Wszystkich gości :   460882

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej 1914-1917 /11

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2019-12-14 13:58:31

Pamiętnik z I wojny światowej. Front wschodni. Czas wydarzeń: 1915 rok.: Wiosenne miesiące – włącznie z lipcem. Obszar akcji: Galicja Wschodnia. Gródek Jagielloński, Lwów, Żółkwia, wieś Biatatycze, Kamionka, Strumiłowa, Krasnystaw, Chołojow, wieś Sokala. Osoby występujące w opisie autora pamiętnika: Episkop Eulogjusz ze Lwowa, gen. Suchomnil, gen. Batuszow. Bobryński – 1915 r., pułk. Szewcow, kpt. Nikitin, hr. Szuwalowa (z domu Bariatyńska). gen. Brusiłow, gen. Lichaczew, pułk. Sytin, ppułk. Kuchinow, gen. Bobyr, gen. Kasztaliński, ppułk. Stoessel, pułk. Wadzyński. ppułk. Anguładze. Walczące strony: Rosja przeciwko Niemcom i Austrii.

Armia podwójnej monarchii prosi o pomoc. Po niepowodzeniach w 1914 roku kondycja armii podwójnej monarchii znacznie osłabła. Aby poprawić morale wojska i przywrócić morale na  zwycięstwo, należało przeprowadzić udane kampanie wojenne. Bez znaczącego udziału armii Rzeszy nie było to możliwe. Szczęśliwie dla Wiednia nastąpiły zmiany w niemieckiej strategii. Pod silną presją tandemu Hindenburg - Ludendorff Berlin uznał, że głównym zadaniem państw centralnych na froncie wschodnim będzie w pierwszej kolejności powstrzymanie parcia wojsk rosyjskich w kierunku łuku Karpat, a następnie pobicie ich i zmuszenie do rozpoczęcia rozmów pokojowych na warunkach zwycięsców.

31 marca 1915 roku pułkownik Wilhelm Groener otrzymał polecenie przygotowania akcji przetransportowania kilku korpusów niemieckich koleją w rejon Nowego Targu - Gorlic - Tarnowa (tam wyładowywały się wojska niemieckie z wagonów). 14 kwietnia w Berlinie szefowie sztabów obu armii sojuszniczych podjęły decyzję o szybkim uderzeniu na armie rosyjskie między Tarnowem a Gorlicami. Ostatecznie na front galicyjski wyruszyły cztery korpusy. Były dobrze wyposażone w ciężką artylerię, w tym moździerze oraz miotacze min.Wojska niemieckie były transportowane z zachodu pod Gorlice okrężnymi drogami, tak by zmylić czujność agentów alianckich. Zawieszono komunikację pocztową. Kolejnym warunkiem było przekazanie dowództwa nad połączonymi siłami generałowi niemieckiemu. Ostatecznie dowódcą zgrupowania wojsk sojuszniczych został dowodzący nową 11. Armią generał August von Mackensen, a jego szefem sztabu - pułkownik Hans von Seeckt. 11 maja na zamku książąt von Pless w Pszczynie umiejscowiono kwaterę naczelnego dowództwa Rzeszy.

Moralny dylemat dowódcy. Zbałamuciłem widocznie moją zwierzchność, napisał autor pamiętnika, robiła mi ona zarzut, że nie brałem jeńców pomimo ciągłych lokalnych walk. Ale zwykle nie dochodziło do walki na bagnety, a do kontrataków nie miałem ochoty, nie widziałem celu; operacja była przegrana, żołnierz mój bardzo zmęczony, po co więc miałem marnować siły i życie ludzi. Ograniczałem się więc do odpierania ataków przeciwnika.

Ponowne spotkanie z Hrabiną. Zwiedziłem dywizyjny szpital, po trudnym dniu na froncie, ujrzałem formalna rzeźnię: wszędzie krwawiące mieso ludzkie, porzucone pod ścianą ucięte ręce i nogi, zaduch krwi, jęki i rzężenie rannych, a pośrodku stół operacyjny z leżącą kolejną ofiarą; przy niej dwóch lekarzy w zakrwawionych fartuchach i hrabina, operująca maską usypiającą.

Jeden z lekarzy zauważył półgłosem, że ta kobieta, na wpół odurzona wyziewami chloroformu, pracuje tak stale, ąż do zupełnego wyczerpania. Wobec tego poszedłem do niej wieczorem ze specjalnym podziękowaniem; przyjęła je z dużym zadowoleniem, wetknęła mi jednak szpileczkę ex re naszego spotkania na szosie

Na mnie nie krzyczałby cesarz tak ostro, jak pan. Przeprosiłem ją więc za ton, zaznaczając, że zasadniczo miałem przecież rację, i rozstaliśmy się w najlepszej zgodzie.

Odwrót z linii frontu. Dzień następny wykazał, że miałem rację, nie angażując zbytnio w ostatnich walkach dywizji. Mieliśmy się znowu cofać, tym razem szerokim frontem, nie będę więc w arjergardzie.

Organizacja takiego marszu, o ile się ma przeciwnika bezpośrednio przed soba, jest rzeczą trudną; ma się do dyspozycji tylko jedną drogę, i każda instytucja, do dywizji należąca, musi się na niej znaleść w swoim czasie i na odpowiednim miejscu; często jednak formują sie zatory, a czas upływa, noc jest krótka, łatwo więc o panikę w taborach, o ile wozy po świcie dostaną się pod obserwację i bomby z aeroplanów.

Za taborami wysuwają się cichutko z frontu oddziały jeden za drugim i w samym końcu dopiero, przed tylną strażą, dowódca dywizji. O ile przeciwnik nie naciska, można w ciągu marszu wyprzedzić nieco maszerujące oddziały, by na miejscu nowego postoju zdążyć wydać odpowiednie rozkazy.

Szef sztabu pomagał mi mało, i zaczynałem go mieć dość, wypadnie się z nim rozprawić; od wysiłku bolała mnie ciągle głowa, przypominała się mi często odrobina metalu, którą miałem w skroni.

