Wszystkich gości :   460892

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej / 16

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2022-02-06 12:47:40

Pamiętmik z wojny światowej 16

Strony konfliktu; Cesarstwo Niemieckie, Austro - Węgry, Bułgaria, Imperium Osmańskie. Dowódcy: Wilhelm II Hohenzollern. Paul Hindenburg. Erich Ludendorf, Leopold Bawarski. Max Hoffman. August von Mackensen.

Imperium Rosyjskie (1914 - 1917), Rumunia od 1916 roku, Domodcy: Mikołaj II Romanow. Mikołaj Romanow. Aleksiej Brusiłow. Ław Korniłow. Nikołaj Duchonin. Aleksander Kiereński. Nikołaj Krylenko.

Gdy zabłysła pierwsza gwiazda, wróciłem do mej samotni; parę odegranych kolęd ożywiło zbłękitniałe już wspomnienia dzieciństwa, pełne uroku i ciepła rodzinnego; niepokój duszy ustał... Suty ogień w piecu, reymontowski opis Świąt Bożego Narodzenia na wsi – przywrócily mi duchową równowagę.Nazajutrz przyprowadzono mi dwóch jeńców; przyszli wczoraj o zmroku do naszych okopów z prezentami od swego dowódcy kompanii (musiał być też sentymentalny; wzięto ich jednak do niewoli). Wojna obecna obfitowała w takie podejścia, że nie wierzyło się nikomu a szczególnie tym z naprzeciwka.

Czytałem, że mój następca w Dęblinie, gen. Szwarc, został komendantem Karsu. Żywiłem do tego człowieka dużą niechęć za barbarzyńskie zniszczenie twierdzy; rozumiałem, że powinien był wysadzić w powietrze forty, a nawet mosty, ale dlaczego zburzył cerkiew, piękne kasyno, rezydencję komendanta i historyczny pałać w Dęblinie?

brama

Furta północna do wnętrza twierdzy w stylu staroegipskim. Brama północna (Włodzimierska pub Moskiewska, po 1918 r., zwana Warszawską, nie zachowala się /2010 - 2022 Stowarzyszenie "Maslaw". Stowarzyszenie Milośników Ziemi Mazowieckiej - Naslaw.

Tak mógł postąpić tylko dzikus! Zresztą słyszałem, że po moim wyjeździe wróciły do twierdzy usunięte z niej panie, a wino szampańskie na tle ciągłych hulanek miało duży popyt; naturalnie płaciła za to Grecja... Słaby bardzo był poziom moralny całej tej kompanji, a szczególnie tego, który obowiązany był świecić przykładem cnoty żolnierskiej – komendanta.

Zakomunikowała mi żona, że w Kijowie zaczynał wzrastać niespokojny nastrój, wywołany po części budową linii obronnych za Dnieprem, co zdaniem strategików kijowskich domowego wyrobu miało wskazywać na dalszy odwrót armji rosyjskiej; był to naturalnie nonsens, nie rozumiałem celowości strategicznej takich prac w obecnej sytuacji, sądziłem, że właściwym powodem ich był apetyt różnych hien, żerujących bezwstydnie na potrzebach armii a popartych przez zainteresowane czynniki biurokratyczne.

Kwarantanna została wreszcie zawieszona, i zwolniłem sporo oficerów na święta, bo dla wielu będą one ostatnimi w życiu. Powodem naszej izolacji był przewóz wojska na granicę Bukowiny, gdzie się zaczęła akcja zaczepna, bez większego powodzenia na razie; przeciwnik trzymał się mocno, odpierał energicznie ataki, zła pogoda, deszcz, mgła, błoto – utrudniały natarcie.

Przyjeżdżał do mnie gen. Ekk, niby prywatnie w odwiedziny, ale ze skorpionem w zanadrzu: z góry przyszło pismo, w którym wyrażano życzenie, by w sztabach oddziałów i wyżej, których cudzoziemcy nosili nie rosyjskie nazwiska, mianowano sztabowców nie – Rosjan. Nazwałem to pismo podłym i zameldowałem, że odpowiedzią mą będzie nominacja jutro na adjutanta dywizji kpt. Kielmana, Niemca z pochodzenia; Ekk przyjął to do wiadomości spokojnie, widocznie sam był bardzo urażony W sprawie tej odczułem rosnący wpływ brudasów moralnych z „sojuszu Michała Archanioła”.

