Wszystkich gości :   460937

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 / 6

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2018-07-21 09:16:46

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas wydarzeń 1914 rok. Obszar akcji: południowo-wschodnie ziemie dawnego Królestwa Polskiego. Miejsca odniesienia: Janowiec nad Wisłą, Ćmielów, Opatów, Włostowo, Kurów, Solec, Połaniec, Częstochowa-Olkusz, Pilica (G. Śląsk). Walczące strony: Rosja przeciw Austro-Węgrom i Niemcom. Wybrane osoby z kart pamiętnika: Autor-E. DE. Henning – Michaelis, gen. W. P.,gen . Papengut –Rosjanin, M. Karski, pułk. Sytin, gen. Stegelman, inż. Arkuszewski, pułk. Bielajew.,Rodzina Psarskich. 1 wiorsta = 1066,8 m.

Drobne utarczki z Austro-Węgrami. Stopniowo zaczęliśmy naciskać na przeciwnika; straż przednia codziennie toczyła potyczki i brała jeńców, przeważnie Bośniaków w fezach. Ładne to chłopy, doskonale zbudowani; nie martwili się zbytnio z powodu swej niewoli.Poważniejszą potyczkę na dwa fronty wypadło stoczyć pod Janowcem nad Wisłą.

pałac

Fot., ruiny zamku w Janowcu, pobrano z portalu "Poznaj Polskę". Pełny opis historii zamku dostępny poprzez link, zamieszczony pod źródłami do artykułu.

Droga po wyjściu z lasu ciągnęła się otwartym płaskowzgórzem aż do ruin zamczyska, skąd zawracała na zachód. Gdy czoło kolumny wyszło w pole, spotkał je silny ogień artyleryjski od zachodu, z odległości paru wiorst; kazałem więc przechodzić ostrzeliwane miejsca tyralerią, co nieco wstrzymało szybkość marszu, a do walki z ogniem przeciwnika wezwałem dwie baterie. Po przejściu ostrzeliwanego pasa, czołowe bataliony zmieniły front i natarły na Węgrów. O sytuacji telefonowałem do sztabu, ale wkrótce kabel uszkodzono i łączność została zerwana, nie miało to zresztą znaczenia, gdyż pomocy nie potrzebowałem, a sztab dywizji winien był prędko dojść do miejsca walki.

Wezwanie od mojego pryncypała. W trakcie organizacji natarcia nadjechał adjutant z rozkazem od Papenguta, bym natychmiast przybył do sztabu. By nie tracić czasu, pogalopowałem na przełaj polem otwartym, silnie ostrzeliwanym przez Węgrów; zastałem sztab na polanie w lesie. Nie pytając o sytuację, Papengut przyjął mnie wymówką, że nie spełniam jego rozkazów i nie nadsyłam mu terminowych meldunków telefonicznych, co jest niedopuszczalne, szczególnie ze strony oficera sztabu generalnego. Zareagowałem natychmiast ostro, że stawiane mi wymagania co do łączności są czysto techniczne i niewykonalne, szczególnie w czasie walki, gdy pociski rwą kabel; mój sztab składa się z jednego oficera, który ma w gorących chwilach tyle do roboty, że jest rzeczą konieczną, by o łączności pomyślał sztab dywizji, liczący kilku oficerów, nie mających w danej chwili nic do roboty. A ja nastaję na ścisłe spełnianie moich rozkazów – odparł mi Papengut. Spełniam je ściśle i bez pańskich napomnień – zareplikowałem – a teraz wracam na stanowisko, gdzie jestem potrzebniejszy niż tu.

W toku tego miłego dialogu nie spytał mnie nawet generał, co się na froncie dzieje. Mijając moje baterie, dowiedziałem się, że ogień przeciwnika ustaje; rzeczywiście rozpoczął on dalszy odwrót, nie czekając na wynik starcia piechoty; widocznie chodziło mu tylko o zyskanie na czasie i celu swego dopiął. Ciągle dawał się we znaki brak jazdy, któraby łaskotała Węgrów, a że łatwo było dokuczyć przeciwnikowi, stwierdziłem zaraz następnego dnia.

Udany atak na honwedów. Podjazdy doniosły mi w końcu dziennego marszu, że na górzystych stokach za Ćmielowem w odległości czterech kilometrów ciągnie długa kolumna i tabory. Postanowiłem ją trochę nacisnąć i wysunąłem szybko dwie bateri na otwarte stanowisko. Skutek ich ognia okazał się natychmiast: w kolumnie powstało zamieszanie, a sporo wozów uciekło z drogi w pole. Jednocześnie dwie czołowe kompanie mojej awangardy zaatakowały honwedów, zajmujących stanowisko za rzeką; natarcie było tak gwałtowne, że pomimo silnego ognia artyleryjskiego i kulomiotowego przeciwnik poniósł porażkę; większość honwedów uciekła, reszta walczyła jednak po domach i w opłotkach aż do godziny 21-ej. Wobec ciemnej nocy i górzystego terenu, nie nakazałem pościgu.