Zaczynaliśmy nabierać rozpędu w odwrocie; zatrzymując się tylko dla odpoczynku dziennego, maszerowaliśmy stale co noc w kierunku północno-wschodnim. Przeciwnik naciskał umiarkowanie, nie mogłem jednak prawie zupełnie spać, nerwy były zbyt napięte, a czasu mało; musiałem dziennie spędzić po kilka godzin w pułkach, dowództwo z każdym dniem obojętniało, uważało wojnę za przegraną, stąd opieszałość w służbie, którą karciłem w sposób coraz bardziej przykry. Zwiększało to naturalnie moje osamotnienie, bo każdy wolał zejść mi z oczów.

Nowe stanowisko frontowe. Zatrzymaliśmy się nareszcie na linii Gródka, na północno-zachód od Lwowa, na stanowiskach ufortyfikowanych zawczasu. Widocznie mieliśmy tej linii bronić. Mijając nową linię frontu, zwróciłem uwagę na staranne przygotowanie okopów, posiadających nawet daszki, chroniące od kul szrapnelów, i doskonałe rowy komunikacyjne; nie było jednak tak już popularnych drutów kolczastych, zamiast nich urządzono gęste zasieki z powalonych drzew.

budynek

Foto: Gródek Jagielloński - Budynek Sądu Powiatowego z lat 30.XX. w. Utworzona: 3 maja 2011 r. Brak autora na pocztówce. Źródło: stara pocztówka z ok. 1920 r. Pobrano z Domeny publicznej.

Zamieszkałem w klasztorze unickim, w pięknej zalesionej dolinie. Przeor ustąpił mi swoje dwa pokoje, mnisi cofnęli się gdzieś w głąb klasztoru i w rozmowie byli niesłychanie ostrożni. Chciałem tu odpocząć parę dni, ale wątpiłem, czy to się uda.

Zaraz po zakwaterowaniu pojechałem obejrzeć pozycje. Przegląd ten wywołał moje najwyższe zdumienie; dywizji, liczącej cztery i pół tysiąca bagnetów, dano do obrony sześć kilometrów t.j. dwa razy wiecej, niż w wojnie pozycyjnej zajmuje dywizja normalnego składu, licząca dwanaście tysięcy bagnetów. Naturalnie moje nikłe kompanie i bataliony rozpłynęły się literalnie w tych okopach.

Kazałem więc zająć tylko pewne odcinki skupionymi batalionami, utrzymując między nimi tylko łączność obserwacyjną. Cała dywizja stała w lesie, obstrzał sięgał zaledwie 300 kroków i to nominalnie, gdyż ogromne drzewa, powalone bez ładu przed okopami, maskowały najbliższe dojścia, a za nimi stał gęsty, wysokopienny las; artyleria nie miała tu nic do roboty.

Natychmiast zatelefonowałem o mych spostrzeżeniach do dowódcy korpusu i otrzymałem odpowiedź, że armia nie posiada rezerw, i mam sobie radzić we własnym zakresie; wogóle rozmowa z Bałaszowem świadczyła o dużej utracie równowagi w sztabach wyższych, i dlatego z zupełną obojętnością przyjęto do wiadomości, że sytuacja dywizji jest krytyczna, a zadanie otrzymane przewyższa jej siły.

Wyprawa do Lwowa. Korzystając z ciszy na froncie i dobrej szosy, pojechałem autem do Lwowa. W życiu miasta odczuwało się duże naprężenie; rosyjskie polityczne elementy, żerujące tu, wycofywały się wraz z episkopem Eulogjuszem do Rosji.

Lwów

Foto obejmuje wschodnią pierzeję Rynku widoczną z wieży Ratusza i widok na Lwów. Autor: Lestat (Jan Mehlich) - Praca własna. Data utworzenia 25 maja 2007 r. (CC BY - SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)].

Spotkałem na skwerze mego dawnego pułkownika, obecnie generała Suchomlina, pomocnika lwowskiego generała – gubernatora; opowiadał mi on z całym spokojem, że właściwie głównym jego zajęciem jest kontrola ruchu młodych kobiet na placu Mickiewicza, innej pracy nie może wykonywać wobec gałgańskiej polityki, prowadzonej wbrew intencjom Bobryńskiego przez zgraję popów i czynowników.

Wracać do armii czynnej w danej chwili uważał za duże ryzyko, bo można się było łatwo skompromitować. Było to charakterystyczne rozumowanie porządnego zresztą Rosjanina – własny interes stawiał on wyżej ponad sprawy ojczyzny, patriotyzm spał i tu na dobre.

Bitwa frontowa. Nader ujemna ocena zajmowanego stanowiska znalazła wymowny wyraz nazajutrz. Niemcy rzucili się na mego prawego sąsiada, który miał również zadanie ponad jego siły, przełamali go szybko i zwrócili się wtedy ku mnie, powtarzając stale swój ulubiony manewr – obustronnego oskrzydlenia. Walki ogniowej prawie nie było, walczono głównie na bagnety; były godziny, gdy koniec dywizji zdawał się bliski, przeciwnik otaczał mnie coraz ciaśniejszą podkową, a z góry brzmiał wciąż rozkaz „stać”.

Spełniłem go jednak nie dosłownie; w krytycznej chwili cofnąłem pułki o kilometr na następną rubież leśna; widoczne było jednak, że sprawa jest przegrana. Najciężej ucierpiał pułk wileński. Pułkownik Szewcow meldował mi o pięknym czynie dowódcy batalionu, kpt. Nikitina, otoczonego przez Niemców, trwającego jednak na stanowisku do końca; ostatni jego telefon brzmiał: „Niemcy biegną do ataku, są o 50 kroków, moje okopy pełne trupów i rannych, rozbijam telefon” – w parę minut później zginął bohatersko na niemieckich bagnetach.

