Wszystkich gości :   460924

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej /12

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2020-03-10 15:49:14

Wprowadzenie: Front wschodni. Walczące strony: Imperium Rosyjskie przeciwko Drugiej Rzeszy niemieckiej i Austro-Węgrom. Czas wydarzeń. 1915 rok. Obszar akcji; Galicja Wschodnia, dzisiejsza Ukraina i Polska (Małopolska) .Miejscowości: twierdza Modlin, wieś Sokal, miasto Chełm, Poturzyńce, Brody, Kijów, Jałta. Osoby: Autor pamiętnika, E. DR. Henning-Michaelis; wówczas gen, 13-tej dywizji w wojsku rosyjskim. Wybrane osoby z pamiętnika: pułk. Wadzyński, ppułk. Anguładze, gen. Januszewski, gen. Sokołow, ppor. Czupryna, por. Slusarew, gen. Brusiłow, pułk. Sytin, ppułk. Nikitin, gen. Kasztaliński, gen Dumbadze, gen. Witmer.

Późno wieczorem wróciłem na nocleg i zastałem szefa sztabu przy szklance herbarty, czytającego spokojnie gazety. Gdym go spytał o sytuację na innych odcinkach frontu, nie dał mi ścisłej odpowiedzi, czekał jeszcze na meldunki; zaproponowałem mu więc, by natychmiast opuścił dywizję, bo ja takiej pomocy nie potrzebuję. Mało się tym zmartwił i wyjechał w godzinę później, widocznie przewidywał, że go wyproszę, i przygotował sobie z góry odwrót.

Trzeci dzień bitwy. Nie przyniósł on rozwiązania. Resztki dywizji przepychały się zwolna naprzód, szło to jednak ciężko, ospale, raz jeden tylko doszedł mnie z frontu w ciągu dnia drobny, ale rzeźwiący powiew. Kompania pułku brzeskiego, atakowana trzykrotnie, przeszła samorzutnie do kontrataku, pognała ostro przeciwnika i przyprowadziła kilkudziesięciu jeńców. Wszyscy należeli do co dopiero przybyłej, austriackiej dywizji, która zastąpiła Niemców, wezwanych śpiesznie na północ. Ponieważ falisty teren ułatwiał ruchy na prawym skrzydle, postanowiłem próbować szczęścia w tym kierunku; manewr miał prowadzić pułk litewski, który się zachował liczbowo najlepiej. Wykonanie rozkazu szło jednak bardzo ospale, że zagroziłem pułkownikowi Wadzyńskiemu przykrymi konsekwencjami, o ile nie zmusi opieszałych do posłuchu, bezpośrednią obserwacją i ewentualnym osobistym wkroczeniem.

Rozprzężenie łapiduchów. Wieczorem wypadło mi wracać z frontu, świeżo zajętego, na punkt obserwacyjny. Noc była dość ciemna, walka prawie ucichła, umilkły działa, ale nie nastała cisza; przemówiło pole jękiem i przekleństwami rannych, wzywających pomocy; jeden z leżących poznał mą sylwetkę po chodzie i wstrzymał mnie okrzykiem: „Panie generale, ratunku”. Był to znany mi podoficer, miał strzaskaną nogę; przyspieszyłem więc kroku, by prędzej wysłać sanitariuszy, i w najbliższym wklęśnięciu gruntu napotkałem grupę tych panów, odpoczywających przy ognisku; energiczne zaklęcie i porcja kijów na miejscu wywołały odpowiednie wyładowanie energii. Przed świtem ranni byli uprzątnięci, zabici pochowani.

Noc spędziłem w punkcie obserwacyjnym; nie warto było wracać po ciemku przez bagnisty las na leśniczówkę, gdzie zresztą od brzasku uniemożliwiały sen roje niezliczonych much.

Na froncie ucichło zupełnie, mogłem więc bez przeszkód zrobić co do swej osoby pewien rachunek sumienia. Czy miałem prawo opuszczać wielokrotnie w ciągu walk ostatnich mój punkt obserwacyjny i brać czynny udział w poszczególnych momentach starć?

Pozornie wyglądało to na zaniedbanie ogólnego kierownictwa, po pewnym namyśle rozgrzeszyłem się jednak. Przeciwnik okazywał wciąż bierność, strzelał zapamiętale, ale występował czynnie tylko na drobnych odcinkach frontu i na krótką metę, nie było więc niebezpieczeństwa ogólnego przejścia do kontrataku; z drugiej strony, oddziały, złożone przeważnie z młodzieży, posiadające tylko resztki zawodowych oficerów, były bardzo niepewne, dowódcy pułków, z wyjątkiem ppułk. Anguładzego, zniechęceni, na moje telefoniczne rozkazy, reagowano słabo, dawano wykrętne tłumaczenia, musiałem więc osobistym wkroczeniem podniecać gasnącą energię. Poza tym w zakamarkach mózgu błąkała się płochliwa myśl, że rozbicie wschodniej strony przeciwnika może zaszachować tyły armii niemieckiej, maszerującej na Chełm, i wpłynąć na zmianę sytuacji na głównym teatrze operacji. Przecież często porażkę od zwycięstwa dzieli nieuchwytna wprost granica.

