się unieść temperamentowi, wolałem więc o tym nie opowiadać nikomu; puściłem nawet mimo uszu parę zjadliwych aluzji mego szefa sztabu. Noc miałem ciężką; w miarę, jak mijało podniecenie nerwowe, rosło w duszy uczucie przygnębienia. Przecież musiałem walczyć przeciwko braciom z za kordonu, przelewać ich krew i nic na to poradzic nie mogłem; obyśmy się więcej nie spotykali...
18-sta dywizja nie pomogła mi nic. Gdy generał Michajłow usłyszał kanonadę na mym odcinku, zatrzymał brygadę w lesie, okopał się, wystawił dwie baterie i wszczął ogień wprost przed siebie – „na vivat” chyba.
Ledwo dniało, wstałem z barłogu; chciałem czem prędzej uporządkować brygadę. Nocowała oczywiście w zupełnym nieładzie, nie z własnej zresztą winy.
Walkę prowadzono frontem na wschód, przeciwnik cofnął się na południe, dostęp do Sanu odcięła swym ogniem 37-ma dywizja, a ciemna noc uniemożliwiła orientację; zamieszanie zwiększyły tabory, które nadeszły późno i stanęły tam, gdzie im było wygodniej, a wypadło to pomiędzy przednią strażą a głównymi siłami.
Namierzani. Przy raporcie dowodców pułków doszedł nas od strony Sanu odgłos kilku wybuchów. Przypuszczaliśmy, że Austriacy wysadzili w powietrze mosty, ale w parę minut później wybuchy poczęły się zbliżać i wkrótce ukazały się pędzące w dzikim popłochu od strony rzeki wojskowe wozy, luźne konie i pojedynczy ludzie. Ledwieśmy zdążyli odskoczyć na płot, zapełniła się ulica uciekającymi taborami; to austriacka ciężka bateria namacała ich i wywołała panikę.
Nie uległy jej jednak oddziały brygady, stanęły w ciągu paru minut pod bronią, a pułk 6-ty wysunał swą tyralerię nad San. Wymarsz do rejonów, wyznaczonych oddziałom, odbył się w zupełnym porządku; oddziały dla zmniejszenia możliwych strat szły w rozwiniętym szyku. Gdym siadał na koń, pękł pocisk między kulbaczącymi konie moimi ordynansami, mnie ogłuszyło nieco, ale utrzymałem się w siodle, dwóch kozaków rzuciło o ziemię, z trzeciego nie zostało prawie nic, konie zaś pokaleczyło.
Jechałem przy jednej z kompanii. Pociski kładły się dziwnie regularnie przed lub za nami. Przykre bardzo jest uczucie, gdy nadlatuje „ciężki przedmiot”: ucho łowi zbliżający się z daleka, a coraz przenikliwszy skowyt, gdy pocisk leci nad głową, wyje wprost groźnie metalicznym głosem, potem następuje błysk, huk, wytryska z ziemi olbrzymia fontanna ziemi, zmieszanej z płomieniami, dymem i odłamkami pocisku; wtedy następuje odprężenie, ginie cień śmierci, która musnęła żołnierza swym skrzydłem. Ani jeden pocisk nie trafił nas, odeszliśmy spokojnie na wyznaczone biwaki.
Przypuszczałem, że przeciwnik miał dobry punkt obserwacyjny na wieży smukłego kościółka za Sanem; jeżeli się to spostrzeżenie potwierdzi, będę go musiał stamtąd wykurzyć.
Przeprawa przez rzekę San. Doba minęła, nim nadeszły od dowódcy korpusu dalsze rozkazy: miałem sforsować przeprawę przez San. Dodano mi jeszcze trzy dywizjony artylerii, dwie brygady piechoty i park pontonowy, miałem więc razem 24 bataliony, czyli prawie korpus; ale nikt ze starszych generałów nie kwapił się do objęcia komendy, woleli ustąpic mi wątpliwe laury.