Odwrót i nowe stanowisko przy Żółkwi. Po zachodzie słońca nadszedł nareszcie rozkaz odwrotu; polegał on właściwie na wyciąganiu kawałkami dywizji z nowej podkowy, co się jakoś nadspodziewanie udało. Miałem zająć nowe stanowisko pod Żółkwią, drogę wskazywała ogromna łuna; o pierwszej godzinie po północy wjechaliśmy do miasta. Palił się pałac Żółkiewskich; na placu widno było, jak w dzień i zupełnie pusto, tylko pośrodku stała grupa ludzi, przyglądających się pożarowi; byli tak zajęci widowiskiem, że nie zauważyli, gdym nadjechał, usłyszałem więc głośny śmiech i urągliwą uwagę: „po nas Austriacy nie pożywią się”.

Żółkiew

Foto zamku w Żółkwi. Stan z 2008 roku. Autor pliku i foto Wikipedysta Szater. Foto pobrano z Domeny publicznej. Wikimedia Commons.

Foto przedstawia obecny stan zamku w Żółkwi na Ukrainie.Został on zbudowany w latach 1594 - 1610 z woli ówczesnego hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego. Był on kolejno własnością Daniłłowiczów, Sobieskich (m.in. Jana III Sobieskiego) i Radziwiłłów (Michał Radziwiłł Rybeńko).Po pierwszym rozbiorze Rzeczpospolitej zamek przejęli Austriacy, podczas pierwszej wojny światowej spalili go Rosjanie, w okresie II Rzeczpospolitej po częściowej odbudowie były tutaj koszary wojskowe, a potem szkoła. Współcześnie w części zamkowych pomieszczeń znajduje się muzeum (opis sporządzony przez autora pliku j.w.)

Krew uderzyła mi do głowy, spiąłem konia i rzuciłem się na stojącego najbliżej, bijąc go steck′em po głowie; był to czynownik, zatoczył się, spadła mu mundurowa czapka, upadł wreszcie, a ja tłukłem zapamiętale wijącego się przy nogach końskich potwora. Sztab poszedł za moim przykładem, i po chwili zgraja „obrusitieli” uciekała w panice, smagana nahajami przez oficerów i kozaków.

Obicie tych łotrów dokonałem z mściwością, do słusznego bowiem oburzenia za spalenie historycznego pałacu, przyłączyła się wieloletnia nienawiść do tych dręczycieli polskiego życia w Polsce. Rady z pożarem dać sobie jednak nie mogłem; olbrzymi czworobok budynków palił się od fundamentów aż do szczytów, a miejscowa straż ogniowa uciekła z miasta, umiejscowiłem więc tylko pożogę.

W mieście zastałem bezrząd, próbowano już rabować, ale po paru doraźnych egzekucjach uspokoiło się wszystko; postawiłem własną straż i kazałem otworzyć sklepy, co wykonano z wyraźną niechęcią. Zwiedziłem ładne kościoły, podumałem trochę pod pomnikiem króla Jana III,

Tempora mutantur!... (czasy się zmieniają). Wśród ludności była przewaga Żydów, jak wszędzie.

W szpitalu , gdzie leżało paru rannych żołnierzy, zwróciłem się z jakimś zapytaniem do krzątającej się wśród chorych kobiety; nie odpowiedziała mi nic, tylko spojrzała niechętnie i wyszła. Po chwili zjawił się lekarz, z którym omówiłem możliwości wywozu rannych, w końcu spytałem, kto to jest ta niegrzeczna dozorczyni chorych; doktor zmieszał się i z pewnym wahaniem odpowiedział, że to jego córka. – ale ona nie znosi rosyjskiego munduru...

Wobec tego zaproponowałem, by panna ta nie ważyła się pokazywać w szpitalu, póki my tu jesteśmy, bo każę ja zamknąć.

W Żółkwi odnalazła mnie hrabina; potwierdziła znowu, że mam w sztabie armii opinię okrutnika. Rzeczywiście nie znałem litości, ale tylko dla tchórzów i łgarzy, których w armii nie brakowało, np. w jednej z ostatnich bitew dowódca pułku, przydanego mi z rezerwy ogólnej armii, zwiał z frontu do taborów, oddałem go więc natychmiast pod sąd polowy, niestety nie dywizji, lecz armii, groziła za to kara śmierci, ale Brusiłow, osłabł widocznie, skręcono więc sprawie kark i ograniczono się do wypędzenia tchórza z armii.

Codziennie losy zsyłały mi innych sąsiadów, i zawsze miałem wrażenie, że ci są gorsi od poprzednich, bardzo zreszta marnych; widocznie rozprężenie rosło. Przewidywania moje, że aczkolwiek było już źle, ale należy oczekiwać jeszcze gorszej sytuacji, sprawdziły się 27-czerwca.

Usadowienie się na nowej linii frontu. Zatrzymano mnie znowu na stanowisku ogromnie zalesionym, dając mi front o wiele przenoszący moje możliwości jego obrony; w centrum miałem nader gęsty las, ciągnący się głęboko w stronę przeciwnika, obstrzału żadnego, prawe skrzydło zasłaniały liczne gaje.

Gdym objeżdżał stanowisko, zabłądziłem na własnej linii frontu; naturalnie zameldowałem o tym dowódcy korpusu i otrzymałem odpowiedź uspokajającą: - Kto tam na pana pójdzie, brak wam nawet porządnej drogi, same chaszcze...

Musiałem więc oprzeć me działania najbliższe na strusiej taktyce: schowany byłem w lesie, może więc mnie nie znajdą. Jednak wieczorem naciśnięto na moje lewe skrzydło, i przeciwnik opanował prawie znienacka stanowisko jednego batalionu; kontratak kazałem przeprowadzić gen. Lichaczewowi. Bój się rozpalił, pojechałem więc sam na miejsce walki; pułk litewski nacierał ostro, chociaż od strony prawego skrzydła przeciwnik szył szrapnelami wzdłuż frontu natarcia w bardzo nieprzyjemny sposób; Lichaczew szedł za tyralerią i poganiał laską opieszałych.