Zaczął się czwarty dzień walki. Niepokoił mnie trochę brak wszelkiego współdziałania sąsiada na mym prawym skrzydle; miał on atakować Sokal od północy i nie ruszał się zupełnie.

Klasztor

Klasztor Bernardynów w Sokalu, który położony jest w obwodzie lwowskim, Ukraina. Jest to fotografia miejsca lub budynku wpisanego do Państwowego Rejestru Zabytków Nieruchomych Ukrainy pod nr 45-248-0001. Utworzony 3 maja 1915 roku. Autor: Marcin Konsek - Praca własna. Wikimedia Commons / CC BY - SA 4.0/.

Miasto Sokal położone jest obecnie na Ukrainie, w obwodzie lwowskim, to siedziba administracyjna rejonu sokalskiego. Miasto położone jest nad rzeką Bug, około 20 km na wschód od granicy polsko-ukraińskiej. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1377 roku, jako miasto w księstwie bełskim, które w końcu XIV w. po książętach ruskich objęli w posiadanie książęta mazowieccy w osobie księcia Ziemowita IV, spowinowaceni z ostatnim dziedzicznym władcą Rusi Halicko-Włodzimierskiej Boleslawem Jerzym II, zm. w 1340 roku. Ziemowit IV nadał miastu prawa magdeburskie..

Łączności telefonicznej nie było, wybrałem się więc osobiście na styczność dwóch dywizji i dość spokojnie doszedłem do batalionowej rezerwy sąsiada; dowódca batalionu, trochę zdziwiony mą wizytą, zameldował szczegółowo, że ich dywizja jest zupełnie wyczerpana, niezdolna do ataku, broni się nawet słabo, gdy przeciwnik naciera; na dowód pokazał mi kapitan, posuwający się w stronę przeciwnika, spory tłum żołnierzy jego pułku, którzy się przy natarciu Austriaków poddali. W pobliżu zajmowała stanowisko moja bateria, kazałem więc natychmiast ostrzelać silnym ogniem stado tchórzów; rozbiegła się zaraz ta hołota po polu, ale wytłuczono ich sporo.

Korzystając z telefonu miejscowego, rozmówiłem się z dowódcą dywizji gen. Januszewskim (Rosjaninem), moim starym kolegą; wyraził on wielkie zadowolenie z tak mu miłego sąsiedztwa, dziękował za likwidację batalionu, który rozstrzeliwałem, oburzał się na niedołęstwo swych pułkowników, nie kwapił się jednak na pole walki dla osobistego wkroczenia i siedział o 5 kilometrów od linii frontu; na zakończenie otrzymałem telefoniczny pocałunek „ cukrzane usta”.

Przekonałem się, że pomocy z tej strony nie dostanę, a i na lewym skrzydle sprawy nie stały lepiej, tu dowodził dywizją gen. Sokołow, również kolega, dzielny, szczery żołnierz. Uprzedził mnie jednak z góry, że tylko markuje natarcie, o czym zameldował dowódcy korpusu, mogłem zatem liczyć tylko na siebie.

Piąty dzień bitwy. Tym razem walki skupiły się na odcinku pułku litewskiego; przez kilka godzin sytuacja była dobra, ale później coś się zahaczyło, meldunki telefoniczne straciły przejrzysty charakter. Na moje naglące zapytanie odpowiedział mi nareszcie adjutant pułkowy, że nie może nic wiecej wyjaśnić, gdyż pułkownik jest przy pułku; bardzo mi się to podobało, a ponieważ walka na innych odcinkach szła słabo poszedłem zorientować się, co pułk litewski robi. Na pułkowym punkcie obserwacyjnym zastałem tylko adjutanta; zmieszał się widocznie na mój widok i bardzo niepewnym głosem wyjaśnił kierunek, w którym udał się pułkownik; nie było to daleko, znalazłem go o 200 kroków bliżej frontu, za grubym drzewem. Tak wyglądała obecność Wadzyńskiego „przy pułku”.

Przypuszczam, ze wolałby on zobaczyć diabła, niż mnie, nie pozwoliłem mu jednak tłumaczyć się, pytając twardo, co robi pułk; naturalnie nie wiedział nic, walka toczyła się dość daleko za grzbietem górskim, a telefony jak zwykle kłamały.

Hamując narastający we mnie gniew, kazałem pułkownikowi iść za mną, by pokazać, „gdzie się powinien znajdować dowódca pułku w czasie walki”.

Poszedł jak obity pies, a gdyśmy dochodzili do szczytu góry, za którą trwała walka, odezwał się płaczliwym głosem: Panie generale, nie idźmy dalej, zabiją pana i mnie, i co będzie z tego za pożytek... Nie odpowiedziałem nic, ale znacząco podniosłem „stick” w kierunku twarzy tchórza.

