Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas wydarzeń październik 1914 rok. Obszar akcji: lewa i prawa strona rzeki Sanu i Wisły. Miejsca odniesienia: Sandomierz, Dęblin, Pilchów, Majdan Zbydniewski, Brandwica, Rozwadów., Puławy, Skierniewice, Łowicz, Rawa. Walczące strony: Rosja przeciwko Austro-Węgrom i Niemcom. Osoby z kart pamiętnika: gen. Leczycki d-ca armii. Żylińskij szef sztabu.
Refleksje i uwagi czynnego dowódcy. Na zachodzie nie udało się Francuzom wyzyskać zwycięstwa nad Marną; opór Niemców wstrzymał ich ofensywę i zmusił do wojny pozycyjnej. Tylko we Flandrii kotłowało się jeszcze, Niemcy rozpoczęli gwałtowne natarcie na szerokim froncie w celu odcięcia frontu francusko-niemieckiego od morza w Calais i Boulogne.
Nadszedł październik; smutno na świecie, chmurno, dżysto, wietrzno; słońce ukazywało się rzadko, świeciło blado. Od pięciu dni nie słyszałem huku armat; możnaby było zgnuśnieć, gdyby nie praca administracyjna i gospodarcza. Dowóz z zaplecza był ciężki, drogi piaszczyste lub błotne, ciągle brakowało mąki i soli; trudno również o suchy furaż dla koni, a miałem ich ponad dwa tysiące.
Spędzałem zbyt „komfortowe” życie, więc dla odmiany wysunięto mnie wraz z dywizją o dzienny marsz za rzekę. Rezydencję wypadło wybrać w izbie, gdzie nas się pięciu gnieździło; trudno było przejść przez pokój, by kogoś nie potrącić. Powietrze mieliśmy świeże, bo przez dziury w ścianach wiało doskonale; trochę tylko było ciemno, w samo południe ledwo co widziałem przy oknie, gdy pisałem, ale nastrój ogólnie był dobry.
Spotkanie z dowódcą armi. Opis stanu i zamierzeń. W drodze powrotnej zatrzymałem się w sztabie armii; wypadło przedstawić się dowódcy armii, gen. Leczyckiemu. Przyjął mnie przychylnie, interesował się bardzo stanem dywizji; generał jest synem popa z Grodzieńszczyzny, odznaczył się jako dowódca pułku w wojnie japońskiej i zrobił nadzwyczajną karierę pomimo braku wyższego wykształcenia.

Generał Platon Aleksiejewicz Leczicki. Fot. pobrano z: https://.wikireading.ru/189027
Gen. Platon Aleksiejewicz Leczicki był dowódca 9 Armii, w której służył autor "Pamiętnika", dowodząc XIV Korpusem. Łącznie armia składała się z 12 dywizji piechoty i 3 dywizji kawalerii. Na cztery dni przed niemiecką ofensywą w celu przykrycia Wisły 5., 4, i 9. Armie rosyjskie zostały zdjęte z linii obrony nad rzeką San, przegrupowane na północ i rozmieszczone wzdłuż Wisły, od północy i południa Iwanogorodu. 2. Armia została wzmocniona trzema syberyjskimi korpusami stacjonującymi do tej pory nad rzeką Narew, skoncentrowaną w rejonie Warszawy.
Operacja warszawsko-Iwanowogrodzka była jedną z największych operacji I wojny światowej. Po raz pierwszy w historii sztuki wojennej doszło do użycia sił dwóch frontów. Bitwa zerwała plany strategiczne wojsk niemieckich na froncie wschodnim i zmusiła Niemców do wycofanie i przerzucenia wojsk z frontu zachodniego na front wschodni. W wyniku operacji doszło do nierozstrzygniętej bitwy pod Łodzią. (Wikip...).
***
Od zachodu sunęły nowe chmury. Niemcy zgromadzili na Śląsku silną armię. Austriacy po raz trzeci zajęli Kielce; nie może więc nieszczęsna Kongresówka uwolnić się w żaden sposob od tych najmniej pożądanych gości. Armia miała już wiadomość, że w. książę postanowił wobec zgromadzenia dostatecznych sił bronić Warszawy, która w obecnych warunkach strategicznych stała się dla rozwoju akcji zaczepnej w zachodnim kierunku punktem ogromnej wagi, a była jednocześnie dużym ogniskiem politycznym.
Rennenkampf odznaczył się znowu, został rozbity nad jeziorami mazurskimi, stracił cały XX-y korpus i to wyłącznie dzięki zupełnej bierności akcji. Ta druga zbrodnia uszła temu zdrajcy również bezkarnie.
Porażki armii rosyjskiej w Prusach Wschodnich pogorszyły bardzo ogólną sytuację na polskim teatrze wojny. Póki nad prawym skrzydłem armii, operującej w zachodnim kierunku, wisiała groźba kontrakcji od strony Prus Wschodnich, nie można było myśleć o żadnej operacji w kierunku Berlina, fatalnie również odbywały się te katastrofy na psychice wyższego dowódctwa rosyjskiej armii, zmuszonego do stwierdzenia wyższości armii niemieckiej pod względem dowództwa, zdolności do manewrów, inicjatywy i napięcia woli.
Przyprowadził mi podjazd kozacki jeńca austriackiego, Polaka; w braku lepszego zajęcia badałem go osobiscie: poza numerem swego pułku, nie wiedział zresztą nic; siedział w „dekungu”, służył w „glidzie”, a dowodził nim „hauptman”.
Wymarsz na nową linię frontu. 7 października otrzymałem rozkaz, nakazujący odwrót na linię Sanu. Przysłał mi również poufnie gen. Gutor szczegółową orientację ogólną: Na lewyn brzegu Wisły przeszli Niemcy do natarcia na szerokim froncie i w końcu września zajęli fronty – Łask, Włoszczowa, Pinczów, łącząc się z Austriakami, którzy operowali w Kieleckiem.