Zorientowałem się natychmiast, że nawet zupełne powodzenie ataku nie da poważniejszych korzyści, a teren pozwala na odsunięcie zagrożonego skrzydła w tył; poszedłem więc za Lichaczewem, by mu dać odpowiednie rozkazy. Gdym go dogonił, pękły w tej chwili nad głowami dwa szrapnele, brygadier stanał i przeżegnał się szybko, powtarzając raz po raz „Hospody, pomiłuj”. Kule posypały się dookoła, nie czyniąc generałowi krzywdy; ulżyło mu to widocznie, bo, zwracając głowę w strone przeciwnika dodał: „Łżesz, łżesz, nie trafiłeś!” Walka tak go zaabsorbowała, że z trudnością zrozumiał, o co mi idzie.

Wieczorem kazałem zdjąć dzwony z cerkwi unickiej w pobliskiej wiosce i zakopać je tajnie, - wiedziałem, że w Niemczech odczuwają głód miedzi; by ludność mogła je odzyskać, sporządził sztab szkic sytuacyjny miejsca schowania, złożony w archiwum.

W nocy próbowali Niemcy nacisnąć w centrum; nieomal do świtu trwał leśny bój bez kierownictwa prawie, dzielność oficerów i żołnierzy utrzymała jednak front, i przeciwnik cofnął się. Przypuszczam zresztą, że Niemcy wykonali tylko wzmocniony wywiad dla orientacji. Spałem zaledwie parę godzin.

O 8-mej rano zaalarmował mnie pułkownik Sytin, że od strony prawego skrzydła wyszły z pobliskiego lasu ogromne masy Niemców i natarły na punkt styczności z sąsiednią dywizją; atak był tak gwałtowny, że w parę minut później zaczęła się walka na bagnety. Sąsiad cofnał się szybko, a pułk białostocki został po dwóch godzinach uporczywego boju doszczętnie zniesiony. Sytuacja dywizji stała się od razu krytyczna; w rezerwie miałem tylko dywizyjną komendę podoficerską, a droga odwrotu prowadziła właśnie od prawego skrzydła na jedyny most przez rzekę Bug, mógł zatem przeciwnik przycisnąć nas do rzeki.

Pchnąłem natychmiast komendę na zagrożony odcinek, rozkazałem pułkowi litewskiemu śpieszyć z lewego skrzydła na pomoc, sam zaś pogalopowałem na front; po drodze nawinął mi się szwadron ułanów, prowadzący wywiad, wziąłem go więc z sobą. Z pobliskiego wzgórza ujrzałem ciągnące spokojnie od zachodu gęste linie piechoty; ucieszyłem się bardzo, przypuszczając, że to idzie pułk białostocki, wysłałem jednak przez ostrożność ułanów dla sprawdzenia. Poszli rozwiniętym szykiem rysią, ale jechali niedługo; nadciągająca piechota przywitała ich gęstym ogniem i zmusiła do szybkiego odwrotu. Prysło złudzenie, byli to Niemcy.

Kazałem komendzie podoficerskiej rozwinąć się w szeroką tyralerię i zatrzymać ogniem przeciwnika w miejscu, nie cofając się bez mojego rozkazu, sam zaś z jednym adiutantem pocwałowałem na górę Lipową za wioskę Biatatycze, skąd widać było okolicę, jak na dłoni.

Drugi oficer zawiózł bliższym bateriom rozkaz skupienia ognia na nacierającej piechocie, dalsze miały śpieszyć na prawe skrzydło.

Przeciwnik ocenił szybko znaczenie mego punktu obserwacyjnego, zasypał go wprost granatami i szrapnelami; szczyt był jednak zarośnięty gajem, mogliśmy więc kryć się za drzewami, chociaż trudno było wytrzymać w tym piekle. Dookoła rwały się co chwila granaty, z góry leciały lotki pękających szrapneli, sypały się urwane kulami gałęzie, waliły z łomotem ścięte pociskami konary drzew; pień lipy zakrywał mnie trochę, miałem jednak wrażenie, że stosunkowo do mej tuszy jest on stanowczo za cieńki.

W pewnej chwili idąc za przykładem adiutanta, skoczyłem do jakiegoś wykrotu, gdzie było bezpieczniej, ale znalazłem się na dnie gęstego błota i nie widziałem, co się w polu dzieje, wróciłem więc za me drzewo, ledwom dobiegł, śmignęło mnie coś po nodze: był to nieduży kawałek granatu, który przebił but i utknął w łydce. Po chwili poczułem dojmujący ból, ciepła krew popłynęla wzdłuż nogi, ale nie miałem możności zajęcia się tą sprawą, przyklękłem tylko, bo stać już nie mogłem.

Ogień naszej słabej tyraliery, złożony jednak z doborowego żołnierza, wstrzymał Niemców o tyle, że sprawili szyk bojowy i rozpoczęli metodyczne natarcie. Wobec olbrzymiej przewagi liczebnej przeciwnika, pozwoliłem ppułk. Kuchinowi cofać się zwolna na górę Lipowa, ale nie mogł on tego dokonać, bo ogień artyleryjski Niemców i ich manewr oskrzydlający spędzały stopniowo komendę w lewo; groźba odcięcia dywizji od mostu zaczynała nabierać realnych kształtów, a pułk litewski był jeszcze daleko.

Naraz dopadł mnie piechotą oficer huzarów, meldując, że brygada jazdy jest do mej dyspozycji, kazałem więc czterem spieszonym szwadronom zająć natychmiast tyralierą górę aż do zluzowania przez piechotę; dwa szwadrony nadbiegły wkrótce i obsadziły wskazane stanowisko, ale Niemcy przywitali ich tak zabójczym ogniem, że po paru minutach huzarzy zerwali się nagle i pobiegli w tył. Krzycząc wśród trzasku i huku nieludzkim głosem, kazałem rotmistrzowi zatrzymać szwadrony, ale on odwrzasnął mi, że kawaleria takiego ognia nie wytrzymuje, i pobiegł za swoimi; zostałem więc znowu sam w tym kole ognia i dymu, a zraniona noga, jakby nalana ołowiem, dręczyła mnie coraz bardziej.