Na szczycie przeoranym okopami, leżało kilkunastu zabitych i rannych żołnierzy pułku, po lejach i rowach kryli sie inni, zdrowi, ruchu nie było żadnego. Przeciwnik zauważył natychmiast naszą grupę i po paru pojedynczych strzałach działowych, uderzył salwą z kilku dział; zdążyłem jednak rzucić się na ziemię, i muzyka świszczących odłamów przeleciała nade mną; ocalał również mój ppor. Czupryna. Otrząsając z siebie piasek, wstałem, ale nigdzie nie dojrzałem pułkownika; nie odezwał się również na moje wołanie. Znaleźliśmy go dopiero leżącego w okopie w stanie okropnego przestrachu z błędnym wzrokiem i drżącą twarzą.

Cierpliwość moja skończyła się, postawiłem tchórza brutalnie na nogi, potrząsnąłem nim silnie i krzyknąłem: Precz stąd łotrze, wypędzam cię! Jeżeli za godzinę nie znikniesz z dywizji, zastrzelę jak parszywego psa!

Nędznik nie odpowiedział ani słowa, zawrócił i szybko pobiegł za górę. Rozglądając się dokoła , ujrzałem nareszcie oficera; był to porucznik Slusarew, człowiek już starszy, powolny z rezerwy. Będąc wyznawcą Tołstoja, opuścił on służbę wojskową przed laty i pracował jako dorożkarz w Symferopolu; był to typ nielada, z wyglądu zbój, w boju dzielny i spokojny. Z jego meldunku dowiedziałem się, że dalszy atak utknał, żadnego kierownictwa nie ma, gdyż wiekszość oficerów zginęła, a ci, co pozostali, potracili głowy; kompanie się przemieszały, a żołnierze pochowali się po różnych dziurach, gdzie śpią zmożeni tygodniową walką, przeciwnik nie rusza się, ale zasypuje pociskami za każdą najmniejszą oznaką ruchu.

Kiedy na szczycie zaczęło się bardzo kotłować – zakończył dobrodusznie – myślę, kogo tam diabli niosą, a tu idzie dowódca dywizji...

generał

Generał Aleksiej Brusiłow. Rosyjski gen. kawalerii i gen. adiutant, od 1919 roku w Armii Czerwonej.

Na moim punkcie obserwacyjnym zameldował mi się pułkownik sądowy, przysłany przez gen. Brusiłowa dla przeprowadzenia śledztwa w sprawie „poddania się wczoraj batalionu 13-tej dywizji”. I znowu opanował mnie gniew nieopanowany. Jasne było, że zawdzięczam tę wizytę donosowi koleżki, „całującego mnie w cukrzane usta”, który hańbę batalionu swojej dywizji scedował na mój rachunek; nie przebierając więc w wyrażeniach, wyskandowałem pułkownikowi: Powiedz pan Brusiłowowi, że, skoro nie było raportu od dowodcy 13-tej dywizji o poddaniu się jego batalionu, to znaczy, że takiego faktu nie było; wczoraj wystrzelałem za tę zbrodnię batalion dywizji gen Januszewskiego, wskazany mi przez kapitana tejże dywizji; śledztwa u siebie prowadzić nie pozwolę.

Widząc me podniecenie i obrazę, zaczął mnie pułkownik uspokajać i perswadować, że to widocznie nieporozumienie, nie nastaje więc na prowadzenie dochodzenia i zamelduje o rzeczywistej sytuacji gen. Brusiłowowi. Przypuszczam, że czekając przez parę godzin na mnie, musiał słyszeć o mym osobistym udziale w rozgrywających się walkach, i to go dobrze do mnie usposobiło.

W nocy nadeszła wiadomość, że wczesnym rankiem nadejdą posiłki; bardzo mi to dogadzało, gdyż dyszałem ostatkiem sił a jednocześnie miałem pewność, że jedno dobre pchnięcie przewróci przeciwnika zupełnie. Prędko jednak nastąpiło rozczarowanie; przysłano mi cztery bataliony świeżo uformowane z marszówek, zupełnie nieostrzelane, pod komendą chorążych tej samej wartości; zaledwie paru oficerów było poprzednio w ogniu. Taka banda była do niczego, postawiłem więc ją w lesie poza doniosłością strzałów artyleryjskich, by mi się nie rozbiegła.

Szósty dzien bitwy. Ranek rozpoczął się jak zwykle ogniem, w którym stale dużą przewagę miał przeciwnik. Postanowiłem dopomóc pułkowi litewskiemu, wysuniętemu znacznie naprzód, uderzeniem od strony lewego skrzydła na wioskę Poturzyńce, gdzie przeciwnik zdawał się najsłabszym i leżał niedaleko od pułku białostockiego, mijały jednak godziny, a natarcie nie rozpoczynało się. Meldunek telefoniczny Sytina brzmiał stale: „Piekielny ogień, niepodobna wyjść z okopów”.