Dla przeciwdziałania nowemu zalewowi Królestwa, postanowiło Nacz. Dowództwo przerzucić armię 4-tą i 9-tą na linię Wisły, pomiędzy Dęblinem a Sandomierzem, a armiami 2-gą i 5-tą zaatakować od Warszawy lewe, odkryte skrzydło Niemców; ponieważ Przemyśl bardzo krępował działania, próbowano go opanować wstępnym bojem, ale atak z powodu braku ciężkiej artylerii udał się tylko częściowo, zrezygnowano więc nawet z blokady.
Cała ta olbrzymia operacja miała być dokonana prawie bez pomocy kolei żelaznych, po rozjeżdżonych drogach gruntowych, przy złej pogodzie jesiennej i braku mostów na Sanie, zniesionych przez powódź; mściła się teraz, zwalczana stale przeze mnie w sztabie generalnym, zasada zaniedbania środków komunikacyjnych w południowej części Królestwa, zaniechania idei akcji zaczepnej.
Moja dywizja szła w arjergardzie; przeciwnik znajdował się o dwa dni marszu, naciskał mnie lekko tylko od strony prawego skrzydła, mogłem więc bez dużego wysiłku zmieniać przy odwrocie front na południe. Gros dywizji przeszło bez przeszkód na nową linię frontu już pierwszego dnia. Szliśmy błotnistymi lasami, niekiedy w bród przez bagna i rzeczki, po pierwotnych drogach polowych; przemarsz zabezpieczała 2-ga brygada, rozrzucona szeroko dla zmylenia przeciwnika co do naszych sił.
Pierwsza potyczka. Drugiego dnia marszu przeciwnik zaczął moją arjergardę naciskać; ponieważ tabory jeszcze nie doszły do Sanu, kazałem zatrzymać Austriaków do nocy. Zajęła więc brygada obronne stanowisko, opierając prawe skrzydło o Dzików, majątek hr. Tarnowskiego. Badając teren, zajechałem przed pałac; piękna ta rezydencja, nietknięta dotąd żagwią wojenną, znalazła się nieoczekiwanie na froncie bojowym; zabezpieczyć jej całkowicie nie mogłem, groziło niebezpieczeństwo od ognia działowego przeciwnika; poleciłem więc brygadierowi wysunąć linie okopów jak najdalej przed park, a w pałacu umieścić punkt opatrunkowy. Położenie rezydencji wytłumaczyłem jakiejś na czarno ubranej damie, która wyszła na spotkanie ze mną.
Na szczęście, bój nie miał uporczywego charakteru, natarcie Austriaków zostało bez wielkich wysiłków zatrzymane; pałac więc ocalał, a brygada się cofnęła w nocy ze stratą kilkudziesięciu ludzi; zginął jednak także doskonały oficer, ppułk. Romanienko.
Początek starcia zastał mnie w tyralierze. Gdy świsnęły pierwsze kule, wydało mi się, że świat nagle pociemniał; głowy żołnierzy pochyliły się niżej nad okopami, ręce mocno ścisnęły karabiny... pierwszy ranny wywołał jakiś odruch wśród strzelców, twarze przybladły, a głos podoficera, wskazującego celownik, stracił barwę. Rozkaz rozpoczęcia ognia wywołał w nastroju widoczną ulgę; odjechałem zwolna na tyły, odprowadzony paroma szrapnelami, a gdym się znalazł za pagórkiem, ogarnęło mnie przyjemne uczucie bezpieczeństwa.
Noce miałem przykre. Austriacy właściwie nie lubią nocnej roboty, ale właśnie po północy otrzymywałem zwykle meldunki o ruchu moich i nieprzyjacielskich oddziałów; musiałem więc natychmiast oceniać sytuację i wydawać odpowiednie rozkazy, które oddziały powinny je były otrzymać przed wschodem słońca.
Przygotowania do wykonania zadania bojowego. „Zabezpieczyć przeprawę korpusu przez San na froncie pomiędzy Pilchowem a Majdanem Zbydniewskim”. Linia ta przewyższała właściwie o wiele siły dywizji. Dla lepszej orientacji spytałem, na jak długo obliczona jest operacja przeprawy, czy się już zaczęła, i kto będzie mymi sąsiadami; odpowiedź była lakoniczna: - „Czasu trwania przeprawy nie da się obecnie obliczyć, a sąsiadów nie będzie”.
Mało mi to wyjaśniło sytuację, skorzystałem więc z wolnej chwili i pojechałem do dowódcy korpusu po wyraźniejsze wskazówki; sztab znalazłem wyjątkowo, bo zaledwie o 3 wiorsty poza mną – zwykle trzymał się w odległości 10 wiorst; zastałem generała w złych kondycjach, był srodze zafrasowany, a otoczenie bez humoru. Mieli zresztą do tego słuszne racje; armia cofała się za San, ale dla XIV – ego korpusu zabrakło nie tylko parku mostowego, ba, nawet pojedynczej łódki. Budowano więc naprędce most na beczułkach od piwa: był już wykończony, ale w nocy San wezbrał nagle i zniszczył całą robotę. Na naprawę trzeba było czekać jeszcze dobę, mogła się więc przeprawa rozpocząć dopiero nazajutrz. Nadomiar złego ściągały ku przeprawie różne oddziały tyłowe innych korpusów, nie należących nawet do naszych armii, które nie trafiły na swoje mosty; nie można było zatem nawet w przybliżeniu obliczyć, kiedy moje zadanie będzie skończone.
Teraz zrozumiałem wszystko: cały plan zmiany kierunku operacyjnego był źle przygotowany, a koszta niedbalstwa miał zapłacić XIV-ty korpus, ściślej mówiąc – moja dywizja; zrozumiałem również, dlaczego sztab korpusu tkwił tak blisko frontu; nie mieli na czym się przeprawić. Gdym się żegnał, ucałował mnie serdecznie Żylińskij i przeżegnał, mówiąc: „Oby pana św. Mikołaj uratował”. Wzmocniło mnie to bardzo na duchu, ale zrozumiałem dobrze, że tu na ziemi nikt mi nie pomoże, muszę więc liczyć tylko na samego siebie.