Po bitwie. Nocowałem u robotnika fabrycznego; wrażenia walki bardzo przestraszyły gospodarzy, przyjęli mnie jednak gościnnie, poczęstowali nawet żurkiem z kartoflami. Wkrótce przyprowadzono pół kompanii honwedów z oficerem o czysto semickim typie. Gdym go spytał o narodowość, nazwał się Węgrem. Nazajutrz byłem świadkiem zabawnego dialogu pomiędzy jeńcem, typowym rudym żydkiem, a nie mniej typowym żołnierzem rosyjskim. Przypatrywał się on uważnie, z rękami w kieszeniach szynela, swemu mężnemu przeciwnikowi, i naraz na głupiej jego gębie błysnął cień myśli, roześmiał się do niej radośnie i dotykając palcem swego vis a′ vis, spytał: - Ziemlak, ziemlak (rodak), a przecież ty jesteś Żydem? – Ny, Ungar – brzmiała odpowiedź. Przekonałem się później, że w Austrii Żydów w wojsku nie było; wszyscy do nich podobni, okazali się autentycznymi Węgrami.

W samą północ przyszedl Austriakom głupi koncept do głowy: rozpoczęli na ślepo strzelaninę z dział do osady. Kobiety zaczęły lamentować, dzieci wrzeszczeć, a ja nie mogłem spać. Przyprowadzono jeszcze w nocy paruset jeńców i przywieziono dwa działa.

Zaduma nad Wacławem Sieroszewskim. Gospodarz pokazał mi fotografię Wacława Sieroszewskiego, tak wysoko przeze mnie cenionego autora powieści syberyjskich. Uczyniła ona na mnie przykre wrażenie; Sieroszewski sfotografowany był w mundurze szwoleżera z ogromną czapą na głowie i szabliskiem przy boku; z powodu małego wzrostu pisarza i jego zupełnie niemilitarnej postawy, wywierała fotografia wrażenie dziwaczne. Autor przyjechał tu dla agitacji wśród robotników na rzecz powstania przeciwko Rosji, nie miał jednak powodzenia, gdyż, jak twierdzili robotnicy, dawał im zamiast Moskala – Prusaka.

Nieoczekiwane gratulacje. Stoczona pomyślnie bitwa – miniaturka zrobiła ze mnie solenizanta; winszowano mi osobiście i telefonicznie z „odniesionego zwycięstwa”. Robiło to trochę zabawne wrażenie, boć cały ten bój, rzeczywiście wykonany precyzyjnie, był tylko drobiazgiem w porównaniu z poprzednimi walkami, stoczonymi przeze mnie pomyślnie, a których nie winszował mi nikt. Straty miałem minimalne, dzięki impetowi ataku ubyło mi zaledwie 2 oficerow i 27 żołnierzy.

W ciężkim ogólnie życiu pochodowym okresu obecnego, niemałą pociechą był dla mnie mój ordynans, Piotr Szejka, Ukrainiec z pochodzenia; potrafił on zawsze zapewnić mi maximum wygód na noclegu i możliwą strawę. W Ćmielowie miałem z nim następujący dialog. Godzina 7-a rano – ukończyłem właśnie poranną toaletę i wołam: „Piotrze daj mi herbaty!” – „Słucham, ale najprzód musimy zjeść obiad”. No i musiałem najprzód zacząć od spożycia obiadu z dnia poprzedniego, przywiezionego w nocy. Moja pedantyczna „niania” przestrzegała pilnie ustalonego porządku.

Rozkaz wymarszu i miłe spotkanie. Dalszy wymarsz nastąpił dopiero po południu. Mijając jakiś dwór, zobaczyłem przed bramą grupę pań i panów, rozdającym żołnierzom chleb, sól i gorący krupnik; byli to moi znajomi z Warszawy. Zapraszali serdecznie do siebie, skorzystałem więc z krótkiego przemarszu i wróciłem wieczorem do dworu; spragniony polskiej mowy, kulturalnego towarzystwa, spędziłem tu przemiłe kilka godzin, ogrzałem wyziębioną przejściami wojennymi duszę. Wczoraj miał nocować we dworze generał austriacki; wypakowano właśnie jego bagaże, gdy nastąpiło moje natarcie; generał wybiegł na podwórze, kazał ładować wozy i w kwadrans wymiotło ich do czysta.