Posłałem więc adiutanta po dowódcę brygady lub pułku huzarów, nie pokazali się jednak; może w pół godziny dopiero ujrzałem jakiegoś oficera ułanów z ordynansem. Nie zwracając uwagi na morderczy ogień, jechał on spokojnym kłusem, zsiadł z konia o kroków dwadzieścia, poprawił na sobie frencz i miarowym krokiem skierował się ku mnie; z uczuciem ogromnego uznania patrzyłem na śliczne zachowanie się tego młodzieńca, na którego piersi bielił się piękny krzyż oficerski św. Jerzego; niestety zuch nie doszedł do mnie, ciężki pocisk zwalił na niego duże drzewo, druzgocąc młodego bohatera na śmierć.

Dotarli nareszcie do mnie dwaj dowódcy baterii, meldując, że baterie na nowych stanowiskach są gotowe do strzału, kazałem im natychmiast podpalić wieś Biatiatycze, szeroko rozsiadłą przed moim prawym skrzydłem, by zatrzymać nieco Niemców, zbliżających się do niej; udało się to nadspodziewanie prędko, po kilku wystrzałach stanał pomiędzy mną a przeciwnikiem długi mur ognia. Wreszcie dobiegła do wzgórza moja piechota, okopała się szybko i zahamowała ogniem kulomiotów impet natarcia, szybko też wyrosły wśród pól liczne kretowiska, kryjące Niemca; ogień karabinowy wzmógł się, ale uspokoiły się znacznie armaty.

Wycofanie się za rzekę Bug. Nie było jednak czasu do stracenia, stanowisko moje na dłuższą metę było nie do utrzymania, nadchodzącej nocy bałem się wprost, nakazałem więc odwrót za Bug, poczynając od lewego skrzydła. Nie mogłem jednak poruszyć się z miejsca, zniosło więc mnie dwóch żołnierzy; znalazł sie wkrótce jakiś felczer, rozciął mi cholewę i zzuł but. Dużo krwi zebrało się w nim, łydka nabrzmiała, dokoła ranki uformował się siny obwód; skaleczenie nie było poważne, porcja jodyny i bandaż zrobiły mi dobrze.

Przy moście zastałem pułkownika Lebiediewa, wydającego spokojne dyspozycje co do kolejności przejścia oddziałów przez most; nieobecność swą przez cały czas boju na froncie tłumaczył mi on koniecznością zarządzeń w sztabie. Ograniczyłem się tylko do cierpkiej uwagi, ale tego pana wypadnie mi się pozbyć; na razie nie chciałem zaostrzać sytuacji, rad byłem, żem wyszedł względnie cało z ciężkiej opresji.

Natarcie Niemców słabło stopniowo, nadszedł i pułkownik Sytin; z pułku jego zrobiły się dwie kompanie, nie mogłem jednak mu robić żadnych zarzutów, w danych warunkach zaskoczenie było nieuniknione.

Wyprowadziłem dywizję za Bug w zupełnym porządku, wysadziłem most w powietrze i zająłem prawy brzeg rzeki.

Za rzeką Bug. Zamieszkałem w leśniczowce na skraju lasu. Zasłaniał nas od przeciwnika kochany Bug – przegroda, wyłączająca zaskoczenie; po smutnych przejściach leśnych walk, łaknąłem przestrzeni przejrzystych. Nizina rzeki była piaszczysta; z tamtej strony rozsiadło się miasteczko. Przywieziono mi z frontu otulonego w płaszcz, nagiego młodzieńca ze złotą bransoletą na ręce; skłonił się zgrabnie i przedstawił, jako sztabsrotmistrz huzarów iziumskich; odcięto go z podjazdem od mostów, huzarzy rozbiegli się, a on salwował się wpław przez rzekę, trzymając ubranie na głowie, walcząc jednak z prądem, utracił je.

Zaraz po przeprawie miałem utarczkę z szefem sztabu korpusu; wyraził on zdziwienie, że dywizja cofnęła się za Bug po tak małym oporze; odpowiedziałem mu ostro, że dziwię się jego zdziwieniu, a jeszcze bardziej temu, że postawiono dywizję niewiadomo w jakim celu przed rzeką i w lesie, gdzie mogła ją łatwo spotkać zagłada.

kościół

Fotografia Kościoła pw. Wniebowzięcia NMP w Kamionce Bużańskiej, Kamionce Strumiłowej, to miasto na Ukrainie, siedziba administracyjna rejonu kamionieckiego. Autor:Сергій Криниця (Haidamac) - Praca własna. Utworzony: 10 sierpnia 2009. CC BY-SA 3.0. Jest to fotografia miejsca lub budynku wpisanego do Państwowego Rejestru Zabytków Nieruchomych Ukrainy pod nr :46-221-0012.

Przeciwnik zachowywał się biernie, strzelała tylko jego artyleria i to dość celnie, ułatwiał ten ostrzał doskonały punkt obserwacyjny na budującej się wieży kościoła ewangelickiego w Kamionce Strumiłowej. Górowała ona nad całą okolicą o tyle, że wprost zaglądała nam do garnków; zmusiło mnie to do ostrzelania wieży z haubic; piętnaście bomb trafiło, rozbiło część rusztowań, przebiło dach kościoła i wieżę, nie zburzyło jej jednak. Sądzę, że Niemcom odechciało się tego punktu obserwacyjnego.

wieża

Fotografia Godła Polski na murze wieży kościelnej pw. Wniebowzięcia NMP. Autorem jest: Сергій Криниця (Haidamac) - Praca własna. Utworzona 10 sierpnia 2009. CC BY-SA 3.0; fotografia obejmuje miejsce lub budynek, co zostało wpisane do Państwowego Rejestru Zabytków Nieruchomych Ukrainy pod nr : 46-221-0012.