Przeprawa. Zająłem pozycję półkolem w promieniu 6 wiorst, opierając skrzydło o rzekę; wewnątrz, bliżej Sanu, wyznaczyłem również dwa półkoliste, bardziej zwarte i krótsze stanowiska, które dywizja miała zająć tylko na mój wyraźny rozkaz; hasło ogólne brzmiało: „pocisków i nabojów nie żałować, stać twardo, kontrataki krótkie”.
Koło 4-tej po południu ukazał się przeciwnik przed prawym skrzydłem i centrum; przyjęty na szerokim froncie silnym ogniem, posuwał się powoli, prowadził nieduży ogień artyleryjski, badał widocznie stanowiska nasze. Ja stanąłem ze sztabem w pobliżu frontu w Zbydniowie.
Dzień był pochmurny, przepadywał deszcz, chmury wlokły się nisko nad ziemią, zapadł więc wkrótce zmrok. Ogień artylerii ustał, trajkotały tylko kulomioty, trwała strzelanina karabinowa, jasne jednak było, że nie nadeszła jeszcze chwila walki decydującej; w ciężkim, naprężonym nastroju położyłem się w pustej izbie na wiązce słomy, nasłuchując odgłosów z frontu.
Nagle przed domem zadźwięczały kopyta końskie. Ktoś wymienił moje nazwisko; po chwili wszedł do izby ks. Tumanow, dowódca 13-tej dywizji jazdy; przywitałem go z dużym zdziwieniem, kawaleria miała już być od dwóch dni za Sanem.
Przesłaniałem front – objaśnił mnie książę – i otrzymałem krótki rozkaz odwrotu; o ile wiem wszystkie przeprawy na Sanie z wyjątkiem pańskiej są już w ręku przeciwnika, proszę więc o przepuszczenie mojej dywizji po swoim moście.
Prośba była nie do przyjęcia; most miał być gotowy dopiero za 14 godzin, a przeprawić powinny się najprzód tabory dwóch korpusów, różne obce oddziały, które się znalazły przypadkowo w moim rejonie, tabory 18-tej dywizji, jej artyleria, 2-ga brygada piechoty, mająca obsadzić stanowiska na prawym brzegu Sanu. Dopiero wtedy mógłbym pozwolić przejść jeździe, o ile 1-a brygada potrafi przetrzymać przeciwnika jeszcze kilka godzin z dala od mostu.
Moja decyzja stropiła bardzo Tumanowa; rozumiał on jednak dobrze, jako oficer sztabu generalnego, że nie mogłem puścić na most ani jednego kawalerzysty przed wymienionymi oddziałami. Poradziłem mu więc, by szukał przeprawy w Brandwicy w pobliżu Rozwadowa, gdzie dzisiaj w południe przeciwnika jeszcze nie było, a istniał stary most. Książę zdecydował się pójść za moją radą, wątpił jednak, czy jazda, bardzo zmęczona, będzie mogła dokonać nowego marszu nocnego.
Gdy się dobrze ściemniło, kazałem cofnąć się mojej dywizji w zupełnej ciszy na drugie stanowisko, o wiele lepsze taktycznie; na pierwszym pozostały tylko komendy strzeleckie, miały one zaznaczać swą obecność silnym ogniem. Nowe stanowisko zostało zajęte bez zwrócenia uwagi przeciwnika o godz. 1-ej w nocy. Zaraz po przemarszu wyjechałem ku przeprawie; tak robota kipiała, saperzy obiecywali, że o świcie most będzie gotów; nie doczekał się go jednak gen. Żylińskij, bowiem przeprawił się wraz ze sztabem jakąś łódeczką.
Bitwa obronna przeprawy. Nazajutrz o 7-mej rano ocknął się Austriak, rozpoczął bombardowanie mego opuszczonego stanowiska z dużej ilości dział; dywizja odpowiadała słabo, rezerwując zapas dnia dzisiejszego dla piechoty; nieszkodliwa dla nas strzelanina trwała ku wielkiemu zadowoleniu dywizji ze trzy godziny, wybieg mój udał się zatem; potem nastąpiło natarcie, ostrożne, metodyczne, trwające na pierwszym stanowisku komendy strzeleckie, ostrzelały przeciwnika gęstym ogniem karabinowym i, nie czekając na jego zbliżenie, cofnęły się spiesznie ku swoim.
Łatwe opanowanie pierwszej linii ośmieliło bardzo przeciwnika; dalsze natarcie zostało poprowadzone energicznie kilkoma falami tyraliery, przy dłuższym milczeniu obrońców. Gdy Austriacy znaleźli się w odległości dobrego strzału, przyjęto ich celnym i gęstym ogniem tak skutecznie, że w szeregach atakujących wszczęło się zamieszanie: żołnierze rozsypali się po polu, szukając ukrycia w dołkach, a dalsze fale ukryły się za chatami; atak ustał.
Nastąpiła parugodzinna pauza, umilkła nawet austriacka artyleria. Koło 10-ej rano otrzymałem z korpusu telefonogram, że most jest gotów i przejdzie po nim nawet ciężka artyleria. Rzeczywiście rozpoczęto przeprawę, a co godzina meldowano mi, ile wozów przeszło. Sprawa jednak posuwała się tak wolno, że pojechałem podpędzić opieszałych; na widok mostu zdumiałem: był on filigranowy, pomost wyginał się przy przejściu każdego wozu w szereg wznoszących się i opadających bałwanów; most mógł utrzymać tylko jeden ciężki lub dwa lekkie wozy, puste jaszczyki przewożono na rękach, pociski przenoszono, konie przeprowadzano po jednemu, o przeprawie haubic nie mogło być mowy. A tu rzeka przybierała wciąż, pędziła z góry jakieś białe deski i bale! Rozgniewany tym, posłałem kap. Baumgartena do sztabu korpusu z cierpkim raportem. Przyjęto go spokojnie: „Widocznie wprowadzono nas w błąd, a haubice wypadnie stracić”. Konferencję zakończył Żylińskij męskim oświadczeniem: „Nie spałem już dwie doby, ale dzisiaj będę spał, choćby mnie miano zastrzelić”.