Wspomniał mi również dowódca korpusu, że dochodzą do niego skargi, jakobym był bardzo surowy przy nagradzaniu żołnierzy orderem św. Jerzego, w przeciwieństwie do gen. Gutora, który nie żałował swoim żołnierzom nagród; odpowiedziałem, że widocznie sąsiad mój jest hurtownikiem, ja zaś detalistą, badam więc starannie każdy wniosek. Przypuszczam, że donos ten był dziełem któregoś z „batiuszków”, których nie przedstawiałem do orderów z mieczami, bardzo przez nich upragnionych, bo byli faktycznie tchórzami, i musiałem ich pędzić do okopów siłą.

Kończył się rok 1915; dla spraw koalicji nie był on dobry. Rosja przyjęła na siebie cały ciężar letnich operacji, doznała szeregu dotkliwych niepowodzeń, utraciła przygotowany zawczasu polski teatr wojny, została zmuszona do cofnięcia się daleko w głąb swego terytorium, z armją ciężko osłabioną moralnie i materialnie; na zachodzie operacje nie udały się aliantom, udział Włoch nie dał żadnych pomyślnych rezultatów; na Bałkanach, a Serbia została prawie doszczętnie rozbita, operacja Dardanelska nie miała powodzenia, krótko mówiąc, Niemcy byli górą na całej linji.

Nadeszły święta. Z konieczności ukazałem się „narodowi” i spędziłem wieczór wigilijny ze sztabem: po kolacji zaprosiłem wszystkich do siebie i skombinowaliśmy koncert. Jeden z oficerów improwizował na skrzypcach, drugi śpiewał, ja grałem na fortepianie, produkował się również chór oficerski; było więc bardzo gwarno, chociaż bez kieliszka alkoholu, ale odetchnąłem z ulgą, gdy goście sobie poszli. Nazajutrz asystowałem przy nabożeństwie uroczystym i usłyszałem po raz pierwszy, jak mnie pop wypominał przy ołtarzu, życząc „boliarynu Ewgenju” długich lat życia; dlaczego się z tym wyrwał, nie wiem, zdaje się, że takie wypominki są przywilejem tylko najgrupszych „ryb”.

Pogoda była straszna, zgniła, mgła zasłoniła cały świat, nie mogłem więc wychodzić z domu, noga nie była w stanie walczyć z tak dużym błotem; strach było pomyśleć, co się działo w okopach (wskutek podmywania usuwała się tam ciągle ziemia). Dni dłużyły się niesłychanie; nadchodziła wreszcie apatja, przestawała pracować wyobraźnia, zasnuwała się mgłą najbliższa przeszłość; nie budziły nawet do życia listy ze świata, przynosiły one wieści jakby z innej planety, mówiły o życiu, w które przestałem wierzyć.

Przesłano mi urzędowe dane o polskich legionach, walczących po stronie mocarstw centralnych: „Legiony liczą 3 brygady po 2 pułki, razem 8 tysięcy ludzi, poza tym 3 szwadrony ułanów i 3 baterie; na czele stoi gen. Durski (austriacki oficer), brygadami dowodzi gen. Piłsudski, ppłk. Haller i Roja, ułanami – pułk. Belina. Najbardziej popularny jest Piłsudski; ma być ideowcem, walczącym o niepodległość Polski. Młodsi oficerowie przeważnie słabi, szeregowcy początkowo wyłącznie Galicjanie, ideowców między nimi mało, poszli do legionów, bo inaczej wzięliby ich do wojska austriackiego albo pruskiego; moralność wśród żołnierzy nietęga, bo sporo pochodzi z miejskich wykolejenców,Żydów 2% - 3%. W Piotrkowie zwerbowano 1000 ludzi, w Lublinie 1500, w Łodzi 2000, w Warszawie 900; ostatnimi czasy dopływu nowych ochotników brak.”. „Karność oparta na postrachu, dezerterów dużo”. Zachowanie się ludności w Królestwie względem legionistów jawnie wrogie; gdy wychodzili z Warszawy, wołały kobiety do nich: - „idziecie na swoich”.

Nie przypuszczałem jednak, aby w Królestwie znalazło się wielu ochotników do legionów, ochotnika dobrowolnego, nie szukającego w nich ucieczki od branki rządowej; rzeczywistość w zupełności potwierdziła moje przypuszczenia.