31 października. Znaleźliśmy się w pobliżu Opatowa. Przede mną przeciwnika nie było, ale w prawo 45-ta dywizja napotkała na silny opór, wkrótce kanonada rozszalała się do tego stopnia, że uważałem za potrzebne wysłać z marszu pułk bielowski, dla zabezpieczenia lewego skrzydła walczących, o czym zameldowałem dowódcy dywizji. Przyjął to jak najgorzej, twierdząc, że popełniłem poważny błąd, gdyż potrzebował on właśnie na 1 listopada tego pułku na naszym lewym skrzydle. Zaprotestowałem stanowczo przeciwko niesłusznemu zarzutowi, ponieważ moja decyzja nie krzyżowała jego zamiarów; pułk w ciągu paru godzin miał być z powrotem. Rzeczywiście, Bielowcy wrócili na nocleg przed północą, udziału bezpośredniego w boju nie brali, ale ich obecność pozwoliła dowódcy dywizji wprowadzić do walki ostatni pułk swej rezerwy. Za pomoc w chwili krytycznej dziękowano pułkowi gorąco. Na dzień 1 listopada otrzymałem rozkaz bojowy, głoszący, że przeciwnik zajął stanowisko obronne na linii Włostowo – Kurowo; ja z pułkiem tulskim miałem atakować jego lewe skrzydło, pułk bielowski odchodził do dyzpozycji dowódcy dywizji. Bardzo mi nie przypadła do gustu ta decyzja; miałem przed sobą dobrze przygotowaną do obrony cukrownię włostowską i tylko jeden pułk do ataku na froncie przeszło dwóch wiorst; ciężko mi było również spędzić w chaosie bitwy święta umarłych, gdy dusza wraca do przeszłości, dąży do zespolenia z tymi Najdroższymi, co już odeszli.

zamek

Ruiny pałacu we Włostowie, gdzie kiedyś tętniło życie, a na dzisiaj zostały tylko kamienne lwy. Fot. pobrano z portalu "echodnia.eu".

Pałac we Włostowie. Odwiedzany bywał przez nawybitniejsze osobistości epoki. Nic dziwnego, ponieważ w regionie nie było lepiej urządzonej rezydencji. W 1918 roku na zaproszenie Michała, dziadka Juliusza, jedną noc spędził tu nuncjusz papieski Achilles Ratti, późniejszy papież Pius XI. Miał tu swój pokój biskup Marian Ryx, ordynariusz diecezji sandomierskiej, wielki przyjaciel Michała Karskiego, tajnego szmbelana trzech papieży: Piusa X, Benedykta XV i Piusa XI. Jest to fragment z szerszego opisu, i to niezwykle interesującego, historii tego pałacu.

Uporczywa walka. Dwa i pół dnia trwała nader uporczywa walka; po silnym ostrzelaniu haubicami cukrowni, zdobyłem ją dwukrotnie i tyleż razy zostałem z niej wyrzucony; przy powtórnym kontrataku ogień przeciwnika był tak morderczy, że musiałem przywarować z rezerwą w rowie przy szosie, o paręset kroków od stanowiska przeciwnika, i tu czekać na nadejście zmroku. Pogoda była ochydna, ostry wiatr mroził dotkliwie, a leżeć w rowie było wilgotno; nie było jednak rady, bo kto tylko podniósł głowę, zostawał zabity; ciągle słyszało się nad sobą świstających gromadnie kul karabinowych i pocisków armatnich. Dokoła leżało tylu rannych, że w chwilach względnego spokoju zdawało się, iż jęczy całe pole; nie można było jednak ich ratować. Dla rozrywki wypaliłem wtenczas pierwszego papierosa od czasu wyjścia z gimnazjum, smakował mi nie bardzo, ale ogrzał trochę nos.

Nareszcie powstał od ziemi upragniony zmrok, umikły zwolna dokuczliwe kulomioty; szyły tylko ukośne niemiłe granaty, zaczepiając nas tu i ówdzie. Cichutko wstały kompanie i popłynęły jak długie cienie w tył, przyśpieszając stopniowo kroku dla rozgrzewki.

Wypoczynek i bilans bitewny. Zająłem kwaterę we dworze obywatelskim i z niekłamaną przyjemnością rozsiadłem się w ciepłym pokoju i wygodnym fotelu. Telefony nie były pomyślne: odrzucono nas na całej linii, ale Tulscy, cofając się po walce wręcz, brali sporo jeńca. Oficerów kazałem przyprowadzić do dworu; przyjąłem ich życzliwie, miny, na razie niepewne, uspokajały się stopniowo; wszyscy pytali się, dokąd będą wysłani. Byli to przeważnie Niemcy z domieszką Węgrów. Każdą nową grupę przybywających witano okrzykami: „A więc żyjesz, mówiono, żeś zabity!” Miny rozjaśniły się zupełnie, gdy zaprosiłem całe towarzystwo na kolację; nie była ona wykwintna, zawszeć jednak podano kartofle ze słoniną, boczek, dużo chleba i herbatę. Zmieciono wszystko w przyspieszonym tempie; żałowali tylko moi goście, że nie ma wódki, ani piwa.