Bohaterską tę decyzję powziął generał, znajdując się za rzeką o kilka wiorst, w zupełnie bezpiecznym miejscu. Tymczasem na froncie zawrzał ponownie bój; Austriacy nacierali z wzrastająca energią coraz większymi siłami; na lewym skrzydle pułk tulski został dwukrotnie przerwany, ale kontratakiem odrzucił przeciwnika z powrotem. Parę razy pytali mnie brygadierzy, czy dywizja rozpoczęła już przeprawę, gdyż utrzymanie frontu staje się coraz trudniejsze, żołnierze nie spali już dwie doby, nie jedli gorącej strawy, a w okopach stoi woda. Nie miałem innej odpowiedzi, jak rozkaz: „Trzymać się do ostateczności”.
Nastała druga straszna noc; liczba przeprawianych taborów zwiększała się zwolna; Austriacy doskakiwali tu i uwdzie, nie prowadzili jednak na szczęście jednoczesnego ataku na całym froncie. Odpierano ich z powodzeniem, dywizja stała twardo na stanowisku; w półkolu, przez nas zajętym, zapalały się wciąż jedna po drugiej chaty po wsiach, a pękające na tle ciemnego nieba szrapnele wydawały się ognistymi kulami, sypiącymi deszczem iskier. Doskonale się sprawiał w boju pułk. Żytkiewicz; meldunki jego były zawsze spokojne, rzeczowe; raz jeden w trakcie rozmowy telefonicznej zameldował on, że musi ją przerwać na parę minut, gdyż pali się nad nim dach, przenoszą więc telefon w bezpieczniejsze miejsce.
I ta noc minęła bez poważniejszej zmiany sytuacji, przesunął się również i dzień cały, chyba najgorszy. Przeciwnik napierał coraz silniej, lazł uparcie na okopy pomimo dużych strat. Dywizja walczyła bohatersko, niekiedy uginali się obrońcy, ale wsparci rezerwą przechodzili do kontrataku; w wielu miejscach walczono na bagnety, często dochodziły mnie okrzyki „hura”; telefony dzwoniły bez przerwy, rezerwy topniały coraz bardziej.
Pod wieczór od strony Sandomierza nadleciały ciężkie pociski, ale wszystkie rozrywały się poza naszymi okopami; nie do pojęcia było, dlaczego Austriacy nie skierowali chociażby częściowo ognia armatniego na stłoczony w półkole „wagenburg”, liczący tysiące wozów, panika wśród taborów mogłaby spowodować katastrofę. Ku nocy zacząłem nareszcie przeprawę lekkiej artylerii, a ciężkie haubice udało się przewieść, dzięki silnemu prądowi, na zaimprowizowanych sprytnie promach – samolotach. Równocześnie cofnąłem front bojowy na trzecią linię. Zbliżała się jednak chwila krytyczna, ostatnie rezerwy znalazły się na froncie; wycofałem za to najbardziej zmordowane bataliony, kierując je wprost na górujące nad doliną rzeki stanowiska prawego brzegu Sanu; o północy rozpocząłem zwijać front na bardziej spokojnych odcinkach, a o 5-tej rano miałem już szczęśliwie całą dywizję za rzeką. Prawie w ostatniej chwili przebił się szarżą na nasze lewe skrzydło szwadron ordeńskiego pułku dragonów z dywizji Tumanowa, który nie zdążył się przeprawić w Brandwicy.
Zwiedliśmy Austro-Węgrów. O 7-ej rano nastąpił generalny atak – w próżnię; Austriaków przywitano z tak silnym ogniem z prawego brzegu rzeki, że całe szeregi kładły się pokotem. Nie mogłem jednak utrzymać dłużej wylotu mostu; przebiegł więc szybko batalion, ochraniający go, na prawy brzeg, a saperzy wysadzili tę parodię mostu przeprawy w powietrze; za rzeką nie pozostawiono ani jednego wozu, przeniesiono też wszystkich rannych.
Chwilowy spokój i rozliczenie strat. Spadł mi z duszy duży ciężar; przeżyłem trzy dni bez snu, przy szalonym napięciu nerwów, w sytuacji, która lada chwila groziła ostateczną zagładą. Straty moje wynosiły: jeden pułkownik, 18 oficerow i przeszło 600 żołnierzy.
Z radosnym uczuciem spełnionego dobrze, ciężkiego zadania rozciągnąłem się na łóżku u proboszcza w Żabnie, spałem jednak niedługo; o 8-mej rano obudził mnie donośny grzmot dział. Klnąc w duchu przeszkadzających mi spać, spytałem czemu paskudzą pociski, skoro zastrzegłem, by strzelano tylko do poważnych celów; odpowiedziano mi, że ich jest aż za dużo i to w odległości jednego strzału.