Nie robiłem nic, chodzić na razie nie mogłem, leżałem więc lub siedziałem na fotelu przy oknie. Lato było w pełni rozkwitu, powietrze nagrzane owiewało mnie balsamiczną wonią lasu, nasuwało się pragnienie skąpania się w ożywczym zdroju rozkwitłej natury, ale nie mogłem oderwać myśli i nastroju od ciężkiej rzeczywistości. Wróg nacierał na froncie między Wieprzem a Bugiem i zagrażał już Lublinowi; wyglądało to na początek końca całej operacji, której celem było Królestwo, i to wszystko osiągnęliśmy po tak strasznych cierpieniach i ofiarach.

Nie widywałem nikogo, wypoczywałem fizycznie, starałem się odespać zaległości, ale moralnie było mi bardzo ciężko; nie miałem nic do czytania, poczta uciekła daleko, nie mieliśmy więc i gazet, pozostały komunikaty, jak zwykle mętne lub kłamliwe.

Raził mnie nawet śmiech i żarciki, które słyszałem nieraz przez okno; to sztab zabawiał się i przekomarzał z młodym pokoleniem naszych gospodarzy.

Lebiediew jeździł kilka razy do sztabu korpusu, starał się o inny przydział, a jednocześnie próbował mi uszyć buty; doszły mnie drogą uboczna wieści, że „gady” sztabowe na szczytach syczą, zarzucając mi bezwzględność w stosunku do podkomendnych, zestawiając ją złośliwie ze „słabością”, okazywaną ludności polskiej, dochodzącą nawet do ignorowania rozkazów wyższej władzy. „Słabość „ ta polegała na zakazie rujnowania kraju. Urzędowego zapytania co do mojego postępowania nie otrzymałem jednak, widocznie Brusiłow był innego zdania.

Szerzyła się na tyłach agitacja przeciwko dowódcom o niemieckich nazwiskach, a takich posiadała armia rosyjska chyba połowę i to na wyższych stanowiskach – Ewert, Plewe, Szajdemann, Flug itd., byłoby chyba słuszniej szukać tych wrogów wewnętrznych w otoczeniu cesarzowej.

Rana goiła się doskonale; chodziłem już o kiju na skraj lasu, kładłem się pod drzewem i słuchałem godzinami, spływajacego z błękitu nieba, słodkiego śpiewu skowronka o słońcu i radości życia; a wietrzyk z lasu donosił dyskretne fragmenty symfonii leśnej, wykonywanej przez zgraną orkiestrę ptactwa, owadów i szumiących koron smukłych sosen. Wtedy chwilami traciłem poczucie rzeczywistości, płynałem z myślą wysokim obłokiem srebrzystym, zespalałem me życie z trawką kołyszącą się dookoła, z promieniem słońca, przesuwającym się po czerwonej korze drzewa.

Przygotowania na linii frontu. Niedługo jednak trwały moje wakacje, musiałem wrócić przy pierwszej możności do pracy nad reorganizacja bardzo osłabionej dywizji i przeszkoleniem słabo przygotowanego skompletowania; z miejsca sprawdziłem, że moje „nastroje” marzycielskie znalazly wdzięczne echo w dywizji, szef sztabu pisał sobie jakieś papierki, a w pułkach zastalem generalne „dolce fair niente” (słodko nic nie robić), które musiałem przerwać w sposob stanowczy;okopy były niewykończone, zajęć nie prowadzono nigdzie.

Wizyty na froncie rozpocząłem od pułku wileńskiego; punkt obserwacyjny dowódcy pułku znajdował się o kilometr za linią okopów, ale nie pomyślano o połączeniu go z frontem rowem łącznikowym, chociaż teren był zupełnie odkryty, komunikowano się więc tylko nocą, co wpływało fatalnie na służbę w okopach i normalne żywienie żołnierzy.

Zrobiwszy cierpką uwagę pułkownikowi, powiedziałem mu, że nie mam zamiaru czekać z powodu jego opieszałości do nocy i pójdę do okopów zaraz, jemu zaś zostawiam wybór jego wolnej woli; zmieszał się trochę i zameldował, że pójdzie za mną. By się mniej narażać poszliśmy osobno; pierwszy strzał karabinowy padł, gdyśmy przeszli połowę drogi, za nim rozległ się drugi i trzeci, kule świsnęły gdzieś w pobliżu, widocznie wzięto nas na cel; zmieniłem więc charakter ruchu, zacząłem się poruszać biegiem, zapadając co kilkadziesiąt kroków w brózdy, ale i to nie podobało się przeciwnikowi. Ilość karabinów polujących na nas, zwiekszyła się, zaczął gdakać nieznośny kulomiot; zaciąłem się jednak, i klucząc wężowo przy przebiegach, posuwałem się coraz bliżej do okopów przy akompaniamencie dość często bzykających dokoła kul; żadna jednak nie drasnęła mnie.

Dotarłem nareszcie do celu bez szkody na zdrowiu, ale zupełnie zgrzany i wyczerpany, gdyż dzień byl bardzo gorący; miałem jednak dużą satysfakcję, patrząc na rozradowane miny żołnierzy, którzy obserwowali moją tyralierię solo przez dłuższy czas. Pułkownik Szewcow znikł gdzieś. Wynagrodzono mnie na miejscu dwiema szklankami herbaty z sokiem żórawinowym. Noga moja w tym biegu z przeszkodami sprawila się znakomicie, jednak od tej chwili nabyłem wiele wspólczucia dla zająca, pędzonego nagonką na linii myśliwych.

Pulkownik Szewcow nadszedł wraz z moim adiutantem drogą okrężna w godzinę później; obydwaj mieli miny bardzo rzadkie.

Pozostałem w okopach do wieczora z dużym pożytkiem dla sprawy, częstując dowództwo sporą dawką gorzkich pigułek; odchodząc zapowiedziałem, że za trzy dni znowu odwiedzę pułk, ale nie mam zamiaru ryzykować raz jeszcze życia, z winy dowództwa. Skutek był doskonały, na całym froncie wykopano w ciągu dwóch dni rowy łącznikowe; zbyt nerwowego adiutanta odesłałem jednak do pułku, by się nieco przyzwyczaił do świstu kul.