Noc miałem niespokojną. Chociaż przeciwnik zachowywał się biernie, ale w dwudniowej walce stopniały jego rezerwy, a nie mogłem nic prawie wyciągnąć z linii bojowej; pułk z trudnością utrzymywał front. Wczesnym rankiem ponowiłem bój, ale tym razem nie traciłem dużo czasu na przygotowanie ogniowe i pchnąłem z miejsca cały front do ataku; spotkał nas z szańcow słabszy opór. Cukrownia i dwór zostały opanowane jednym rozpędem. Austriacy cofnęli się w nieładzie, pozostawiając w naszych rękach 36 oficerów, 1300 żołnierzy, 9 dział i 4 kulomioty. W ostatniej chwili zaskoczyłem osobiście baterię haubic na wsiadanym; poddali się bez oporu, a ja dostałem od dowódcy baterii w nagrodę rewolwer Steyra; była to prawdziwa „okazja”, gdyż zwykle rewolwery i lornety nie dochodziły do rąk wyższych szarż. Krótki opór w trzecim dniu walki tłumaczył się nie tylko wyczerpaniem przeciwnika, ale i pomyślnym natarciem pułku bielowskiego od strony naszego lewego skrzydła, dokonanym z rozkazu dowódcy dywizji. Dziwnie wyglądały rozsiane po polu ciała zabitych żołnierzy: wielu z nich leżało na wznak z rękami wzniesionymi ku niebu, jakgdyby je wzywali na świadka ludzkich zbrodni.

Spotkanie z szambelanem M. Karskim. Mieszkańcy Włostowa wylegli na nasze spotkanie, wyciągając ku nam ręce i płacząc z radości; dali się im Węgrzy we znaki, ograbili doszczętnie i maltretowali.

Cukrownia była ciężko uszkodzona naszymi pociskami, w pałacu wybito trochę szyb, obito sporo tynku. Właściciel, szambelan M. Karski, przywitał mnie w podwórzu radośnie; źle się im działo w ciągu ostatnich dni; Węgrzy więzili ich wraz ze służbą i dwojgiem księży w piwnicy pałacu, nie pozwalając nawet palić światła; za pożywienie służyły tylko gotowane kartofle, brane rękami z garnka, gdyż w piwnicy było zupełnie ciemno. Goście nieproszeni brali z pałacu, co im się żywnie podobało, rozbili piwnicę z winem i wciąż grozili, że wystrzelają wszystkich za rzekome sprzyjanie Rosjanom.

Jak napisano w jednym z komentarzy do przeszłości pałacu: kilka lat sprzed 2012 roku rozebrano starą cukrownię, tuż przy głównej drodze. Ciekawy zabytek architektury przemysłowej, szkoda, że nie udało się jej zachować i na coś praktycznego przerobić. A co do wspomnień dziedzica, cóż, rodzina utraciła majątek, pałac, na pewno to (...)

Szambelan zaprosił mnie na obiad; był bardzo chudziutki, gdyż dwór ogołocono ze wszystkiego. Gdyśmy o zmroku siedzieli z p. Karskim w salonie, podeszła do niego córeczka, śliczna dziewczynka lat dwunastu, i coś mu szepnęła do ucha, zerkając na mnie; sprawa była rzeczywiście ważna, miałem zdecydować, czy wolno zapalić lampę w pokoju (za austriackiej okupacji wszelkie ognie były surowo zakazane). Naturalnie, nie robiłem żadnych przeszkód. W ciągu bitwy śledzono we dworze jej przebieg, nadsłuchując z piwnicy dochodzących odgłosów; słysząc dwukrotnie w ciągu pierwszych dwóch dni walki głośne „hurra” moich żołnierzy, był p. Karski pewien, że zwyciężamy, a jednak za każdym razem omylił się; dzisiejsze słabiutkie względnie okrzyki nie zrobiły więc żadnego wrażenia a ukazanie się nasze było zupełną niespodzianką. Gwałtowność ataku zmusiła nawet austriackiego generała do pospiesznej ewakuacji, a jako pamiątkę po sobie zostawił on duży, czerwony automobil z przestrzelonym zresztą radiatorem.

Cenny wojenny nabytek konie pociągowe. W ciągu dnia zameldował się u mnie dowódca dywizjonu haubic, pułk. Krasnopierow. Gdym mu dziękował za doskonałą służbę dywizjonu, pułkownik ukląkł przede mną, i składając błagalne ręce, wygłosił: „Ekscelencjo, upraszam pokornie o podarowanie nam zdobycznych koni baterii, którą pan osobiście wziął”. Pomijając farsowy charakter tego wystąpienia, musiałem przyznać, że wiedział , o co prosi. Konie były rzeczywiście nadzwyczajnej wartości, same olbrzymie trakeny. Podarowałem je więc dywizjonowi z wyjątkiem jednego, należącego do p. Karskiego a wypożyczonego przez Austriaków; w zamian za „Murzyna” (tak się zwał olbrzym) otrzymał Krasnopierow dobrego, folwarcznego konia.Przykrym momentem była skarga szambelana na żołnierzy, rabujących melasę w cukrowni. Kazałem ich otoczyć i przyprowadzić do dworu; znaleźli się tu przeważnie amatorzy z 45-ej dywizji, było sporo i moich. Całe zacne towarzystwo liczylo 47 ludzi. Poleciłem więc zebrać natychmiast sąd; gdy się p. Karski dowiedział, co grozi winnym, zaczał prosić o darowanie kary; nie chcąc go martwić, zgodziłem się na to pozornie. Sprawa została rozstrzygnięta nazajutrz z dala od Włostowa; miłosierdzia tu stosować nie wolno było, chociażby dlatego, że nic tak nie demoralizuje żołnierza, jak bezkarność grabieży.