Warunki przeprawy nie były łatwe. Małem jej dokonać na szczupłym odcinku Sanu, nie mając miejsca dla manewru demonstracyjnego; musiałem uderzać wprost przed siebie na przeciwnika, zajmującego stanowisko tuż za rzeką, nie posiadającą brodów. By w tych warunkach przerzucić most na drugi brzeg, należało przede wszystkim odeprzeć Austriaków. Mogła to uczynić jedynie artyleria; nim się jednak ustawiło baterie, poprawiło drogi i przygotowało park mostowy, minęła jeszcze doba. Tymczasem wysunąłem skrycie na brzeg rzeki do okopów jedną brygadę piechoty, dla ewentualnej akcji ogniowej.
Mieliśmy więc dwa dni względnego wypoczynku. Działa grzmiały coprawda, ale głównie w celu wstrzeliwania się. Nadeszła wreszcie z dawna oczekiwana poczta: Niemcy cofnęli się spod Radomia, dobrze więc, że mnie zabrano z Dęblina, przykro byłoby znaleść się na tyłach w takiej wojnie. Zauważyłem z rozmowy telefonicznej ze sztabem korpusu, że mam tam trochę życzliwych, którzy chętnie dzielą się moim powodzeniem; między nimi był i Bałanin. Niech mu służy, ja walczę nie o to, co go pociaga! Nadjechał z z tyłów mój automobil, przywieziono go czwórką koni, nie może bowiem przebrnąć przez miejscowe piaski i trzęsawiska.
Przeprawa poszła gładko. Skoncentrowany o świcie ogień wszystkich baterii wypłoszył przeciwnika z okopów i zmusił go do szybkiego odwrotu. Przypuszczam zreszta, że Austriacy nie zamierzali bronić uporczywie przejścia przez San, ich artyleria strzelała mało; straty miałem minimalne. Pod osłoną przerzuconego na łodziach oddziału, postawiono w ciągu dwóch godzin solidny most pontonowy. Tegoż dnia otrzymałem nagrodę za pomyślne dokonanie przeprawy – dowódca korpusu wyraził zdziwienie, że tak dużo zużyłem na nią pocisków, a szczególnie granatów, nie wskazał mi jednak innego sposobu sforsowania rzeki, gdy nie mogłem zastosować czynnika zaskoczenia.
Włączono nasz korpus do 9-tej armii; dowodził nią generał Leczyckij. Okazało się, że marsz nasz na południe miał na celu odrzucenie przeciwnika ku Wiśle, ale operacja nie udała się z powodu marnych dróg i marudzenia lewego skrzydła frontu. Dankl uszedł względnie spokojnie za San.
Wieści z zachodniego frontu. W nocy otrzymaliśmy radosną, długą depeszę: Francuzi odnieśli nad Marną ogromne zwycięstwo. Miało ono olbrzymie znaczenie. Katastrofa wisiała w powietrzu, a wtedy cała kampania byłaby przegraną.
Porażkę Niemców wywołało bezpośrednio przerzucenie parę korpusów z prawego skrzydła ich frontu do Prus Wschodnich; doprowadziły one co prawda do zniszczenia 2-giej armii rosyjskiej, ale za to zabrakło sił we Francji w chwili stanowczej, gdy na Niemców uderzyła znienacka od strony Paryża 10-ta armia generała Manuoury. Wtedy nastąpiły ciężkie zmagania, aż nareszcie ogólny kontratak na całym froncie zmusił wroga do odwrotu.
Należy tu podkreślić z najwyższym uznaniem niezłomny duch armii francuskiej, którego nie zachwiał trzytygodniowy odwrót. Wiadomo przecie , że nic tak nie demoralizuje żołnierza, jak długi odwrót, który zaczepia w nim stopniowo przekonanie o wyższości przeciwnika. Taki hart posiadają tylko armie narodów o wysokiej kulturze. Może nastąpi teraz punkt zwrotny kampanii.
Sforsowana rzeka i odwiedziny u Lubomirskich. Szybko przeprawiła się brygada po moście i ruszyła na Rozwadów. Po drodze widziałem porzuconą przez Austriaków baterię haubic; była to pierwsza oznaka rozpoczynającej się dezorganizacji marszu odwrotowego; przeciwnika nie było.
W obawie rabunków ruszyłem z przednią strażą; droga prowadziła obok rezydencji ks. Lubomirskiego; gdym dojeżdżał do parku, zauważyłem ciągnące od pałacu w różne strony sznury niby pracowitych mrówek; byli to chłopi i chłopki, objuczeni tobołami z łupem, zdobytym w pałacu.