Zniecierpliwiło mnie to w końcu, poszedłem więc skrajem lasu wzdłuż frontu do pułku; wkrótce usłyszałem wzmożony trajkot kulomiotów, widocznie atak się rozpoczał, a rezultay jego ujrzałem wkrótce. Od strony przeciwnika biegł tlum moich żołnierzy, liczący może 200 ludzi, popędzanych słabym ogniem szrapnelowym; zatrzymałem bandę na skraju lasu, dałem im wytchnąć parę minut, wywołałem przed front oficera i wszystkich podoficerów, kazałem zorganizować kompanię i przerobić dla obudzenia uczucia karności kilka chwytów broni.

Wykonano wszystko sprawnie, poleciłem więc porucznikowi poprowadzić kompanię powtórnie do ataku na tę sama górkę, z której zwiali; gdy tyraliera ruszyła, zauważyłem ironiczne spojrzenie porucznika pod moim adresem. Wydało mi się, że czytam w jego oczach: „Zostałeś bezpiecznie w lesie, a nas posyłasz na śmierć”. Nie wytrzymały tego moje nerwy, podbiegłem szybko do oficera, i poszliśmy razem. Falisty teren ukrywał kompanię w pewnej mierze, niedokuczały zatem pociski, a ogień karabinowy górował ogromnie; gdyśmy się zbliżyli ku okopom przeciwnika o trzysta kroków, pożegnałem porucznika słowami: „No, chyba do roboty bagnetem nie jestem panu potrzebny”. Skłonił się nisko i po chwili cała kompania pobiegła z krzykiem do ataku. Austriacy nie wytrzymali i uciekli, mając na karku atakujących.

Ale główna moja robota była na lewym skrzydle, poszedłem więc na przełaj w tym kierunku; w połowie drogi natknąłem się znienacka na okop, w którym siedziało może 60 austriackich żołnierzy z dwoma oficerami. Moje ukazanie się od strony ich tyłów wprawiło cały okop w osłupienie, i nie ucieszył się tym i ja także, ale nadrobiłem miną, wywołałem oficerów i zakomunikowałem im, żeśmy już zajęli ich główne stanowiska, oni zaś są odcięci, pójdą więc do niewoli. Mój spokój widocznie im zaimponował, może i z tego względu, że byłem uzbrojony tylko w „stick” i lornetkę. Kazałem więc moim jeńcom broń pozostawić w okopie i pójść za mna. Po drodze starszy z oficerów prosił mnie usilnie, by go prędko opatrzono, bo został kontuzjowany w ramię; rzeczywiscie mundur na ramieniu miał zupełnie poszarpany. Dostrzegli nas jednak Austriacy i zaczęli nas popędzać granatami; wypadło więc biec do lasu dobrym kłusem; tu poruczyłem moich jeńców dwom napotkanym sanitariuszom, a sam zaś ruszyłem dalej nie bez pewnych skrupułów, że znowu wdaję się nie w swoje sprawy, ale widoczne było już, że cała walka rozbiła się na nieskoordynowane epizody, bez możliwości jednolitego kierownictwa.

niewola

 

Podczas pierwszej wojny swiatowej 2,4 miliona żołnierzy austriackich zostało wziętych do niewoli w Rosji, w większości z Austrii

W pułku białostockim było gorzej, dokuczał nie tyle ogień armatni, ile liczne kulomioty; kompanie, mające szturmować, schowały się z głowami na dno okopów, a dowodcę batalionu, ppulk. Nikitina, znalazłem za trawersem w bardzo niewyraźnym stanie. Zapowiedziawszy mu, że go wyrzucę z dywizji, namyślałem się, co dalej robić, gdy nagle z okopu austriackiego wstała długa tyraleria i pobiegła w tył, ciągnąca za sobą dwa kulomioty.

kulomiot

Kulomiot niemiecki z czasów pierwszej wojny światowej. Maschinengewehr 08 (MG o8). Link przesłany: 28 grudnia 2011. Wikipedia- encyklopedia. Pobrano z Domeny publicznej.

Kroczyłem prawie odruchowo na okop, krzycząc: :Naprzód Austriacy uciekają”. Kilkudziesięciu żołnierzy wyskoczyło za mną, przebiegliśmy jednak może sto kroków, a zagrał kulomiot. Jak kręgle w kręgielni, zaczęli się przewracać żołnierze; kto zdążył zapadł w bruzdy, ja stanąłem za samotnym drzewem, jednak zauważył mnie Austriak i począł kłuć z kulomiotu w pień, jak dzięcioł. Po raz drugi już w krótkim czasie wydało mi się, że drzewa w Małopolsce są w stosunku do mojej tuszy za cieńkie, ale na szczęście kucie ustało po chwili, a ja chyłkiem wróciłem do okopu.