haubica

Na początku XX. wieku w Zakładach Schneider (obecnie Schneider Electric) na zamówienie armii rosyjskiej powstał projekt haubicy kaliber 152 mm. Produkowano je w Rosji, w zakładach Putiłowskich. Autor: Balcer - commonswiki - Praca własna. Francuska haubica z 1917 roku w Finlandzkim Muzeum Artylerii.  CC BY - 2.5

Zmiana frontu. Austriacy opuścili Sandomierz, Kielce też były wolne; wyparto również arjegardy niemieckie z Koła i Przedborza. Armia nasza zmieniła front; maszerowaliśmy teraz na zachód; wszystkimi drogami popłynęły potężne potoki ludzi, dział i wozów. Kończyliśmy więc wymiatanie wroga z Królestwa. Sprawiało mi to olbrzymią satysfakcję, wiedziałem, że za Wisłą i w Poznańskiem też jest Polska, która powinna do nas wrocić, ale była mi ona o wiele dalsza, niż zabór rosyjski.

Pogoda cudowna, wróciła jesień i darzyła nas ostatnimi usmiechami; drzewa przystroiły się w złoto, brąz i czerwień, powietrze było prawie ciepłe. Na tle jasnego błękitu nieba widziałem przez dwa dni klasztor świętokrzyski. Okolica falowała ładnie. Przeciwnik był nieobecny, wypoczywałem więc po trzech bezsennych nocach. Miałem cudowny nocleg w domu pp. Psarskich; cieszyłem się gościnnym przyjęciem gospodarzy, dobrym fortepianem, wziąłem nawet kąpiel.

***

6-go listopada. Dotarliśmy do Solca, i znowu trafiłem doskonale. Ulokowano mnie w domu doktora Daniewskiego, którego znałem już poprzednio; mogłem mu nawet wyświadczyć pewną przysługę. Jakiś gałgan zadenucjonował go do władz wojskowych, ale poręczenie moje zażegnało możliwe nieprzyjemności. W ogóle od kilku dni opływałem w dostatki, jadałem smacznie, sypiałem wygodnie, miałem nader miłe towarzystwo w osobach życzliwych, przeważnie znajomych gospodarza; jedyne „ale” to codzienna zmiana locum.

Powinszowania generała. Wczoraj w ciągu marszu dogonił mnie Papengut i winszował z niezmiernie słodką miną powodzenia pod Włostowem, nadmieniając, że za to zwycięstwo przedstawił mnie do orderu św. Jerzego; jednocześnie przyznał, że miałem rację, wysyłając pułki bielowski pod Opatowem dla pomocy sąsiadom. Do pięknej przemowy mego „pryncypała” dołączył pułkownik Sytin po cichu komentarz, że zostałem przedstawiony do nagrody na skutek rozkazu dowódcy korpusu, który mój atak na Włostow nazwał „szalonym”, w dodatnim znaczeniu.

Za Połańcem droga nasza zbliżyła się do Wisły; musiano jednak nas dostrzec z drugiego brzegu, gdyż przywitano kolumnę gęstym ogniem z dobrze zamaskowanej baterii. Przewidywałem tę niespodziankę, szybko więc przeszliśmy na inną, nieco dłuższą, ale bezpieczną drogę, i tylko tabory , jak zwykle, spłoszyły się i pognały gdzieś polem, a ja na noc zostałem bez rzeczy. Nieoczekiwany ogień wywołał jednak pewną konsternację wśród wyższych instancji, które obrały sobie kwatery w ładnych rezydencjach nad Wisłą, zmieniły jednak zamiar wobec niemiłego sąsiedztwa baterii i przeniosły się dalej od rzeki.

Piękny pałac polski. Odziedziczyłem przeto starożytną rezydencję hr. Skórzewskich, datującą się od roku 1439. Piękny to pałac z zarania Odrodzenia, jednak nieco zaniedbany; obecna właścicielka księżna Ogińska, zaglądała tu rzadko. Urządzenie wewnętrzne było późniejszej daty, ale piece liczyły przeszło 300 lat; w pałacu widziałem łądną bibliotekę, sporo rzadkich książek; zachowały się również stare obrazy, piękne brązy, śliczne odrzwia rzeźbione. Ostatnio gościli tu Austriacy; stary lokaj opowiadał, że bardzo się im tu podobało, wzięli więc na pamiatkę sporo złotych i srebrnych rzeczy z gablotek i dywany, wypróżnili również kosztowną piwnicę z wiekowym winem. A byli to wyżsi oficerowie! Co za paskudztwo!