Pałac księcia Lubomirskiego - Stalowa Wola - Rozwadów. Fot. pobrano z: fotopolska.eu.
Wszedłem do środka; widok był niesłychanie przykry, rabunek ohydny, meble połamane, obrazy zdeptane, rozrzucone po podłodze razem z podartymi książkami z biblioteki; drzwi w szafach wyłamane, zawartość zrabowana; tylko piękna zbrojownia myśliwska była nietknięta. Ze słów służby dowiedziałem się, że tu przez dwa dni gospodarowali austriaccy żołnierze a potem chłopi; dopiero przed godziną nadjechali kozacy i dobrali się do piwnicy. Wypłoszyłem ich natychmiast nahajami, jeden tylko zdążył się spić do utraty przytomności. Zauważyłem, że oficerowie moi patrzyli łakomie na piękną broń, zapowiedziałem więc, że zabranie czegokolwiek uważałbym za grabież, pociągającą za sobą sąd wojenny. Pomogło to tyle, że broń tę podzielili między siebie oficerowie sztabu korpusu.
Dalszy marsz mieliśmy naznaczony za 37-ą dywizją piechoty, ruszyliśmy więc dopiero o zmroku, ale w Rozwadowie zajęły nam drogę jakieś nadprogramowe kolumny; stnęliśmy więc na długie godziny. Miasteczko, rozgrabione przez Austriaków, zostało podpalone przez rosyjskie pociski. Mieliśmy więc bezpłatną iluminację, którą gasił tylko litościwy deszcz; ludność, wyłącznie Żydzi, pochowała się po piwnicach lub rozbiegła po okolicy.
Znudziło mi się moknąć beznadziejnie, zaszedłem więc do najbliższego domu; jakiś stary Żyd zaświecił nam kaganek. Trafiłem nieświetnie: dach był rozbity pociskiem, w suficie czerniała duża dziura, mieszkanie było zasłane połamanymi meblami; znalazłem jednak suche miejsce i mniej więcej całe krzesło. Siedziałem tak parę godzin. Ruszyliśmy dopiero późno w nocy, ale za miastem zajechały nam znowu drogę tabory, sąsiedniego korpusu; nowa przeszkoda, a tu rozigrała się burza z piorunami, deszcz lał jak z cebra. Szukając ochrony przed ulewą, trafiłem wreszcie na porzucony przez Austriaków szpital, ale pełen chorych zakaźnych; nowe poszukiwania, i nareszcie spocząłem na jakiejś kanapce, uzyskanej groźbą w stojącym na uboczu domku. Niedługo jednak spałem, o świcie ruszyliśmy dalej. Chaos ubiegłej nocy zmęczył mnie jednak, a tabory nasze ugrzęzły gdzieś, nie jedliśmy więc całą dobę i nie mogliśmy zmienić przemoczonej bielizny. Sztab korpusu nocował u Lubomirskich i z braku czegoś lepszego najadł się książęcych konfitur.
Zmiany w dowodzeniu. Nazajutrz wyszliśmy nareszcie z bagien, piasków i lasów smutnej doliny Sanu. Okolica poczęła nieco falować. Austriacy nie stawiali oporu. Po drodze leżało trochę porzuconych wozów, jeszcze z amunicją, ciężkie działa, padłe konie. W końcu przemarszu dogonił mnie jakiś generał i przedstawił się jako Jabłoczkin, mianowany dowódcą 2-giej brygady strzelców. Zrobił on na mnie bardzo niemiłe wrażenie, może dlatego, że mnie nieoczekiwanie wysadził z siodła. Przyzwyczaiłem się do brygady, a ona do mnie, ale nie było rady, pożegnałem się z pułkami i wróciłem natychmiast do dywizji.
Zastałem sztab w prymitywnych warunkach; pięciu oficerów siedziało w ubogiej chacie tak niskiej, że głowa moja sięgała sufitu, a okienko pasa. Zresztą w namiocie byłoby jeszcze gorzej, mżył drobny deszczyk, pogoda była zgniła, mgła przenikała do kości; pocieszaliśmy się więc jak najgorętszą herbatą w dużych ilościach.