Ruch wsteczny przeciwnika nie ustawał jednak, chociaż wciąż nie posiadał cech ogólnego odwrotu, kazałem więc skupić ogień najbliższych baterii na tym odcinku i poprowadziłem osobiście, względnie silny batalion do ataku, miałem moralne prawo uczynić to, gdyż wygrywałem moją ostatnią kartę, a szansa powodzenia była duża.

Zmieniając tempo ruchu, doszliśmy prawie bez strat aż po druty kolczaste, a były one w ogóle słabe, cięli je więc żołnierze z łatwością. Przeciwnik prawie nie strzelał, duże grupy uciekały na tyły, byłem więc prawie pewny powodzenia, gdy nagle zatrajkotały kulomioty; jakby świst kosy przeciął powietrze, coś mnie zwaliło z nóg, ale bólu nie poczułem. Spojrzałem dokoła – żołnierze padali szeregami, jakieś drobne grupy uciekały, dokoła leżały gęsto ciała zabitych i rannych; gdy się który poroszył, uspokajano go kulami. By mnie nie dobito, leżałem bez ruchu z przymkniętymi oczyma, patrząc na pykający wylot dobrze zamaskowanej lufy kulomiotu, za którym ciemniała sylwetka obsługującego go strzelca. Uczucie gorąca w lewej nodze zastąpił coraz to wzrastający, piekący ból; lekko poruszyłem palcami nogi, poruszały się, kość więc nie była strzaskana.

Nie mogłem się zdecydować, co robić dalej; jeżeli dam znak życia, dobiją mnie zapewnie, a w najlepszym razie wezmą mnie do niewoli; pierwszego nie chciałem, drugie byłoby ochydne, a tymczasem leżeć do wieczora było niebezpiecznie, południe ledwie minęło, mogłem więc spłynąć krwią. Wrażeń zewnętrznych odbierałem niedużo: widziałem, jak strzelec przy kulomiocie zajadał chleb i zapijał czymś, potem wyglądał przez okop, rozmawiał z drugim żołnierzem, znikł nawet na chwilę; nad głową przelatywały w rożne strony pociski, pękały bliżej lub dalej; gdzieś daleko zaczynała się niekiedy bezładna strzelanina karabinowa. Godziny wlokły się nieznośnie, noga ścierpła i ciążyła niezmiernie; słońce piekło, twarze zabitych poczęły czernieć, niekiedy traciłem świadomość.

W pewnej chwili w prawo ode mnie wzmogła się strzelanina; widziałem, jak z ambrazury okopu zabrano tak nieprzyjemny dla mnie kulomiot, słyszałem coraz to powtarzające się w pobliżu ujadanie drugiego, którego dostrzec nie mogłem. Jakiś ruch wśród zabitych zwrócił jednak moją uwagę: z rozpadliny, którą przed paru godzinami przeskakiwałem, ukazały się parokrotnie i znikły dwie brodate twarze; błysnęła myśl, czy nie są to moi żołnierze, gdy się więc jakaś głowa znowu pokazała, podniosłem nieznacznie rękę, dając znak, że żyję.

Zrozumiałem, że w tej chwili rozstrzyga się mój los; uwaga przeciwnika zwrócona była widocznie w inną stronę, sprobowałem wię odpełznąć do rozpadliny, ale przy pierwszym ruchu ostry ból w nodze zamroczył mnie natychmiast. Pomoc jednak była już bliska; pomiędzy trupami czołgało się ku mnie czterech żołnierzy; pełzali wolno z przestankami, znaleźli się nareszcie tuż, przesunęli mnie ostrożnie na nosze, złapali zgodnie za drążki i pobiegli co tchu z góry. Nim padł pierwszy strzał, byliśmy w rozpadlinie i gnaliśmy w cwał , odprowadzeni dwoma pożegnalnymi szrapnelami.

Ogarnęły nas nareszcie opiekuńcze sosny lasu, skończył się bieg forsowny; leżąc na ziemi, jęczeli ze zmęczenia moi zbawcy, a ja na razie osłabłem zupelnie z bólu i wysilku. Cud, że mnie w czasie tej skocznej rejterady nie wytrzęsiono z noszy, chociaż trzymałem się ich kurczowo.

Zbawcami mymi byli sanitariusze pospolitego ruszenia, typowe kacapy; ratowali mnie z własnej inicjatywy. Leżąc na skraju lasu, widzieli mój atak i jego niepowodzenie, a jeden z ocalonych żołnierzy objaśnił ich, gdzie ja zapewne leżałem. Podziękowałem serdecznie zuchom, obiecując im 25 rubli. „To rzecz dobra” – zauważył najstarszy – ale nam się należą medale św. Jerzego, za uratowanie swego generała” Przyrzekłem im i tę nagrodę.