Cofamy się, zmęczeni. Trudno, wypadało się samemu przekonać. Poszedłem więc nad rzekę, gdzie na wyniosłym pagórku zajął stanowisko batalion pułku riazańskiego; z przykrością zauważyłem, że wzgórze jest cmentarzem, a kilka mogił, przy kopaniu rowów rozkopano. Większość żołnierzy spała w okopach snem kamiennym. Przeciwnika widziałem z góry jak na dłoni: płynęły drogami długie kolumny piechoty, szeregi jaszczyków, kręcili się konni, myszkowali po polach sanitariusze. Strzelano gęsto i to z tamtej strony, co chwila na stoku wzgórza wylatywały w powietrze fontanny piasku. W pułku nie spało tylko paru oficerów dyżurnych z przemęczonymi twarzami i zaognionymi oczyma; jeden z nich wspomniał z akcentem zazdrości w głosie, że dowódca jego batalionu urządził się „jak w pałacu”. Zwiedziłem po chwili tę rezydencję: był to murowany grób, jedyny na tym cmentarzyku wiejskim, u wejścia siedział na zydelku kapitan i przyglądał się z lubością dymiącemu samowarowi; dwie trumny ze zwłokami dotychczasowych lokatorów zostały wyniesione do kapliczki cmentarnej na szczycie wzgórza. Była ona skryta wśród gaju, ale odnalazły ją w jakieś poprzedniej bitwie wraże pociski, przebiły dach w paru miejscach, poczyniły w ścianach olbrzymie wyrwy, zasypały podłogę rumowiskami, ołtarze były potrzaskane, obrazy święte podziurawione jak sito kulami, organy rozbite, dookoła pomniki poszczerbione; teraz przyszli inni burzyciele pokoju, wyrąbali drzewa, poruszyli mogiły, zniweczyli cześć należną zmarłym. A to wszystko dokonały armie, mające odwagę nazywać się chrześcijańskimi!
Powrót na stare leże. Dowódca brygady artylerii, gen. Kuczyn, przynaglał jednak do powrotu; pociski padały coraz gęściej, a do Żabna należało przejść z wiorstę zupełnie otwartym polem. Kołując nieco dla bezpieczeństwa, wróciliśmy do domu; zastałem tam bagaże spakowane i osiodłane konie; pułk. Sytin zameldował, że plebania jest silnie ostrzeliwana, pokazał nawet ślady kilku karabinowych kul w ścianach; uważał więc, że nie jest to odpowiednie miejsce dla kwatery sztabu. Miał rzeczywiście rację, chciałem tylko pożegnać proboszcza, ale nie udało się to – siedział od świtu w piwnicy.
Wyjazd był nieco skomplikowany; wypadało kluczyć, by uniknąć zbyt silnego ognia. Taborek nasz poszedł inną drogą, dostał dobra porcję pocisków i rozleciał się na wszystkie strony. Waleczni taboryci uciekli nareszcie z wozów do rowów i pełzli nimi aż do lasu, gdzie się trochę pozbierali. Mój ordynans został jednak ranny, a wierzchowiec zapasowy zabity.
Nowa kwatera. Zamieszkaliśmy u leśniczego w dużym lesie; dom posiadał wygodne meble, było nawet trochę książek. Z frontu dochodził przez cały dzień huk armat. Austriacy zaznaczali swą irytację: pewna przecież zdobycz wymknęła się im z rąk. Cały sztab rozkaszlał się jak owce; parudniowy kontredans na słocie i w błocie dał się wszystkim we znaki. Drogi tu haniebne; kazałem wymościć bierwionami 8 wiorst leśnej drogi, gdyż transporty nie mogly przejść, a zaczynało być głodno, brakło chleba i cukru.
Przeczytałem o przejściach Polaków, zaskoczonych przez wojnę w Sopocie; obchodzono się z nimi jak z nierogacizną, wypędzono przez Szwecję. Sprawa ta nie budzi we mnie współczucia; stosunek przedwojenny z Niemcami zakazywał wprost wyjazdów do „badów” niemieckich już ze względów moralnych, słusznie więc zostali ukarani rodacy za lekkomyślność.
Zgorzkniałe refleksje. Dziwiło mnie nieco, że dowództwo nie podziękowało mi za tak pomyślnie dokonaną przeprawę, ale podziękowanie nadeszło 11-go października: „Rozkazem Najwyższym został mianowany dowódca 18-tej dyw. piechoty dymisjonowany gen. Papengut, a ja znowu zostałem na koszu; stało się to wbrew woli sztabu, ale Papengut miał duże plecy w „Stawce”, wyjednał więc sobie tę nominację. Naturalnie rozgoryczyło mnie to ogromnie, gdyż brygada nota bene niesamodzielna, coraz mniej odpowiadała moim aspiracjom, ale co miałem robić; zresztą mówią, że „nie ma tego złego, któreby nie wyszło na dobre”.
15-go października przyjechał Papengut. Znałem go dawniej, jako eleganckiego sztabowca i przystojnego mężczyznę, teraz była to ruina; przepraszał mnie bardzo za uczynioną mi mimowolnie krzywdę, zaznaczając, że dla niego samego nominacja to była jakby niespodzianką; jako emeryt od paru lat prosił tylko o brygadę pospolitego ruszenia, moje zaś papiery nie zdążyły jeszcze nadejść do N. Dowództwa. Oświadczenie to dało mi pewną moralną satysfakcję. W końcu zaproponował mi Papengut, bym nie obejmował brygady i pozostał na razie w sztabie dywizji, gdyż wkrótce otrzymam na pewno odpowiednią nominację.

Zasięg trzech zachodnich frontów rosyjskich (1914-1915 r.). Fragment mapki pobrano z "Atlasu Historycznego Polski", wydanego przez Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych im. E. Romera, S.A. Warszawa-Wrocław 1996 r.
Twierdza Dęblin.Tymczasem pod Dęblinem toczyły się walki; pruskie korpusy posunęły się ku twierdzy i bombardowały ją; natarli również i Austriacy; rosyjskie korpusy – grenadierski i XVI-ty – pod naciskiem przeciwnika musiały się przeprawić z powrotem na prawy brzeg Wisły pomiędzy Puławami a Kazimierzem, niszcząc za soba mosty. Bardzo ucierpiała brygada strzelców gwardii, wysunięta samotnie, niewiadomo po co, pod Opatów; oskrzydlono ją z obydwu stron, zmuszając ją również do odwrotu na prawy brzeg Wisły. Niemcy stanęli na lewym brzegu, ograniczając się do bombardowania przez rzekę; nasza armia tymczasem trwała nad Sanem, mając przeciwko sobie Austriaków; ostatnie walki z nimi wykazały, że przyszli oni po doznanych porażkach do równowagi. Sprawdziło się przysłowie” „Las niedocięty odrasta szybko”.