W dwa dni później nastąpiła nowa zmiana. Bałanin dostał korpus, mnie zaś rozkazano objąć etatowo 18-tą dywizję. Z tej nominacji byłem zasadniczo zadowolony, bo znałem pułki z poprzedniej służby. Przed wyjazdem Bałanina mieliśmy pewne divertissement: gdy I brygada zbliżała się do wsi, gdzie był naznaczony nocleg, spotkał ją silny ogień karabinowy i armatni; ja z Bałaninem jechałem przed głównymi siłami, zaproponowałem więc zajęcie punktu obserwacyjnego na wzgórzu obok stodoły. W kilka minut później nadleciał pierwszy pocisk, potem drugi, trzeci i jeszcze kilkanaście; musiał nas widocznie ktoś z tamtej strony dojrzeć, chociaż konie zostały na drodze. Wycofaliśmy się więc na spokojniejsze miejsce w oczekiwaniu na przebieg wypadków; nie wypadło nam długo czekać. Austriacy, zagrożeni obejściem, cofnęli się pospiesznie. Straty mieliśmy nieduże, zginął jednak jeden pop pułkowy, gdy z sanitariuszami zbierał rannych; żałowaliśmy go, jako wyjatkowo porządnego człowieka.
Zamieszkaliśmy u księdza. Postój miał trwać dwie doby; bardzo to nam dogadzało, gdyż kwestia posiłków i noclegów była ostatnimi czasy zupełnie zaniedbana. Po kolacji Bałanin w świetnym humorze opowiadał, powołując się na mnie, jakim to niebezpieczeństwie byliśmy niedawno; nie oponowałem z grzeczności, ale w duchu stwierdziłem, że ludzie komentują sobie napięcie niebezpieczeństwa nader rozmaicie.
Nominacja i wojenne noclegi. Dalsza droga prowadziła na południowy-zachód, ku Wisłoce. Pogoda psuła się coraz bardziej, padały często deszcze, slońce wyziębło, czuć było w powietrzu październik. Stosunek ludności do wojska był spokojny, niekiedy życzliwy. Grabieży stanowczo nie dopuszczałem, przeciwnie, eksploatowano nas ciągle; o lada drobiazg robili na kmiotkowie takie piekło, że płaciło się im wielokrotny koszt poniesionej straty. Gniewałem się tylko i groziłem, gdy pomstowano o słomę; mieli jej bardzo dużo, a noce zimne, wilgotne, nic więc dziwnego, że się żołnierze zakopywali w nią. Obywatele i Żydzi wyjechali, bali się ryzyka.
Nie śpieszyliśmy się zbytnio; trzeba było podciągać i uporządkować tabory, zorganizować piekarnie; będziemy więc jedli świeży chleb, suchary są niby smaczne, gdy się je rozmoczy w herbacie, ale przy innym akordzie kulinarnym wymagają za dużo pracy szczęk.
Zawiadomiono mnie urzędownie, że nominację moją poparł już dowódca armii, musi ją jednak zatwierdzić naczelne dowództwo. Na moje miejsce został mianowany fliegiel-adjutant Żytkiewicz, mój dawny kolega, elegancki, piękny mężczyzna; bojowych zalet jego nie znałem. Jeden nocleg wypadł mi w leśniczówce; gospodarz uciekł, zabrawszy najcenniejsze rzeczy, i pozostawił nam puste izby. Czego nie wywiózł, zakopał w ogrodzie, a uczynił to tak niezręcznie, że w otwartych dołach było widać materace, puste kufry i inne graty; zostawił również furaż, braliśmy go darmo, bo nie było komu płacić.