Gdym nieco przyszedł do siebie i napił się wody, odniesiono mnie na punkt opatrunkowy najbliższej baterii, gdzie mną zajął się lekarz. Cholewę od buta miałem zupełnie poszarpaną przez kule, w nodze lekarz ustalił trzy postrzały – dwa lekkie po kości i trzeci gorszy przez podbicie; zalano mi wszystko jodyną i dano szklankę wina na pokrzepienie, mogłem więc wracać na punkt obserwacyjny.

Przywitano mnie tam z wielkim zdziwieniem, uważany byłem „za przepadłego bez wieści”, o czym wysłano do wyższej władzy telegram; stanowisko me objął tymczasowo Sytin. Nikt się jednak nie troszczył o zorganizowanie ewentualnego ratunku dla mnie, gdyby więc nie poczciwi brodacze, zmarłbym może od upływu krwi. Sytuacja na froncie okazała się niby niezła, nasze bezładne natarcia osiągnęły jednak pewien skutek, przeciwnik wynosił się coraz badziej za Bug; kazałem więc naciskać w dalszym ciągu, popierając akcję piechoty możliwie silnym ogniem artyleryjskim.

Ledwie skończyłem wydawanie rozkazów, nadeszła zadyszana hr. Szuwalowowa z hr. Kankrinem; dowiedziała się w sztabie dywizji o mej rzekomej śmierci, która, jak zwykle miała „paru naocznych świadków”, pospieszyła więc na front, brnąc przez duże bagno, by sprawdzić tę wieść. Widząc mnie we względnie dobrym zdrowiu, ucieszyła się zacna kobieta bardzo i wzruszyła mnie wprost swą troskliwością; starałem się jednak wyprawić ją z powrotem i to jak najprędzej, gdyż błąkało się tu zbyt wiele przypadkowych kul, a jedną ich ofiarę ukryto przed chwilą za krzakami.

Po zachodzie słońca bój się skończył Phyrusowem zwycięstwem. Wyparłem przeciwnika całkowicie z jego stanowisk, wziąłem sporo jeńca, ale ścigać go nie mogłem. Na apelu wieczornym naliczono w dywizji, bez szkoły podoficerskiej, 13-tu oficerów i 564 –ech żołnierzy; naturalnie, zebrało się jeszcze w ciągu nocy sporo maruderów, ale dywizja się skończyła na czas dłuższy.

szpital

Rosyjski szpital polowy i jego personel podczas pierwszej wojny światowej. Autor: Adam Borowski (1875-1918). Foto wykonano około 1915 r. Źródło: Archiwum domowe.

Powrót do sztabu odbyłem wygodnie na noszach; w nocy zaczęła się naturalnie gorączka i majaczenia męczące na temat przeżyć dnia ubiegłego. Wyczerpało mnie to bardzo. W ciągu dnia następnego bój dogasał tylko, mogłem więc pełnić służbę, leżąc w łóżku; otrzymałem od dowódcy korpusu i armii telegramy nader pochlebnej dla mnie treści z wyrażeniem radości, ze żyję. Lekarze zbadali moje rany i ustalili, że tylko jedna kość jest poważniej nadwyrężona, nogę zatem można uratować, będę jednak nieco kulał; ewakuacja do Rosji była konieczna, gdyż kuracja mogła trwać ze dwa miesiące.

Pod wieczor odwiedziła mnie hrabina, ofiarowała mi swój samochód sanitarny dla przejazdu do Brodów, proponowała również, bym po kuracji odpoczął w Jałcie u jej siostry, ks. Bariatyńskiej, w końcu wypowiedziała oryginalną prośbę, bym jej podarował dla muzeum wojennego poszarpany przez kule but.

Następna noc była lepsza, gorączka się zmniejszyła, i obudzilem się z uczuciem pewnej zoologicznej radości życia; dawała mi ją świadomość, że przez kilka tygodni nie będę się szarpał beznadziejnie w tym piekle i będę mógł żyć w warunkach bytu kulturalnego.

Wracała chwilami uparta myśl, że jednak okres wojny o Polskę jest przegrany i rozwiązanie nastąpi w innej płaszczyźnie, ale odsuwałem od siebie wszelkie smutne refleksje, wiedziałem, żem spełnił uczciwie swój żołnierski obowiązek do końca; żyłem oczekiwaniem spędzenia pewnego okresu czasu z rodziną, życiem dla siebie, możliwością zapomnienia strasznych wrażeń walk ubiegłych. A utkwiły one silnie w mózgu i nerwach, wyobraźnia wywoływała wciąż wizje męczące, szczególnie zaś dokuczało wspomnienie kośby kulomiotów. Straszna to broń! Nie obchodzi jej już jednostka indywidualna, niszczy całe oddziały. Widziałem jak kladły się pokotem długie, falujące linie strzelców, niby dojrzałe kłosy zboża, ściętego automatycznym ruchem kosy.