Odpoczynek. Rozpęd nasz skończyl się na razie. Austriacy cofnęli się za Nidy na prawy brzeg Wisły, oddali jednak sporo jeńca i wozów. Nie poszliśmy za nimi, mieliśmy maszerować nadal na zachod; od dwóch dni staliśmy jednak na miejscu, zapanował bezruch, martwa cisza. Pierwszy zwiastun zimy – przejmujący wiatr północny hulał po pustych polach, otrząsał z drzew resztki uschniętych liści. Od wczoraj nie było słychać ani jednego, nawet najdalszego echa wystrzału armatniego. Wypoczywałem na całego, wysypiałem się tak, że aż mi oczy od snu zapuchły; odrabiałem tylko nieznośną pisaninę. Nie zamieszkałem w pałacu, tam trudno się było dopalić; rezydowałem wygodnie u rządcy: ciepło, czysto, miałem nawet fortepian i trochę nut. Wrodzony jednak człowiekowi instynkt niszczycielski wywołał z mej strony odruch barbarzyński. Natknąłem się wśród Pie′ces de salon słynną ongi, a nienawistną mi od dziecka „ Prie′re d′une vierge par M-me Bądarzewska”, i nie wytrzymałem – porwałem ją na drobne kawałki. Niech się dziewica martwi...

Dziwnie składała się dla nas dalsza marszruta; minęliśmy szereg miasteczek: Pacanów, co do którego istnieje dziwne podanie, że tam jakoby kozy kują, Stopnicę, Wiślicę, Miechów i ani razu nie wypadło nam, by zatrzymać się w którymś na nocleg. Moja młodzież postękiwała trochę, zawsze miała ochotę do kupna czegokolwiek, ale taka możliwość była złudzeniem; obecnie w sklepie można było dostać jedynie szuwaks lub gwoździe.

Przeczytałem w komunikacie urzędowym, że 10-go października wkroczył za Niemcami do Łodzi oddział strzelców galicyjskich; komenda ich rozpoczęła natychmiast wydawać odezwy agitacyjne i konfiskować pisma warszawskie, sprzedawane po ulicach; ładne metody „argumentacyjne”.

Nowe rozkazy. Telefonował mi pułkownik Sytin, że wstrzymanie marszu było w związku z zamierzoną blokadą Krakowa, do której miały być użyte baterie z fortecznej artylerii Brześcia; nadmienił również, że miasto miało być bezwzględnie wyłączone od bombardowania. Strułem się swoją drogą tą wieścią. Nazajutrz jednak sytuacja się polepszyła; armii kazano natrzeć na stanowisko, zajęte przez wojsko niemieckio-austriackie, na froncie Częstochowa – Olkusz. Decyzja ta dogodziła mi ogromnie, poczucie żołnierskie i głęboka niechęć do sprawców wojny – Niemców, ciągnęły w kierunku głównych starć.

Natarcie nasze nastąpiło 16-go listopada. Wróg zajął dobre stanowisko na skalistych wzgórzach, oplótł się kolczastym drutem, wykopał szachownicę wilczych dołów, najeżył dojście zawałami drzewnymi, założył nawet fugasy. Atak korpusu rozpoczął się o godzinie 4-tej po południu; moi zdobyli w walce na bagnety pierwszą linię okopów, wzięli trzy kulomioty i nieco jeńców, ale musieli się zatrzymać, gdyż sąsiedzi nie mieli powodzenia.

Wypadki chodzą po ludziach. O zmroku miałem przykry wypadek; obserwowałem ze skały, gdy nagle pękł w pobliżu granat i ogłuszył mnie tak silnie, żem się mimo woli cofnł i spadł: czepiałem się naturalnie czego się dało; nagle poczułem w pachwinie tak ostry ból, że mnie zamroczyło na chwilę; przytomność wróciła zaraz, ale tępy ból pozostał. Na noc brygada pozostała w zdobytych okopach, ja nocowałem w domu leśnika; na sublokatorów przyjąłem pięciu oficerów, którzy nie mieli się gdzie podziać. Przeciwnikiem naszym był korpus tyrolski, dopiero co przywieziony na nasz front; jeńcy przedstawiali się jako pierwszorzędni żołnierze.

Nazajutrz trwały tylko lokalne walki, mające na celu polepszenie zajętego stanowiska; biegło ono skrajem wysokopiennego, rzadkiego lasu, przecinało zagajniki i nagle wzgórza, najeżone wapiennymi skałami.

Zameldowa mi się na ochotnika niejaki Genke, liczący 58 lat, nauczyciel języka francuskiego w Ługańsku; krok swój tlumaczył pragnieniem służenia swej matce - Alzacji . Do ostatnich dni był on tłumaczem w sztabie armii, gdzie zebrał kolekcję listów, znalezionych przy zabitych Niemcach. Przytoczę parę wyjątków: „ Ten, co siedzi na s... w Poczdamie, niech nie myśli, że my dla jego fantazji będziemy przez całą zimę marzli w okopach i przymierali głodem; nas, socjal-demokratów, jest w armii moc, gdy się nam naprzykrzy, obrócimy nasze bagnety w kierunku Berlina i przebijemy się do naszych ognisk domowych...” Były i takie perełki, w których się maluje „ szlachetność” kobiecej duszy niemieckiej: - Pamiętaj ukochany, jeżeli złapiesz kozaka, zniszcz go jako gada, inaczej ja, matka twa, wyrzeknę się ciebie... – Złap ukochany, ze czterech kozaków i przyślij mi ich, ja im pokażę, co może uczynić niemiecka dziewczyna...