Nowy rok musiałem znowu odcelebrować, przyjmować powinszowania „nowego szczęścia”. Niechby już się obyło od „starego nieszczęścia”, wystarczy mi i to! Otrzymałem naturalnie stos telegramow, których nie czytałem; całą tą literaturę obrządkową załatwił wraz z odpowiedzią szef sztabu.

Miałem oryginalny kłopot z pułk. Tarbiejewem: przed dwoma tygodniami zwróciłem mu uwagę na szereg uchybień służbowych, musiałem to jednak uczynić zbyt ostro, gdyż pułkownik chodził odtąd stale z mina przerażoną; przy spotkaniu nie mógł wprost z siebie wydobyć głosu, chociaż obchodziłem się z nim w ogóle łagodnie; by uspokoić trochę biedaka, zaproponowałem mu urlop, na którym mu nawet bardzo zależało, kecz przestraszyło go to jeszcze bardziej, bo po otrzymanym „monicie” uważał to za wstęp do usunięcia ze stanowiska.

W początku stycznia przyjechała hrabina, a z nią wagony z prezentami; ja dostałem ładny zegarek podróżny. Przy obiedzie zeszła rozmowa na proponowane mi przez Witmera kupno willi w Jałcie za czterdzieści tysięcy rubli, płatnych ratami; był to doskonały interes, ale brakło mi zupełnie pieniędzy. „To fraszka zauważyła hrabina – „ja panu pożyczę całą sumę”; naturalnie odmówiłem z serdecznym podziękowaniem.

Stosunki nasze ze sztabem armii były nietęgie; nasyłano nam rozkazy i instrukcje, które przeważnie nie nadawały się do wykonania, brak było w nich zrozumienia metod walki obecnej, było za to dużo zarozumiałości. Protestowaliśmy często i to jednogłośnie, ale bez wielkiego powodzenia. Nadszedł na koniec rozkaz zaatakowania bez zwłoki stanowisk austriackich na całym froncie korpusu; miała to być pomoc dla kulejącej wciąż na Bukowinie akcji.

Tego było jednak już za dużo – atak silnie umocnionych stanowisk bez pomocy ciężkiej artylerii, odebranej nam przed paroma tygodniami, wyglądał na szleństwo i doprowadziłby niechybnie do rozbicia korpusu; rozgniewało mnie również, że Ekk przyjął rozkaz bez protestu, poprosiłem go więc do telefonu i dyskutowałem z coraz to narastającym napięciem przeszło pół godziny; widząc wreszcie, że skutku nie ma, urwałem frazesem: „Rozkaz spełnię, nie oszczędzę ani dywizji, ani siebie, ale przewiduję katastrofę, odpowie zaś za nią ten, kto nie liczy się ani z siłami, ani z warunkami, a poddaje się biernie takim rozporządzeniom”.

Obecny przu rozmowie pułk. Malewanow zauważył: „ teraz rozumiem dlaczego pan nie robi kariery”. Niemniej jednak w godzinę później rozkaz został cofnięty, a wieczorem telefonował Sytin w imieniu Ekka, bym się uspokoił, bo wszystko zrobiono stosownie do mych życzeń.

Na Trzech Króli struto mnie drobnym, ale paskudnym faktem: warta złożona z siedmiu żołnierzy, wyłącznie Rosjan, uciekła na tamtą stronę; wywiadowcy zdążyli zastrzelić tylko jednego dezertera, a drugiego przyprowadzili z powrotem, naturalnie tylko po to, by go rozstrzelano. Dezercję tę można było wytłumaczyć tylko wyłącznie ciemnotą rosyjskiego ludu, i obawą śmierci. Obcy mu jest patriotyzm, nie czuje się obywatelem państwa, w którym żyje, wojna go nie obchodzi, bo „ja jestem z tulskiej gubernii, do mnie Niemiec nie dojdzie, daleko”. Trzymało się więc to armatnie mięso wyłącznie surową karnością; zapowiedziałem, że będę oddawał pod sąd polowy całe kompanie, w których się podobne zbrodnie powtórzą, o ile same nie rozstrzelają natychmiast uciekających.

Wyczytalem w „Regiments – Kommando - Befehl'u” ustęp o nagrodzeniu za męstwo medalami czterech żołnierzy; dowódca pułku zaznaczał, że winszuje dekorowanym tym bardziej, ponieważ medale przypiął im osobiście następca tronu. Nie zauważyłem podobnych objawów dynastycznego zachwytu w rosyjskiej armii.