Zajęcie miasta Mielec. 23 września zajęła moja awangarda miasto Mielec nad Wisłoką. Austriacy ustąpili bez walki, ostrzeliwali tylko jakiś czas dalekim ogniem centrum miasta, głównie kościół; moja artyleria pogadała też trochę, ale kazałem zaprzestać, szkoda pocisków. Pamietając o losie Rozwadowa, mianowałem z góry komendanta miasta z najsroższymi instrukcjami, co do utrzymania porządku; dzięki temu zarządzeniu nie było ze strony dywizji żadnych nadużyć. Z inteligencji pozostał w mieście tylko aptekarz, który był jednocześnie burmistrzem; trochę mu było z początku niejako, ale w ogóle robił, co do niego należało, porządnie. Moja poprawna polska mowa dodała mu otuchy. Dla uniknięcia grabieży wydałem krępujące nieco ludność, ale niezbędne przepisy. Tu zobaczyłem nie widziane od dawna tory kolejowe, wspomnienie życia w warunkach kultury. Cała inteligencja uciekła z miasta. Rozumiem, że musiały to uczynić rodziny wojskowych i urzędników, ale dlaczego wyjechali ludzie niezależnych profesji, nie rozumiem.
Komendant zameldował mi, że w godzinę po zajęciu miasta przyjechało powozem dwóch oficerów sztabu 37-ej dywizji piechoty; zajechali do składu wina i zabrali najlepsze gatunki, nie płacąc za nie. Rozgniewało mnie to, pojechałem więc natychmiast autem do dowódcy tej dywizji, gen. Zajaczkowskiego (Rosjanina); gdym mu powiedział, poco przyjeżdżam, zmieszał się nieco, niby zdziwił, i wycedzil przez zęby, że tę kwestię zbada. Poprosiłem go z naciskiem, by się pospieszył, bo właśnie jutro złożę meldunek o przebiegu zajęcia miasta. Zrozumiał, że sprawy tej nie pozwolę zbagatelizować, i obiecał mi dzisiaj jeszcze dać wyjaśnienie, żegnając się zaś, przypomniał sobie nareszcie: „Rzeczywiście coś o tym słyszałem, zresztą wino było zupełnie marne”. To zakończenie było paradne; wieczorem odesłano cały transport z wyjątkiem kilku butelek.
Most na Wisłoce był spalony, prom zniszczony, a cały nurt na miejscu przeprawy zarzucony budulcem i gałęziami. W przewidywaniu dalszego marszu kazałem postawić most pontonowy. Gdy saperzy zaczęli wyciągać drzewa, nastąpił wybuch, który jednemu z żołnierzy urwał głowę; całość okazała się podminowana. Przy zastosowaniu niezbędnej ostrożności, wyciągnięto z wody dwadzieścia ładunków; niektóre wybuchły, ale bez dalszych nieprzyjemnych skutków; ostatecznie most stanął, i wywiad poszedł za rzekę, nie spotkał jednak w odległości dziennego marszu przeciwnika.
Przypadkiem podsłuchałem telefoniczną rozmowę o sobie dwóch szefów sztabu, dawnego i obecnego; ten dawny ostrzegał co do mej osoby nowego: - Bardzo gorący, trzymaj go pan za poły, ciągle prze naprzód. Zapamiętałem to sobie jako wskazówkę na przyszłość.
Przyprowadzono mi trzech kadetów z Połocka w wieku 17 – 18 lat; przyszli piechotą z Lublina, nie mieli palt i zapasowej bielizny, błagali o przyjęcie ich jako ochotników do korpusu, uciekli bez wiedzy rodziców i władzy szkolnej. Przydzieliłem ich na razie do artylerii, niech pracują przy telefonach, a rodzicom dałem znać.
Siedziba hrabstwa Oborskich. Zamieszkałem w „pałacu” hr. Oborskiej; naturalnie, po kurnych chatach było mi tu bardzo wygodnie, zasadniczo jednak raziło tandetne urządzenie rezydencji, liche umeblowanie; łazienka istniała, ale wanna była przerdzewiała, niezdatna do użytku. Urządzono więc mi kąpiel w mieszkaniu opuszczonym przez właściciela, adwokata. Z ogromną przykrością obszedłem pokoje. Jacyś maruderzy zakradli się tu przed naszym wejściem i „oporządzili” je w sposób ohydny: szafy opróżniono, wyrzucając ubrania i bieliznę na podłogę, szuflady wyłamano, papiery rozrzucono; fortepian postradał jeden klawisz, szafa ogniotrwała była rozbita. Poprzednio mieszkanie to musiało być po prostu cackiem, ognisko kultury; piękne stylowe meble, cenne szkło w kredensie, ładne lampy, obrazy wartościowe, interesująca biblioteka, miły pokój dziecinny. Przejrzałem nuty: Szopen, Bethoven... w gabinecie fotografia ładnej, rasowej kobiety i dwojga dzieci.