Prasowa lektura i rozmyślania. Nieprzyjemnie było czytać notatki „Kurjera Warszawskiego” o przyjeździe z Piotrkowskiego, Radomskiego i Kieleckiego do Warszawy znacznej liczby osób; była też wzmianka o uciekających bryczkami i wozami z Grójeckiego, Piaseczna i Tarczyna. Walki musiały się zatem posunąć aż pod Grójec, słyszała je więc Warszawa. Serce się krwawiło, że kraj tak będzie zniszczony.

Naczelny wódz armii rosyjskiej w. książę Mikołaj Mikołajewicz. Fot. pobrano z publikacji książkowej "Wielka Historia Powszechna".
Sytuacja w Warszawie musiała być ciężka; władze pozwolily na utworzenie milicji obywatelskiej, a ruch na kolei wiedeńskiej wstrzymano; obrona Warszawy musiała być doprowadzona do najwyższego natężenia. Wierzyłem w to – wobec wezwania w. księcia Mikołaja, że armia rosyjska powinna bronić stolicy kraju aż do ostateczności.
17-go października dowiedziałem się, że pod Dęblinem Niemcy dostali tęgie „wały” przy próbie przeprawy przez Wisłę. Widzieli również nasi oficerowie, prowadzoną spod Annopola czterotysięczną kolumnę jeńców niemieckich; cenna to była wiadomość; wyczerpywali się więc i Niemcy przez uporczywą dotychczasową walkę, ale do końca jeszcze daleko, zmobilizowali oni prawie cztery miliony ludzi.
Nie robiłem nic, chodziłem do lasu na długie godziny. Lżej mi było w samotności; czekałem z niepokojem wieści z pod Warszawy: trwożnie teraz biło serce Polski, drapieżny potwór wyciągał ku niej swe ostre szpony; na huczące nie daleko armaty przestałem zwracać uwagę.
18-go października, gdym wracał ze spaceru, spotkal mnie Sytin frazesem: „Gratuluję wymarszu i to jutro”. Rzeczywiście, nadszedł rozkaz przemarszu armii na front pomiedzy Sandomierzem a Kazimierzem, 4-ta armia miała zająć linię Wisły w prawo od nas; kazano nam maszerować forsownie.
Droga do nowego frontu. Z Przyjemnością opuszczałem niegościnne okolice doliny Sanu wraz z jej bagnami, piachami i lasami. Maszerowaliśmy przez zachodnią część Lubelszczyzny. Przeszła przez nią nawałnica wojenna. Spotykaliśmy dużo wsi popalonych, bezludnych; sterczały nagie kominy, stosy gruzu; pola były zryte pociskami, pełne głębokich wyrw, rozwalonych okopów, zarzucone skorupami pocisków, tysiącami naboi niewystrzelonych, łusek miedzianych; przy rowach strzeleckich leżały drzwi powyrywane z domostw, resztki mebli, ładownice. Częste mogiłki z krzyżykami z dwóch patyków złożone, kryjące zwłoki całych gromad zabitych żołnierzy; dokoła kopców ziemia zasłana była wprost listami, pocztówkami, kopertami, pisanymi po niemiecku, węgiersku, były i polskie; trudno je było odczytać, deszcz spłukał atrament, ziemia zabłociła. Pisały je przeważnie kobiety, troskliwie, czule, pełne niepokoju serdecznego o los bliskiego człowieka...
Wśród tej pustki można było niekiedy dojrzeć samotnego chłopa orzącego, ale nigdzie śladu pasącego się bydła lub ptactwa domowego. Być może zresztą, że ludność pochowała resztki inwentarza przed szarańczą wojskową. Ileż to pracy czakało lud, zanim się odbudują domy i zagrody, zanim z gruntu usunie się piasek i żwir, wyrzucony przez brutalne pociski z wnętrza ziemi. Wyprzedzaliśmy często ogromne tabory wojskowe: obok przepisanych furgonów jechały także chłopskie wozy z Lubelszczyzny, telegi rosyjskie z Kostromy, kołymagi mołdawskie z Besarabii. Od strony Wisły dochodziło często echo wystrzałów armatnich.
***
Nadszedł komunikat z dnia 13-go października; podawał on , że na całym froncie od obwodu Warszawy, wzdłuż Wisły, Sanu aż do Przemyśla i dalej po Dniestr rozwinęły się starcia wojenne; rozpoczęli więc przeciwnicy akcję zaczepną na olbrzymim froncie, liczącym 400 wiorst, i to już trzecie natarcie wroga, tym razem głównie od Śląska i Krakowa. „Kurjer „ pisał, że odgłosy dalekiej kanonady pociągają ciekawych w kierunku Alei Jerozolimskich. Wyobrażałem sobie uczucia, jakie przeżywała polska część ludności Warszawy w te dni krytyczne; można je było wymiarkować z opisu przejścia przez stolicę syberyjskich pułków: panie obdarowywały żołnierzy kwiatami i żywnością, mężczyźni papierosami; w kawiarniach zbierano składki na papierosy; starsze kobiety dawały żołnierzom medaliki z Matką Boską Częstochowską, przyrzekając modlić się za wojaków...
Tu w zachodniej części Lubelszczyzny, nastroje były inne, być może pod wpływem zniszczenia, któremu uległa wieś. Stawaliśmy przeważnie po dworach, nie doznając żadnej gościnności. Wypadało jakoś zawsze, że gospodarze nie ukazywali się nam pod różnymi pozorami, administracja zaś, skora niezmiernie do skarg na najdrobniejsze nadużycia żołnierzy, kazała sobie za wszystko słono płacić. Naturalnie zżymałem sie na tę politykę, która w pewnych warunkach mogła się okazać dla obywateli wprost niebezpieczna; byłem przekonany, że postępowano inaczej z Prusakami, którzy z miejsca teroryzowali wszystkich. Papengut unikał rozmowy o tym, ale starał się widocznie nie widywać nikogo z domowników; wobec mnie zachowywał się bez zarzutu.