Przedłużono mi znacznie front na południe, musiałem więc zmienić rezydencję i przeniosłem sztab 12-go stycznia do Iwanczan, gdzie zamieszkałem we dworze, mało dotkniętym zawieruchą wojenną: ulokowałem się w dużym pokoju, w którym było sprężynowe łóżko, lustro i szafa, miałem zatem wyjątkowy komfort; całość psuły krzesła, dotknięte in gremio „kozińcem”; podginały się więc im stale nóżki przy siadaniu, wywołując zawsze ten sam skutek – przeniesienie się siadającego na podłogę.

Wieś Iwanczany rozsiadła się na skraju wysokiej plaszczyzny, pomiędzy Brodami, Złoczowem a Zbarażem; tu przechodzi rozdział wód pomiędzy północą a południem, stąd więc płyną do Bałtyku rzeki Bug, Ikwa i Horyń, a ku Morzu Czarnem – Styr.

Ustaliła się znowu aura, mróz stężał, po dwóch dniach zadymki wróciła ładna zimowa pogoda. W wigilię Nowego Roku pozwoliłem urządzić w sztabie przyjęcie, nawet z winem; zaproszony został in gremio Czerwony Krzyż, grała kapela gramofonowa, wynudziłem sie jednak serdecznie.

zamek

Resztki historycznego zamku zbaraskiego

Korzystając z dobrej szosy, łączącej Iwanczany ze Zbarażem, pojechałem samochodem do historycznego grodu, pamiętnego przez wspaniałą czterdziestodniową obronę dziesięciu tysięcy polskiego rycerstwa przeciwko dwustu tysiącom kozactwa i ordy; pozostawiwszy asystę w mieście, poszedłem na zamek, obszedłem z bijącym sercem jego mury i wały, odtwarzałem wyobraźnią obrazy stoczonej tu walki bohaterskiej, wyśnioną przez genialnego pisarza polskiego, wspaniałą postać rycerza bez skazy – Skrzetuskiego. Mimo zupełnie odmiennych warunków, pamięć o tym niezłomnym rycerzu krzepiła mnie nieraz w chwilach krytycznych. Dziś zamek był tylko miną bez okien i dachu, wszędzie pustka, a nad nią ponure krakanie wron. Obecnym właścicielem był jakiś żydek.

Anglicy opuścili Gallipoli; nieudolnie prowadzona operacja zawiodła, nadzieje Rosji na otwarcie morza Czarnego zawiodły; pozostaje daleka i trudna droga przez Białe Morze.

Przydzielono mi do dywizji kilka „drużyn” pospolitaków; w jednej z nich znalazł się znany dobrze Warszawie dyrektor opery, Metaxian, w charakterze tytularnego podpułkownika, może zaśpiewa mi przy okazji swą popisowa „Chryzantemę” i pieśni cygańskie.

Wpraszal się do mnie na adjutanta baron Pistolkors, oficer kawalergardów; matka jego była teraz żoną w. księcia Pawła. Nie wziąłem go jednak, bo nie dowierzałem dworskim „bażantom”, tym bardziej, że już się zastrzegano, bym gagatka zbyt „nie narażał”; zrobiłbym naturalnie przeciwnie i w razie wypadku miałbym kram. Dalej z poprawkami

15-go stycznia przesunięto dywizję do rezerwy; znalazlem się we wsi Gniezdzicznie, niedaleko Wiśniowca. Bardzo mi to dogodziło; żolnierze odpoczna w ciepłych chatach, umyją się, poczują radość bezpiecznego spaceru poza okopami; będą naturalnie i tu zajęcia, ale tylko pięć godzin dziennie. Ja i mój sztab zamieszkaliśmy we dworze, będącym w posiadaniu jakiegoś łyka; gnieździl sie on z rodziną w dwóch pokoikach, pozostawiając caly dom na pastwę opuszczenia; zastaliśmy wszędzie brud, w oknach brakło szyb, drzwi nie domykały się; przez całą dobę szorowano, myto, zasłaniano okna kartonem, restaurowano jakieś inwalidy meblowe. Ostatecznie udalo się ustalić minimalny komfort polowy, mogłem więc bez niechęci siedzieć w domu, słuchać wycia wiatru w kominie i nie interesować się odglosami z frontu.