Wieści z Królestwa. 9-go lipca nadeszły z Królestwa lepsze wieści; natarcie Niemców na Lublin zatrzymano po ciężkich walkach, może więc ominie nas gorzka chwila oddania Polski niemieckiemu zalewowi. Jednak okres lepszej nadziei na froncie panował krótko. Niemcy otrzymali świeże posiłki i ponowili gwałtowne natarcie w Lubelszczyźnie; 17-go lipca, po ciężkiej walce, oddano Krasnystaw; wróg zagroził Lublinowi.

zamek

Zygmunt Vogel - "Widok zamku w Krasnymstawie" (1794). Akwarela. Utworzony 16 maja 2012. Źródło: Gabinet Rycin Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Domena publiczna.

Nielepiej działo się na lewym brzegu Wisly. 2-ga armia rosyjska, po uporczywych walkach nad rzeką Ilżonką, została odrzucona na front Białobrzegi – Opole, a 4-ta cofnęła się na linię Błonie – Grójec; nad Warszawą zawisła bezpośrednia groźba.

Walczono również uporczywie w ziemi płockiej i łomżyńskiej. 17-go lipca podeszli Niemcy do Modlina, Pułtuska, sforsowali dolną Narew. Jasne było, że dalsze trwanie w Królestwie jest dla armii rosyjskiej niemożliwe; miałem nawet pewne wątpliwości, czy nie zostaną odcięte armie 2-ga i 4-ta, operujace jeszcze na lewym brzegu Wisły.

Twierdza

Położenie głównych umocnień Twierdzy Modlin wg stanu na rok 1915. Autor: Leszek Krupiński. Utworzony 26 lutego 2007. [CC BY-SA (https: //creativecommons.org/by-sa/2.5)]

Modlina miano bronić, zaopatrzono go w duży garnizon, liczący cztery dywizje rezerwowe słabej struktury; komendantym był gen. Bobyr, człowiek o dużym wykształceniu i doświadczeniu służbowym; czy posiadał on jednak dość charakteru, by sprostać ciężkiemu zadaniu, nie wiedziałem, a wiadomo, że duszą obrony twierdzy jest komendant, nieograniczony władca rejonu fortecznego. Celu obrony twierdzy w danych warunkach nie rozumiałem; nie było najmniejszej nadziei, by Niemcy zostali wyparci z Królestwa przed upływem kilku miesięcy, a tyle czasu Modlin, z nieukończonym przygotowaniem bojowym, nie wytrzyma.

Przegrała zatem armia rosyjska pierwszorzędną operację strategiczna, a poza tym zdezorganizowała się na dłuższy czas.

Twierdza

Fotografia przedstawia główne wejscie do koszar Fortu III Twierdzy Modlin oraz fragment kaponiery szyjowej. Autor: Zbigniew Strucki - Praca własna. Utworzony: 3 października 2004. [CC BY-SA 2.5 (https://: creativecommons.org/licenses/by-sa/ 2.5)]

Małopolska i Królestwo zostały stracone; od miesiąca przygotowywałem się do tego nieszczęścia, a jednak dotknęło ono mnie głęboko, czułem się upokorzony, jako żołnierz, a jednocześnie silnie zadraśnięty, jako Polak. W ostatnim okresie wojny przestałem wierzyć w realizację całkowitą obietnic wielkiego księcia, nosiłem jednak w sobie okaleczone marzenie, że, o ile dzielnice polskie zjednoczą się pod panowaniem rosyjskim, będziemy już tak silni, iż damy sobie radę z reakcją rosyjską na drodze pokojowej; teraz i ta nadzieja rozwiała się...

Żołnierski odpoczynek. Z dużym zadowoleniem przyjąłem rozkaz o wycofaniu dywizji z frontu dla wypoczynku i reorganizacji; jednocześnie mieliśmy wrócić do macierzystego, 7-go korpusu. Objąłem więc z powrotem dywizję i po krótkim przygotowaniu rozpocząłem kolejne wyciąganie pułków na tyły.

Pierwszy nocleg wypadł nam niedaleko za frontem, na skraju lasu; ja zająłem pustą szkołę.

Zadowolenie było ogólne, wszyscy pragnęli odetchnąć innymi wrażeniami; po długiej niewoli okopowej rozkoszowali się żołnierze swobodą, łazili po polach leżeli na słońcu. Mieliśmy ruszyć dopiero nazajutrz po południu; uczucie fizycznego zadowolenia zaczęło się udzielać, wbrew dręczącym myślom, i mnie, myślałem nawet o urlopie do Kijowa, dokąd już wróciła rodzina z Warszawy.

Gen. Lichaczew wyjechał do Symferopola z zamiarem ożenienia się; dałem mu pisemne zwolnienie in blanco bez podania imienia oblubienicy, którego nie znał on jeszcze sam. Oryginalność projektowanego małżeństwa polegała na tym, że gen. chciał się ożenić z jedną z sióstr zmarłej żony, trwających w staropanieństwie, dla zapewnenia im emerytury po sobie; napisał więc do nich odpowiednie oświadczynie, zaznaczając, że wszystko mu jedno, która za niego wyjdzie, miały to załatwić polubownie bez jego udziału.

Przydział do nowego korpusu. Wieczorem nadeszła poczta, która natychmiast rozwiała nastroj beztroski; otrzymałem od szefa sztabu armii rozkaz wymarszu o świcie na północ, do Chołojowa, gdzie miałem przejść do dyspozycji dowodcy 28-go korpusu, gen. Kasztalińskiego; zrozumiałem, ze oznacza to powrotne wyciągnięcie dywizji na front, przekreśla marzenia o wypoczynku i reorganizacji, z dużą więc niechęcią wydałem odpowiednie rozkazy.