W Opolu (lubelskim) dowiedzieliśmy się, że Niemców przetrzepano pod Warszawą, zmuszając ich do odwrotu; odchodząc niszczyli oni koleje i szosy w sposob gruntowny. Ucieszyło mnie to niesłychanie, niebezpieczeństwo, grożące Warszawie, przygnębiała mnie, myśl o zwycieskim Prusaku na ulicach Warszawy, i doprowadzała mnie do wściekłości. Pomyślny przebieg walk pod Warszawą zawdzięczaliśmy energicznej interwencji w. księcia Mikołaja, który rzucił tu wszystkie swe rezerwy.
***
Żydowska chałka. Gdyśmy wkraczali do Opola, ofiarował mi adjutant żydowską chałkę; od dwóch miesięcy prawie nie widziałem świeżego pieczywa, zjadłem ją więc, nie schodząc z konia, wprost łapczywie. W ciągu dni ostatnich mieliśmy fatalną pogodę, zwaną nie wiadomo dlaczego „psią”; deszcz padał ciagle, dął przejmujący wiatr, zawodząc wśród gałęzi drzew przydrożnych; powietrze nasiąkło wilgocią jak gąbka. Smutnie wtedy wyglądały długie kolumny żołnierzy w szarych namokniętych szynelach, milczące i ciężkie, obłocone tabory, zapadające się co chwila po osie w głębokich wybojach. Obok urzędowej drogi ciągnął się przez ścierniska, podorywki i niewykopane kartofle drugi szlak, wydeptany nogami żołnierzy, kopytami końskimi, naznaczony trupami padłych szkap ze wzdętymi brzuchami i sterczącymi nogami; przy każdym gromadka zdziczałych psów, wydzierających mięso z padliny, stado głodnych wron, obwołujących ucztę złowrogim krakaniem. Jakże tęskniło się w taki dzień za suchym, ciepłym kątem, szklanką gorącej herbaty.
Wkrótce jednak pogoda złagodniała; ukazało się promienne, ciepłe słońce, błękit nieba, wystąpiła w pełnej krasie jesień; nacieszyć się jej cudnym rozkwitem mogłem raz jeden w jakimś parku pałacowym, w długiej alei klonowej, pełnej zadumy, ciszy, nastroju, wśród przepychu gorących barw i szelestu spadających liści.
***
Do Puław doszliśmy późnym wieczorem po długim całodziennym marszu. Przeciwnik trzymał się jeszcze pod Dęblinem, ostrzeliwał silnie forty, ale do cytadeli trafiły tylko dwa pociski, nie wyrządzając poważniejszych szkód. Kazano nam przejść nazajutrz o świcie po moście pontonowym na drugi brzeg Wisły i uderzyć na prawe skrzydło Niemców, wspierając korpus grenadierów, któremu działo się nienajlepiej. Nie warto było rozkładać bagaży, zajęliśmy się więc herbatą i czytaniem gazet. Niemcy bombardowali Warszawę z aeroplanów, zginęło z tej przyczyny przeszło piędziesiąt osób wyłącznie cywilnych mieszkańców miasta. Wzdychałem pobożnie, bym się mógł dostać na terytorium pruskie, zapłaciłbym szczodrze za Kalisz i Warszawę.
Papengut zaproponował mi objęcie dowództwa 2-ej brygady, która miała iść na czele; rozkaz wymarszu otrzymaliśmy dopiero o 7-mej rano, szkoda więc było zmarnowanej, bezsennej nocy. Przejeżdżałem przez rejon koszar pułku bielowskiego z uczuciem mimowolnego żalu za spokojnym okresem mego życia przedwojennego, który zahaczał o Puławy; gospodarował tu ktoś po wyjściu pułku, drzwi i okna w barakach znikły, zewsząd wyglądała pustka i zniszczenie. W miasteczku było jednak rojno, Żydki kręciły się po ulicy, sklepiki handlowały zawzięcie, sprzedając żołnierzom papierosy i bułki.
Wojenne dolegliwości i kulturalne muśnięcia. Z za Wisły dochodziły odgłosy coraz silniejszego ognia artyleryjskiego, bój jednak toczył się widocznie dość daleko, gdyż nie było widać na niebie obłoczków pękających szrapneli; tylko nad rzeką krążyły wysoko dwa niemieckie aeroplany. Jeden z nich musiał zauważyć naszą kolumnę, gdyż poleciał na zachód; po chwili otrzymaliśmy bukiet granatów i szrapneli, ale nie zrobił nam żadnej krzywdy, poczciwa Wisełka pochłonęła pociski bez śladu; jeden tylko trafił w dach domu, obok którego przejeżdżałem, ogłuszył mnie trochę i zasypał odłamkami dachówki.
Dalsze serie pocisków zastały nas na moście; taka przeprawa pod ogniem w ściśniętych szeregach, bez możności zareagowania w jakikolwiek sposób, nie należała do przyjemnych. Trafiono jednak kulami szrapnelowymi zaledwie kilku żołnierzy, spokojnie więc zebrałem brygadę na skraju doliny Wisły koło Góry Puławskiej; tu miałem znowu czekać na dalsze rozkazy. Wyżej na wybrzeżu, wśród zieleni dużego ogrodu bielały mury jakiegoś dworu wiejskiego; kazałem tam założyć moją centralną stację telefoniczną, spodziewając się, że dostanę cokolwiek do zjedzenia, od wczoraj nie miałem nic w ustach. Dwór jednak był opuszczony, przeszła nad nim burza wojenna; mieszkańcy musieli uciekać w popłochu. Całe jego wyposażenie pozostało na miejscu; nie było ono szblonowe, musieli tu mieszkać ludzie o wyższej kulturze duchowej. W salonie stały dwa fortepiany, pianola, fisharmonia, biblioteka zawierała dobór książek w paru językach; wszystko to było jednak bardzo nowe, niepolskie, brakowało patyny czasu, którą wytwarzają zwolna tylko szeregi pokoleń. Ale i te nowe rzeczy wyglądały rozpaczliwie, pociski rozbiły, pogruchotały wnętrze, zasłały podłogi rumowiskami, a ludzie –szakale podarli książki, nuty, potłukli szkło. Dwór ten należał do notariusza rządowego, tym się tłumaczyła ucieczka „dziedzica”; obywatelstwo nasze pozostało na swych posterunkach.