Otrzymałem dla dywizji kilka orderow angielskich, dla udekorowania oficerów i to wedlug mego uznania; wywołały one sporo zawisci i zawiedzionych nadziei. Nie rozumiałem zupelnie tej orderowej manji, wyłączając z niej jednak order św. Jerzego. Jeden z orderow otrzymał por. Slusarew,ów „bosiak” tołstojowski, o którym wspominałem poprzednio ex re bitwy pod Sokalem; mial on dziwna minę podczas dekoracji. Urlopy zostaly znowu zakazane, czego nie rozumiał znowu nikt, bo na calym froncie panowal spokój; zarzadzenie to bylo nieludzkie, drażniace a zupelnie zbędne.

Z Petersburga otrzymalem ciekawy list od żony kapitana marynarki, młodej kobiety, ktora mi okazywała w Jałcie trochę sympatii; cytuję z niego wyjątek: „Dużo, dużo niezwykłego a nawet zagadkowego chciałabym zrozumieć i rozwiązać... mam wielkie łaski u Rasputina, mogę dużo zrobić, ale nie wiem, czy potrafię? ..” W końcu proponowala mi korespondentka swą pomoc w jakiejkolwiek sprawie; naturalnie, potraktowałem ten list humorystycznie i napisałem biednej histeryczce, że pragnąłbym otrzymać wakujace obecnie stanowisko oberprokuratora światobliwego Synodu, bez zmiany wyznania jednak, przypuszczając, że przy tak wysokiej protekcji da się to osiągnąć; odpowiedzi nie otrzymałem.

24-stycznia skończyły się wakacje dywizji, wysunieto ja znowu na front; zajęliśmy z powrotem, poszerzony znacznie, stary odcinek; ja wróciłem do Rydomia, chociaż mogłem obrać lepszą kwaterę, ale tęsknilem za moimi przyjaciółmi podwórzowymi. Rzeczywiscie wszystkie trzy psy przywitały mnie w podworzu entuzjastycznie, zaznaczając swą radość ogromną iloscia blota na mej bekieszy, a staruszek fortepian, wogóle dość milczący, zaprosił mnie zaraz do zagrania paru etjud szopenowskich; nawet zamrożona biała dama z portretu patrzyła teraz na mnie z pewną wyniosłą życzliwoscią. Umeblowanie posiadłem bardzo urozmaicone; Pietrek mój, przy każdej zmianie mieszkania, zabieral z sobą coś z miejscowego umeblowania na nową gospodarkę, o czym dowiadywalem się zwykle za późno na nowych leżach; próżne były wszelkie dąsy mój leporello dowodził stale, że: wszystko jedno zginie to, bo właścicieli nigdzie nie ma. Znalazlem więc w mym pokoju po powrocie z wycieczki okrężnej kanapkę z Zaleścia, etażerkę z Iwanczan, stolik z Trzcińca, foteli z Cisny, a wszystko to bylo warte razem 5 rubli; zostawie ten inwentarz w Rydomlu, ucieszy się hrabinaRzyszczewska, gdy wroci do majatku Str. 50

Na froncie było spokojnie; każda odwilż wywoływała faktyczne zawieszenie broni, ustawal nawet zupełnie ogień karabinowy, a żołnierza łazili dookoła okopów, przekopywali rowy, odprowadzali wodę, palili papierosy i przypatrywali się sobie wzajemnie. Ja także chodziłem swobodnie, studjuijąc umocnienia przeciwnika. Tylko artyleria psuła niekiedy harmonię. Słyszałem frazes, wypowiedziany przez jednego z moich żołnierzy pod adresem strzelającej baterii: „I czego ona strzela, przecież Austriak jej nie rusza”.Walka z zalewem była wciąż nader trudna i dobrze byłoby, gdybyśmy mieli hydrotechników, bo okopy tworzyły naturalne dreny, zbierające wodę, a były niezniwelowane zupelnie; w czasie odwilży spacery dla mnie były uciążliwe, potrzebowałem zwykle na obejscie pięciu kompanii osiem godzin i wracałem do domu zmordowany i oblepiony błotem od stóp do głowy.

Austriacy szukali jednak z nami kontaktu; przed paroma dniami puścili do nas kota z przywiązaną u jego szyi odezwą, nawołującą do zawarcia pokoju; innym razem wystawili na słupku przed ich drutami kolczastymi deskę z napisem: „Cytynje nase”. Dużo z tego nie zrozumieli moi kimilitoni, ale ja odpowiedziałem grzmiącymi argumentami artyleryjskimi, skierowanymi na przypuszczalne kwatery ich sztabów, chciałem im trochę zepsuć dobry nastrój. Swoją drogą nie rozumiałem zupełnie strategii wloskiej: posiadając milionową armię, krótki front i względnie słabego przeciwnika, nie potrafili oni, czy nie chcieli obronić Czarnogórza, znajdujacego się tuż. Przecież ks. Mikołaj był ojcem królowej w loskiej!