Temperatura była znośna, wyjechałem więc w dobę później do Brodów; po drodze zatrzymał mnie na szosie gen. Kasztalińskij w otoczeniu sztabu i w serdeczny sposób dziękował za slużbę ofiarną. „Niestety” – dodał – „nikt za panem nie poszedł”.

pałac

Pałac Potockich z połowy XVIII wieku w Brodach na Ukrainie. Autor: Tomasz Leśniewski - Praca własna. Utworzony: 7 lipca 2011. [CC BY - SA (https: //creativecommons /org/licenses/by-sa/3.0)].

W Brodach umieszczono mnie w szpitalu wojskowym na kilka dni. Odwiedził mnie w tym czasie gen. Brusiłow. Z natury rzeczy rozmowa nasza skupiła się dokoła przyczyn katastrofy na froncie wschodnim: poza faktem ogromnej niższości wyposażenia technicznego armii rosyjskiej, nader ujemny wpływ na przebieg operacji, zdaniem Brusiłowa, wywarł brak jednolitego kierownictwa na wszystkich frontach i wynikająca stąd niemożność zharmonizowania akcji; potrzeba współdziałania ujawniła się przeważnie w sposób naglący, tymczasem zorganizowanie pomocy na szerszą skalę wymagało kilku a nawet więcej tygodni, zatem zwykle zjawiała sie ona poniewczasie. Ze swej strony, wskazałem na jedną z przyczyn niepowodzeń – niefortunny często skład dowództwa wykonawczego i brak osobistego wpływu na przebieg walk starszych kierowników; dzięki telefonom, wisieli oni przeważnie przy słuchawkach o kilka kilometrów od frontu, byli stale okłamywani i nie wyczuwali zupełnie rytmu i napięcia walki.

Chyba Pan nie ma siebie na myśli – wtrącił z uśmiechem Brusiłow – życzliwi twierdzą, że pan powozisz, siedząc stale na dyszlu, w czym widzę trochę racji. Zresztą przedstawiam pana do orderu św. Jerzego, ale posiadam raport porucznika pułku litewskiego, Slusarewa, który opowiada szczegółowo o spacerach dowódcy dywizji w tyralierze.

Przyznałem generalowi połowiczna słuszność, ale zaznaczyłem, że w danym wypadku zsunąłem się z kozła na dyszel tylko dlatego, że ogólne kierownictwo, wobec bierności przeciwnika, nic na tym nie straciło.

Przy pożegnaniu spytałem Brusiłowa, czy był wydany ogólny rozkaz niszczenia kraju przy odwrocie; zaprzeczył, ale przyznał, że wyższa władza patrzyła na to przez palce, używały też poszczególne oddziały, ile chciały, szczególniej w Królestwie. Losy Warszawy były przypieczętowane, lada dzień miała nastąpić jej ewakuacja.

Przykrzył mi się niesłychanie ten postój w Brodach; z nudów czytałem, co sie dało. Przyniesiono mi również rosyjską gazetę „Kijowska Myśl” z opisem bitwy pod Sokalem, przeczytałem korespondencję z pewnym zażenowaniem, przesada wyłaziła z każdego wiersza. Dowiedziałem się np., że już po zranieniu prowadziłem osobiście atak, niesiony na noszach przed szeregami itd. Przypomniały mi się z „Omyłki” Prusa bohaterskie czyny sekretarza magistratu, który dokonał cudów waleczności na jednym skrzydle, jako kawalerzysta, a na drugim jako strzelec.

Przypuszczam, że charakter ten nadano korespondencji dla podniesienia ducha ogółu, zgnębionego ciężkimi przejściami. Komunikat urzędowy był skromniejszy i zupełnie rzeczowy.

Do żony wysłałem nazajutrz po wypadku telegram wyczerpujący, byłem więc spokojny, że nie uwierzy bredniom gazeciarskim.

Nareszcie wyprawiono mnie sanitarnym pociągiem do Kijowa. Na stacji oczekiwała mnie żona; bardzo ją wzruszył widok męża, wlokącego się o kulach, w ogóle jednak trzymała się dobrze. Ulokowano mnie w szpitalu cywilnym, ale rany goiły się tak dobrze, że pozwolono wkrótce na dalszą kurację w hotelu; fizycznie zdrowie wracało szybko, ale w atmosferze wieści z frontu zginęło jeszcze predzej uczucie radości istnienia.

4 sierpnia odeszły arjergardy rosyjskie z lewego brzegu Wisły pod Dęblinem, niszcząc mosty na Wiśle i Wieprzu, a 5 sierpnia opuszczono Warszawę; myśl ta tkwiła mi wciąż w mózgu, truła każdą jaśniejszą chwilę, chociaż probowałem sobie perswadować, że nastąpiła tylko zmiana jednego najeźdźcy na drugiego. Była to racja, ale zawszeć Prusak był o wiele gorszy i niebezpieczniejszy.

Opowiadała mi żona, że zaraz po ogłoszeniu komunikatu obitwie pod Sokalem przywitał ją znany publicysta, Władysław Rabski, słowami: - Nie wiem, czy mam pani wyrazić kondolencję, czy też powinszować...