Marsz był nieprzyjemny; spadł duży deszcz i przemoczył nas do nitki. Kasztalińskij zaznaczył, że przy ataku Sokala, projektowanym na jutro, pokłada na mej dywizji duże nadzieje; odpowiedziałem, że duch w oddziałach jest dobry, ale ogromne straty w oficerach i podoficerach osłabiły bardzo wartość bojową dywizji. „A jednak nie mam wyboru” – westchnął generał – z trzech danych mi do dyspozycji dywizji – pańska jest najlepsza”.

Odcinek frontu dostałem o dwa razy za duży, ale lewe zalesione skrzydło było zabezpieczone rzeką Bugiem; poruczyłem je więc pieczy dywizyjnej komendy podoficerskiej, nakazując markowanie w stosunku do przeciwnika swej obecności i utrzymywanie łączności z sąsiednią 14-tą dywizją; w centrum i na prawym skrzydle szeroki pas lasu zabezpieczał wnętrze pozycji od artyleryjskiego ognia przeciwnika i maskował wewnętrzne przesuniecia oddziałów w okresie zbliżania się do frontu. Naszymi przeciwnikami byli Austriacy, co mi w danej sytuacji bardzo dogadzało; mieli oni, w porównaniu z Niemcami, mniej inicjatywy i zaciętości, posiadali zaś cenne dla nas przymioty oszczędzania pocisków i niechęć do kontrataków.

Bitewne natarcie. Pierwsze natarcie dokonał w centrum znienacka pułk wileński. Austriacy zostali odrzuceni jednym uderzeniem na drugą linię okopów, ale silny ogień artyleryjski z za Buga wstrzymał dalszy rozwój powodzenia; wzięto do niewoli zaskoczony batalion jegrów, wraz z jego dowódcą. Przyprowadzono go do mnie; zaprezentował się, jako ppułk. Stoessel, nadmieniając, że jest bratankiem „von Ihrem berühmten General Stoessel”; źle był widocznie poinformowany, co do charakteru „sławy” swego portartuskiego stryjaszka, tchórza. Jednak przykry wypadek dostania się z batalionem do niewoli wywołał w p. pułkowniku niemiłe refleksje, gdyż parokrotnie wracał do tego tematu i żałośnie powstarzał:”das ist unerhört”.

Oba skrzydła napotkały silny opór i posuwały się naprzód zwolna. Noc przerwała bitwę; nazajutrz o świcie rozpocząłem ją na nowo. Austriacy parokrotnie prowadzili kontrataki, ale bez należytej energii, załamywały się one w ogniu obrony; po południu telefony, łączące mnie z centrum zostały zerwane, a tymczasem ogień tam grzmiał coraz silniej. Posłałem więc na front adiutanta, a w godzinę później drugiego, żaden nie wracał, wypadło zatem pójść samemu. Dowódcę pułku litewskiego , pułkownika Wadzyńskiego (Rosjanina) znalazłem przy telefonie w głębokim blindażu, skąd nie widział nic, co się w pułku dzieje, a o przebiegu boju orientował się jedynie przez telefon; poprosiłem go stanowczo o zmianę punktu obserwacyjnego bliżej frontu, uprzedzając, że w drodze powrotnej będę go szukał przy pułku. Ociągając się bardzo, poszedł pułkownik, wlokąc za soba telefon. Nie działo się tu zresztą nic ciekawego, przeciwnicy ostrzeliwali się tylko zawzięcie; bardziej energicznej akcji spodziewałem się na lewym skrzydle.

Kule karabinowe świszczały coraz bardziej, jedna trafiła mi w obcas buta, wywołując wrażenie potknięcia się. Na skraju jakiejś wioski zobaczyłem obydwóch, wysłanych przeze mnie oficerów; nie poszli dalej, gdyż wypadło im iść otwartym polem, silnie ostrzeliwanym przez artylerię. Na oko wyglądało to niezbyt zachęcające, ale dotrzeć do pułku musiałem; poszedłem więc, zabierając obydwu oficerów z soba, ze względów pedagogicznych; nic się nam zreszta po drodze, nie stało, wypadło się tylko kilkakrotnie przytulić pośpiesznie do matki ziemi.

W zgielku walki nie zauważył mego nadejścia nikt. Zobaczyłem ppułkownika Anguładzego, stojącego przed leżącym batalionem; wydawał mu właśnie rozkaz do ataku i sam poprowadził pierwszą falę. Austriacy leżeli o paręset kroków, przywitali atak gęstym ogniem, wreszcie rzucili się do kontrataku; zwarły się rychło dwa tlumy, zakotłowało mrowisko ludzkie, poszły w ruch bagnety i kolby, ucichł nawet austriacki ogień działowy, ale przeciwnik zachwiał się wkrótce, z masy skłębionej poczęli się wymykać ku rzece pojedynczy ludzie, później grupy; goniono ich aż do Bugu i wzdłuż rzeki na północ.

Piękna cecha przełożonego. Gdy się pułk zebrał na polanie za gajem, a napięcie walki osłabło, przyjąłem raport od Anguładzego; prawy brzeg Bugu był oczyszczony od przeciwnika, jeńców wzięto kilkuset.

Dziękując podpułkownikowi za dzielne zachowanie się w boju, przeprosiłem go przed pułkiem za niesłuszne okazywane mu poprzednio niedowierzanie i nadmieniłem, że dzisiaj jeszcze wyślę do dowódcy korpusu telegram, z prośba o zatwierdzenie Anguładzego na stanowisko dowódcy pułku, a w najblizszym czasie przedstawię go do orderu św. Jerzego. 

Źródła: E.de Henning-Michaelis. "Burza Dziejowa", t.1. Biblioteka Narodowa; Andrzej Chwalba. "Samobójstwo Europy - Wielka Wojna 1914-1918". Wydawnictwo Literackie. Kraków 2014

 

 

        https://pl.wikipedia.org/wiki/Kamionka_Bu%C5%BCa%C5%84ska#/media    /Plik:Kamianka_Buzka_Kosciol.jpg

 

 

 



Autor artykułu : E. DE. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com