Wojna trwa. A tymczasem walki trwały ze zmiennym natężeniem. Tyrolczycy bili się znakomicie, strzelali celnie; miałem też duże straty; moje ataki spotykały się z gwałtownymi kontratakami, nieraz wdzierano się do naszych okopów, zresztą przeważnie po pijanemu, co zmniejszało ich impet.

Pierwsze cztery dni walki spędzałem przeważnie w domu leśnika; obok rozłożył się w lesie batalion rezerwy. Nie mogłem bronić żołnierzom rozniecania ognia, bo było bardzo zimno, dym jednak zdradzał miejsce naszego pobytu; granaty i szrapnele przylatywały często, mordując sporo ludzi. Obserwowałem przez okno dziwny przypadek: stała tuż obok dwukółka z wyprzężonym koniem i siedziało przy ognisku trzech żołnierzy; nadleciał granat przebił konia i wybuchł przy nogach żołnierzy; gdy się rozwiał tuman dymu, ujrzałem drgającego w przedśmiertnej męce konia a obok żołnierza z urwanymi nogami, dwom pozostałym nie stało się na oko nic. Druga scenka była mniej tragiczna: o trzy kroki od paru siedzących żołnierzy pękł na drodze granat, nad ich głowami przeleciał rój odłamków, a oni nie poruszyli się nawet.

W sąsiedniej, 75 dywizji działo się gorzej, spychali ją po trochu Austriacy w tył. Opowiadał mi oficer łącznikowy, że dowódca dywizji, Stegelman, i szef sztabu uganiali się osobiście z dobytymi szblami po polu, zatrzymując uciekających żołnierzy; słaba to w ogóle dywizja (do składu jej weszły głównie starsze roczniki z okolic Dęblina), ognia artyleryjskiego nie wytrzymywali zupełnie; ich zachowanie utrudniało bardzo moją sytuację, bo już byłem wyczerpany. Pogoda ładna, mroźna, w nocy mieliśmy kilka stopni mrozu, spadł nawet nieduży śnieg.

***

Smutny wojenny bilans. Rezerwa moja na skutek artyleryjskiego ognia Austriaków topniała coraz bardziej, rósł więc szybko cmentarzyk przy obozowisku. Z moim zdrowiem nie było dobrze, bolało mnie coraz bardziej w pachwinie, chodzić mogłem mało, szkodziło mi zapewne złe odżywianie; jadaliśmy tylko kartofle i suchą kielbasę; dowieść coś lepszego z zaplecza było trudno, zbyt skutecznie ostrzeliwano dojazd. W nocy też nie było spokoju: spało nas w małej izdebce sześciu, telefony tuż, a za przegródką płakało dziecko, męczyła się chora na cholerę żona leśnika. Gdy zmarła, nie można było z powodu ognia, przez kilka godzin, wynieść zwłok z chaty.

Niespodziewane nowe leże. Wyprowadziłem się więc piątego dnia walk na skraj miasteczka Pilicy i nareszcie miałem lepszą noc, telefony się nie liczyły, od nich nie było ratunku.

Rynek

Rynek w mieście Pilica, powiat zawierciański. Autor fot. me - Praca własna. CC BY - SA 2.5

Ku wielkiemu zdziwieniu otrzymałem tu list od znajomego inżyniera, p. Arkuszewskiego, zapraszający mnie do jego zamku, który przylegał do miasteczka. Skorzystałem więc z pewnego uspokojenia na froncie i pod wieczór pojechałem z wizytą; zastałem w zamku oprócz gospodarza panią domu i trochę młodzieży. Kolację jedliśmy w obszernych podziemiach, dokąd się pp. Arkuszewscy, wobec kanonady artyleryjskiej przenieśli.

Ostry spór z moim pryncypałem. Papengut, który ani razu przez czas dowodzenia dywizją nie pokazał się na froncie, zaczął mi znowu dokuczać, czepiając się papierowych drobiazgów. Miałem już jego dość, pojechałem więc do sztabu dywizji i zrobiłem generałowi po prostu awanturę, ostrzegając, że nadal nie ręczę za siebie. Papengut stchórzył natymiast, zaczął mnie przepraszać, całować, skarżyć się na swój sztab, który składał mu rzekomo falszywe raporty. Stosunki u nich rzeczywiście ułożyły się oryginalnie: dowódca dywizji nie przyjmował meldunków od szefa sztabu, a wierzył jedynie kapelmistrzowi, któremu dyktował rozkazy.

Uznałem jednak, że dalsza służba w dywizji przechodzi moje siły, zameldowałem więc, że czuję się chorym i muszę jechać się leczyć. Moja decyzja przestraszyła wręcz Papenguta, odwołał się do mego poczucia obowiązku, wskazał na krytyczną sytuację, zaklinał, bym nie odjeżdżał jeszcze. Zapowiedział nareszcie, że, jak tylko nastąpi odprężenie na froncie, odeśle mnie autem do najbliższej stacji kolejowej. Musiałem więc odłożyć mój wyjazd, chociaż uprzedzano mnie stale, że mój szef czyha na pierwszą okazję dokuczenia mi; bardzo go raziły moja samodzielność i parokrotne powodzenie bojowe.