Pałacyk hrabstwa Oborskich z 1891 roku. Obecnie Muzeum Regionalne. Fot. pobrano z portalu Muzeum Regionalnego, Samorządowego Centrum Kultury w Mielcu.
Na biurku zauważyłem wśród druków kwitariusze zbiórki na rzecz strzelców galicyjskich; zniszczyłem je w obawie, że mogą się dostać do rąk rosyjskiej żandarmerii, co mogło w przyszłości mieć dla właściciela mieszkania nieprzyjemne skutki. Tak mi było żal tego zamarłego ogniska domowego, że poleciłem je specjalnej opiece burmistrza. Po raz drugi dotknąłem się w tej wojnie jej ohydy – rozpasania bestii ludzkiej, i to nie w okresie podniecenia bojowego, ale niweczącej dorobek ludzki na zimno.
Wrócił nareszcie przez Sandomierz do macierzystej dywizji pułk tulski; przetrzebiono go znacznie, zginęło kilku najlepszych oficerów z zastępcą dowódcy pułku, Petropawlowskim, na czele. Zginął ten dzielny, prawy zolnierz, jak bohater, prowadząc pułk do ataku. Ceniłem go bardzo, człowiek dobrej kultury.
Czasu wolnego miałem dość, spacerowałem więc po miasteczku, opustoszałym bardzo. Ładne, na krańcach kilkanaście sympatycznych will, stojących obecnie pustkami. Mielec ucierpiał jednak sporo wskutek bombardowania na ślepo przez austriacką artylerię, gdy w mieście nie było jeszcze ani jednego żołnierza rosyjskiego.
Z Karpat nadleciał silny, zimny wiatr. Przyjemnie po przechadzce zsiąść pod dachem przy ogniu; kominek był, ale „na niby”.
Na linii Wisłoki skończyła się operacja galicyjska; armie rosyjskie stanęły, a przeciwnik dokonał odwrotu do zachodniej Małopolski z dużymi stratami, ale w pewnym porządku, bez pościgu jazdy ze strony Rosjan, której nota bene mieli pod dostatkiem.
Przypuszczam, że na tę bezczynność wpłynął głównie brak generałów kawaleryjskich o prawdziwie zaczepnym duchu.
Poważne rezultaty dała ta operacja w dziedzinie terytorialnej i politycznej, skróciła front rosyjski, nie wykonała jednak głównego zadania strategicznego – rozbicia armii austriackiej, która wykazała dużą bitność i umiejętne, energiczne kierownictwo.
Na tyłach frontu rosyjskiego w Galicji pozostała pierwszorzędna twierdza – Przemyśl, posiadająca dwa pierścienie nowożytnych fortów i liczny garnizon.
Naczelny wódz frontu gen. Iwanow, nakazał rozpocząć oblężenie, które było właściwie tylko blokadą, bo brakło Rosjanom ciężkiej artylerii; żmudną tą operację poruczono gen. Seliwanowowi, któremu przydzielono w tym celu całą armię, złożoną prawie wyłącznie z pospolitaków.
We wschodniej Małopolsce utworzono general-gubernatorstwo z hr. Bobryńskim na czele. Był to człowiek dobrych form, ale rusyfikator i krzewiciel prawosławia, łatwo było więc przewidzieć, jaki nastrójPamiętnik wśród polskiej ludności wywoła jego działalność, której trzema apostołami będą: czynownik, pop i żandarm.
Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa"; Jan Dąbrowski "Wielka Wojna 1914-1918", w: "Wielka Historia Powszechna" Trzaska, Evert i Michalski z 1937 / reprint Wydawnictwa KURPISZ z 2000 r.
- https://pl.wikipedia.org/wiki/I_wojna_%C5%9Bwiatowa#Rok_1915_.E2.80.93_przej.C4.99cie_inicjatywy_przez_Niemc.C3.B3w
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_galicyjska;
- http://www.muzeum-mielec.pl/index.php/palacyk-siedziba;
- http://stalowa_wola.fotopolska.eu/165766,foto.html
Zestawił Leonard