Nie mając na razie co robić, kazałem jednemu z telefonistów usunąć z fortepianu rumowiska i pograłem trochę przy akompaniamencie pękających w pobliżu jakichś zabłąkanych pocisków; dałem jednak predko pokój, byłem trochę głodny i jakiś wykolejony, ciążyła po bezsennej nocy głowa. Wkrótce otrzymałem rozkaz wzmocnienia lewego skrzydła bojowej linii, wysłałem więc tam pułk tulski, pozostawiając bielowski w rezerwie, a telefony swe przeniosłem na skraj lasu. Na froncie kanonada słabła. W pewnej chwili ujrzałem jadącego ku mnie dużym kłusem oficera; siedział doskonale na koniu, prowadził go pewną ręką, przypuszczałem więc, że to oficer łącznikowy od jazdy; zdziwiłem się jednak, gdy jeździec zeskoczył zręcznie z konia i zameldował się stając w zgrabnej pozycji służbowej: - Doktór Ostaszewski prosi o wskazanie miejsca na punkt opatrunkowy.
Z przyjemnością pogawędziłem z dziarskim lekarzem; był Polakiem, synem obywatela z Ukrainy, nauczył się dobrze jeździć konno w domu rodziców.
Odgłosy walki cichły coraz bardziej, ale mnie zaczęła silnie boleć głowa, wystąpiły objawy mdłości, które przybrały wkrótce zupełnie określoną formę; po chwili zauważyłem, że mój adjutant oddaje się temu samemu zajęciu i zrozumiałem, iż musiała nastąpić u nas, przy wybuchu granatu koło mostu, lekka kontuzja powietrzna.
Sytuacja ogólna pozostawała jednak wciąż niejasna. Pułk tulski przedzierał się zwolna przez gęsty las, nie napotykając przeciwnika, a ze sztabu dywizji nie komunikowano mi żadnych poważniejszych wieści. Walka na froncie skończyła się wreszcie z zachodem słońca na niczym; moja brygada nie wzięła w niej udziału. Postanowiłem przenocować tym razem w sztabie dywizji, gdzie łatwiej było o jakiś kąt; znalazłem dowództwo w szkole gminnej. W toku rozmowy z Papengutem zauważyłem dużą zmianę w tonie na gorsze, a wzmiankę mą o doznanej kontuzji przyjął z uśmiechem niedowierzenia; złożyłem więc krótko meldunek i usunąłem się na strych, gdzie mi ppor. Prokofiew przygotował posłanie na słomie. Męczyłem się jednak całą noc.
Nazajutrz rano po krótkiej rozmowie z pułk. Sytinem, który poinformował mnie, że Papengut robi na nim od wczoraj wrażenie pomylonego, pojechałem do pułku bielowskiego, gdzie postanowiłem się zainstalować i unikać wszelkiego osobistego kontaktu z mym „pryncypałem”.
***
W ciągu nocy przeciwnik rozpoczął odwrót z pod Dęblina na całej linii; pierwsi odchodzili Prusacy w kierunku zachodnim, przed nami była tylko jazda węgierska, kontaktu z nią nie mieliśmy, odchodzili również Niemcy z pod Warszawy. Rosjanie zaś zajęli z powrotem Łowicz, Skierniewice i Rawę.
Miałem ochotę wpaść na parę chwil do Dęblina, ale szybki wymarsz na południe uniemożliwił mi ten wyjazd. 9-ta armia miała wyjść na front Opoczna, Opatowa i Sandomierza. Szliśmy początkowo przez kraj zupełnie zrujnowany i częściowo opuszczony; pól nie uprawiano, bo brakło koni, bydło zabrano, a gospodarzy wcielono do wojska; ludność przyjmowała nas jak zbawców. Bardzo im dokuczyli Węgrzy.
Pierwsze dwa dni pościgi przeszliśmy spokojnie w pobliżu Wisły. Węgrzy wyprzedzili nas znacznie. Z rozkazu Papenguta utrzymywałem zupełnie zbędną stałą łączność ze sztabem dywizji, za pomocą kabla niesionego przez żołnierzy; obowiązkowy meldunek co godzina i przerwy, nie do uniknięcia przy tak długiej linii, wstrzymywały w znacznym stopniu marsz.
Nocowałem gdzie się dało, najczęściej jednak w myśl wskazań Jana Jakóba Rousseaua bliżej natury; godziłem się więc z kartoflami, zajmującymi kąty mojej rezydencji, z rozkosznym szczebiotem prosiaków za przegródka. Raz jeden miałem rzetelną przyjemność noclegu we dworze u młodego małżeństwa; jadłem więc przy stole, nakrytym serwetą, bardzo chudy barszczyk z kartoflami, rozmawiałem z miłą młodzieżą, ciesząc się widokiem zapalonej lampy; co prawda paliła się ona ex re wybawienia od Węgrów, bo we dworze goniono resztkami nafty, a świec już nie było. Nareszcie wyleżałem się wspaniale na kanapie, chociaż spałem niedługo, wciąż jęczały telefony. Pragnąc się wywdzięczyć za serdeczną gościnność, ofiarowałem gospodarzom piękne dary: funt świec, ćwierć funta herbaty i „Kurjera” z d. 18 października.
Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa"; Jan Dąbrowski "Wielka Wojna 1914-1918", w: "Wielka Historia Powszechna" Trzaska, Evert i Michalski z 1937 / reprint Wydawnictwa KURPISZ z 2000 r.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Warszaw%C4%85_i_Iwangorodem_(D%C4%99blinem)