Nazajutrz pojechałem na front dopiero po południu; w połowie drogi ujrzałem grupę jeźdźców i kilkudziesięciu pieszych żołnierzy 75-ej dywizji; dowiedziałem się od nich, że dywizja została ostecznie zepchnięta do tyłu i cofa się za miasto Pilicę, nie uprzedziwszy nas nawet. Ruch ten obnażał prawe skrzydło, tyle, że przeciwnik mógł w każdej chwili zająć tyły. Nie było chwili do stracenia; mimo bólu, popędziłem na front, zawiadomiłem sztab dywizji oraz brygadę o sytuacji i rozpocząłem odwrót na przygotowaną z góry drugą linię okopów, o 2 wiorsty od pierwszej. Austriacy nie zauważyli odejścia, przeszliśmy więc ku wieczorowi niepostrzeżenie.

Obnoszono mnie niczym chińskiego cesarza.Przeciwnik opatrzył się dopiero nazajutrz i od rana rozpoczął natarcie, przygotowane silnym ogniem artyleryjskim. Byłem już tak chory, że nie mogłem stać na nogach; noszono więc mnie zgiętego w kabłąk na krześle. Walka ogniowa trwała kilka godzin, Austriacy, wstrzymani naszym ogniem, nie zdołali przeprowadzić ataku; zamek jednak znalazł się w tak zwanym przez Anglików no men land′zie, t.j. strefie, położonej pomiędzy walczącymi, niszczonej zatem przez obydwie strony.

zamek

Zamek w Pilicy. Autorzy fot.: Marek i Ewa Wojciechowscy. CC BY - SA 3.0

Współczując niedoli pp. Arkuszewskich, kazałem na razie oszczędzać możliwie zamek od obstrzału artyleryjskiego, ale warunki mogły się z łatwością w toku walki zmienić; posłałem więc tam adjutanta z radą, by mieszkańcy nie wychodzili z podziemi. Oficer zastał panią na podwórzu, gdzie zapędzała pod dach indyki, zwrócił się więc do niej z uprzedzeniem, wskazując na dwa pękające nad zamkiem szrapnele. Inżynierowa kazała mi podziękować za radę, a na zakończenie dodała: - niech generał robi, co do niego należy, a ja będę robiła swoje, bo mi pomordują indyki – i wróciła do swojego zajęcia.

Taki to wojenny los. Doba następna była względnie spokojna. Bardzo mi to dogadzało; byliśmy przemęczeni, żołnierze przez osiem dni leżeli w okopach, nie mogąc się nawet rozgrzać; na oficerów żal było patrzeć: twarze mieli opuchnięte, oczy gorączkowe, ręce zgrabiałe, nie myli się przez cały czas, ciepłego kąta nie zaznali od dawna. Na opuszczenie oddziału bez konieczności nie pozwalałem. Żyłem stosunkowo znośnie w chłopskiej chałupie z doktorem Ostaszewskim i dwoma oficerami; za przegródką rodzina gospodarza, drobne dzieci, dużo krzyku, ale było ciepło i nie odczuwaliśmy głodu. Starał się o to dzielny kompan – doktor. Wychodziłem mało, a gdy leżałem, nie bolało mnie nic. Często przychodzili do mnie pułkownicy: moja choroba trapiła ich widocznie. Wzruszał mnie grubas, pułk. Bielajew, wpatrywał się ciągle we mnie, powtarzając: „Co my będziemy bez pana robili...”

Minęło jeszcze sześć dni; przestaliśmy się nawet przepychać, pułki zakopały się głęboko na stanowiskach, wymościły okopy słomą, żołnierze odpoczęli i ogrzali się partiami. Bolały mnie głównie straty w oficerach: były ogromne. W „Kurjerze” wyczytałem korespondencję o nastroju społeczeństwa polskiego w Poznańskiem, która mnie bardzo pocieszyła; panowała tam wogóle duża rezerwa i zrozumienie naszego położenia politycznego.

W innym artykule przeczytałem, że niejaki Gorczyński organizuje „Legiony Wschodnie” w Warszawie. Szkodzić interesom Polski to nie mogło, ale było zbędne; społeczeństwo polskie w zaborze rosyjskim, stanowiące gros narodu, wypowiedziało się jasno przeciwko Niemcom, nie potrzebowaliśmy więc manifestować raz jeszcze naszego stanowiska politycznego.

Zresztą nie było slychać nic, by rząd rosyjski przystąpił do realizacji obietnic w. księcia, lepiej więc było zachować rezerwę.

Źródła: Przedruk z Domeny publicznej. Biblioteka Narodowa. E. de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa". t. 1

 



Autor artykułu : Wybrał i zestawił Leonard




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com