W końcu stycznia otrzymałem zawiadomienie, że urlopy będą wkrótce przywrócone, co mnie bardzo ucieszyło, bo poza innymi względami przykrzyła się konieczność ciąglego celebrowania, które prześladowalo mnie wszędzie, nawet w łaźni. Wolnego czasu miałem dużo i wysypałem się do tego stopnia, że mi aż oczy puchły; dla rozrywki asystowalem raz jeden przy wyjściu na wywiad komendy wywiadowczej. Pola były zaśnieżone, wlożyli więc żołnierze na szynele białe giezla; gdy się tak przekradali po nocy bez najmniejszego szmeru za linię drutów kolczastych, robili wrażenie korowodu cieniów Erebu. Trudno jednak było teraz zlapać języka, bo Austriacy za swe druty nie wychodzili i oswietlali je coraz to wzlatujacymi na przedpole zielonymi rakietami; nastrojowo wyglądało to ładnie, ale praktycznie nie było to bardzo miłe, bo przy najlllżejszym podejrzeniu nadlatywal rój kul.

Adjutant mój ofiarował mi kilka fotografii o temata z życia dywizji. Jedno ze zdjęć ubawiło mnie bardzo: przedstawialo ono oficerow baterii przy stole, na którym stało kilka butelek jakichś spirytualiów; ponieważ moim oficerom znany byl mój wstręt nieprzezwyciężony do alkoholu, zażartowali sobie ze mnie i ubrali się w maski przeciwgazowe, abym ich nie rozpoznał. Stosunki z artylerią były doskonale, oficerowie byli to żolnierze wykształceni, kulturalni i pracowali bez zarzutu; łatwiej im było co prawda, niż ich kolegom z piechoty, gdyż straty ponosili o wiele mniejsze, posiadali więc stałą, doswiadczoną kadrę.

 1-go lutego zameldował mi dowódca pułku białostockiego, że patrol podsłuchowy słyszał w nocy jakieś głuche odgłosy, dochodzące spod ziemi, należy więc przypuszczać, iż przeciwnik prowadzi pod nasze okopy sztolnię minową. Z konfiguracji terenu wydało się to możliwe, kazałem więc natychmiast ewakuować zagrożone miejsce, wyłączając je z systemu obrony, a o północy zasiadłem na podsłuchy; po pewnym czasie doszły mnie rzeczywiście wśrod głębokiej ciszy nocnej przytłumione, podziemne szmery, ustające co kilka minut; gdym przykładał ucho do ziemi, odgłosy były tak bliskie, że dochodziły jakby z pod okopu. Naturalnie wyobraźnia nie próżnowała i szeptała do ucha, że ładunek jest już napewno zakładany, a za chwilę wypadnie wykonać nagły wzlot ku niebu z przyspieszonym powrotem na ziemię; perspektywa była bardzo nieprzyjemna, z pewnym więc wysiłkiem wysiedziałem potrzebny czas na czatach. Nazajutrz kazałem poprowadzić kontrminę, by się podkopać pod przeciwnika. Krecia to i przykra robota: minerzy coraz to przerywają pracę i nadsłuchują, by odgadnąć kierunek i miejsce, w którym znajduje się głowa sztolni przeciwnej; zwycięży ten, kto się prędzej zorientuje, przygotuje ładunek i w dogodnej chwili spowoduje wybuch, grzebiąc pod ziemią zaskoczonych partnerów. Po trzech dniach roboty moi minerzy doszli do galerji austriackiej: była pusta, niezakończona i zawalona od strony przeciwnika ziemią i bierwionami; widocznie zmieniono zamiar. 5-tego wyjechalem na urlop do Kijowa.

Żródła: http://maslaw.org.pl/9-informacje/teren/63-twierdza-deblin?showall=1&start=0

Konstantin Brizhnichenko, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons

Źródła: E. de Henning-Michaelis. „ Burza Dziejowa” t. 2. Ścieżka dostępu: Biblioteka Narodowa.

 



Autor artykułu : gen. E. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com