Innym razem jeden z generałów winszował żonie moich powodzeń wojskowych, krytykował jednak moje zachowanie: - On ciągle wyłazi naprzód, co jest zupełnie zbędne, a psuje nam (t.j. generałom) sprawę.

Wkrótce kupiłem sobie wygodne kule i przy ich pomocy chodziłem do ogrodu Kupieckiego, gdzie się cieszyłem wspaniałym widokiem cudnego Dniepru, dali zadnieprzańskiej i koncertami symfonicznymi doskonałej orkiestry.

Próbowałem nie czytać gazet, ale nie mogłem dać sobie rady z pokusą. Armie rosyjskie cofały się szybko za Bug; dla Polski było to nawet lepiej, gdyż przy takim odwrocie bez uporczywych walk mniej niszczono kraj; oburzała mnie jednak przymusowa emigracja ludności wiejskiej na wschłd. Dlaczego ją nakazano, trudno zrozumieć; przeciwnikowi nie szkodziło to wiele, obarczało za to Rosję koniecznością żywienia nieszczęśliwych uchodźców, a iluż zginęło w czasie tej opłakanej wędrówki, ile rodzin zrujnowano!

W połowie sierpnia padł Modlin. Fakt ten przypieczętował poniekąd przegraną w Polsce kampanię; z punktu widzenia wojskowego potwierdził on raz jeszcze, że w obecnym stadium techniki beton nie może mierzyć się z bombą. Niemcy uzyskali naturalne zdobycie Modlina dla podniesienia nastroju w kraju, chwalili się, że twierdzę zdobyła szturmem landwera niemiecka; nie było to znowu tak świetne zwycięstwo, wobec przewagi artylerii atakującego i niedołęstwa garnizonu, składającego się wyłącznie z pospolitaków rosyjskich, ciemnych, niewyszkolonych chłopów, ubranych w mundury; słabym również okazał się komendant , gen. Bobyr, chociaż w czasie pokoju prezentował się doskonale, nie potrafił on jednak zginąć z honorem lub przynajmniej walczyć do ostateczności.

Jałta

Widok na miasto ze statku. Jałta  Krym. Autor foto: Marcin Konsek /Wikimedia Commons/ CC BY-SA 4.0/.

Wkrótce wyjechaliśmy na Krym i zamieszkaliśmy w Jałcie w hotelu „Helena”. Było tu więcej niż dobrze: cudowny klimat, wygodny byt, widok z balkonu na lazurowe, lśniące morze.

Zaraz po przyjeździe odwiedził mnie generał-gubernator obwodu Jałty, gen. Dumbadze; towarzysko robił on i jego rodzina zupełnie miłe wrażenie, z przekonania był zaciętym, reakcyjnym monarchistą, nie znosił socjalizmu, tępiąc bezwzględnie najmniejsze objawy opozycyjne; zapewnie cechy te spowodowały, okazywane mu przez rodzinę cesarską, spędzającą często lato w pobliskiej Liwadji, względy wyjątkowe.

Tu również poznałem emerytowanego gen. Witmera, byłego profesora Akademii Sztabu Generalnego, wybitnego pisarza wojskowego, człowieka, pomimo podeszłego wieku, pełnego radości życia i zapału. Interesował się on nadzwyczajnie psychologią wojny, prowadziliśmy więc z nim na ten temat długie, bardzo interesujące dyskusje; bogata biblioteka specjalna dawała dużo materiału do naszych sporów, wynikających z różnicy usposobienia: ja byłem wyznawcą strategii metodycznej, on – daleko posuniętego ryzyka.

Wojny w Jałcie nie czulo się prawie, zjazd gości był spory, dużo żądnych zabawy i flirtu strojnych pań, otoczonych młodzieżą; nie psuli nawet wrażenia wesołego dosytu połamańcy wojenni o kulach, łażący po bulwarach; zamarło tylko na oko nocne życie.

Z obawy przed wizytą niemieckich krążowników, „Emdens” i „Breslau”, nie zapalano wieczorem w mieście latarni, a okna, zwrócone ku morzu, zasłaniano szczelnie; nie wolno było nawet używać na ulicy ręcznych latarek elektrycznych. Bawiono się zatem zwykle do świtu.

Źródła: E. de Henning-Michaelis. „Burza Dziejowa”, t. 1. Biblioteka Narodowa.

 

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Die_Offensive_der_Verb%C3%BCndeten_im_Osten_von_Mitte_Juli_bis_Ende_August_1915.jpg?uselang=pl

https://www.google.com/search?client=firefox-b-d&q=ge.+Brusi%C5%82ow

https://de.rbth.com/geschichte/80847-russische-kriegsgefangenschaft-erster-weltkrieg

https://www.wikiwand.com/pl/Brody_(miasto)

https://pl.wikipedia.org/wiki/Karabin_maszynowy_MG08

 



Autor artykułu : gen. E.Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com