Wszystkich gości :   26497

Flag Counter
Flag Counter
 





Temat : Pamiętnik z wojny światowej / 17

Kategoria :  Wielkie Wojny       Data : 2022-05-09 17:01:38

Pamiętnik z wojny światowej /17

Strony konfliktu: Cesarstwo Niemieckie. Austro-Węgry. Bułgaria. Imperium Osmańskie. Dowódcy: Wilhelm II Hohenzollern. Paul Hindenburg. Leopold Bawarski. Max Hoffman. August von Mackensen.

Imperium Rosyjskie (1914-1917). Rumunia od 1916 roku. Dowódcy:Mikołaj II Romanow. Mikołaj Romanow. Aleksiej Brusiłow. Ław Korniłow. Nikołaj Duchonin. Aleksander Kiereński. Nikołaj Krylenko.

Spędziłem trzy tygodnie w Kijowie, odpocząłem nieco w kółku rodzinnym od męczących wrażeń zimowego frontu, trułem się jednak beznadziejną lekkomyślnością rosyjskiego społeczeństwa, które coraz mniej rozumiało, o jak poważną stawkę walczyła Rosja; zestawiałem bezmyślność miejscową z nastrojami o wiele mniej zaangażowanej w wojnie Anglii, gdzie na każdym rogu ulicy ogromne afisze pytały obywatela” „What are you to guard the honour of England?”

Kijów

Ulica Kreszczatik w Kijowie. To główna ulica tego miasta w latach 1890 - 1900. Public domain, via Wikimedia Commons.

Wątpiłem coraz bardziej w zwycięstwo Rosji, a w duszy wbrew najistotniejszym pragnieniom błąkało się pytanie, czy nie należy szukać rozwiązania naszych losów w ustroju federacyjnym z Austrią, chociaż oznaczało to jednocześnie wyrzeczenie się na długo nadziei połączenia z zaborem pruskim.

Wracałem do dywizji chętnie; wiedziałem, że tam ja mogę stwarzać nastroje, postanowiłem więc zmienić częściowo dotychczasową taktykę odosobnienia, zbliżyć się do oficerów, wpływać na ich ducha i patriotyzm. Skoro społeczeństwo nie mogło pomóc armii, należało sobie radzić we własnym zakresie.

Droga powrotna nie była łatwa; pod Zmierzynką pociąg utknął w zaspach na kilka godzin, przyjechaliśmy więc do Wołoczysk z ogromnym opóźnieniem; dalsza jazda autem była jeszcze gorsza, zamieć zasypała szlak do tego stopnia, że raz po raz zakopywaliśmy się literalnie w pagórkach śniegu, wypadło więc szukać przejazdu przez pola po grudzie, jechać przez mosty, zbudowane „na niby”, drogami nie prowadzącymi nigdzie, błądzić nawracać, przełazić przez rowy. Trzydzieści kilometrów do Zbaraża jechaliśmy pięć godzin; napiłem się w miasteczku cykorji z mlekiem, słuchając orkiestry, posiadającej pełny temperamentu, ale niesforny trombon, i dojechałem do domu już sankami i zmarznięty.

W dywizji zastałem wszystko po staremu, uraczono mnie tylko ogromną porcją papierowych spraw, konserwowanych specjalnie aż do mego powrotu; Malewanowa zwolniłem jednak zaraz na urlop, bo prosił o to z powodu rodzinnych spraw.

Z Łazarewem nastąpiło z miejsca starcie; poskarżył się mi na szefa sztabu w sprawach papierowych wykroczeń i miał rację, ale posunął się do wyraźnej groźby pod adresem winnego; odpowiedziałem ostro, że Malewanow jest odpowiedzialny wyłącznie przede mną, a moim zwierzchnikiem jest tylko dowódca korpusu, o czym proszę stale pamiętać. Ponieważ Ekk podlega bardzo wpływom sztabu, nastąpiło pomiędzy nami ponownie duże oziębienie; przypuszczam, że szybki wyjazd Malewanowa wywołany jest chęcią uchylenia się od wyładowania pierwszych, a zatem najsilniejszych objawów mego niezadowolenia.

Musiałem teraz osobiście odrabiać za niego zaległości. Sztab miałem nie tęgi, obsadziłem go przeważnie połamańcami, chorowali więc ciągle, jeden leżał z wysoką temperaturą, bo mu się rana otworzyła, drugiemu spuchły nogi, trzeci kaszlał i krwawił, właściwie ja jeden byłem zdrowy; nie miałem więc zupełnie czasu by jeździć na front, byłem tam w ciągu pierwszego tygodnia po powrocie zaledwie raz jeden i to dorywczo; zresztą mieliśmy okres dużego spokoju.

W pierwszych dniach marca pogoda stała się „marcowa”; śnieg i deszcz, zadymka , mróz i odwilż na zmiany, a o tym jak wygląda słońce zapomnieliśmy; widok dookoła był rozpaczliwy, brudne splamione błotem pola, szczerniałe chaty, a nad nami mętne niebo, po którym włóczyły się wrony. Chodziliśmy wszyscy , jak struci, stęsknieni za skrawkiem niebieskiego nieba, na złość spacerowałem jednak codziennie dla higieny o „zachodzie słońca ( w przenośni).

Od tygodnia nie złapaliśmy ani jednego jeńca, a były oznaki, że u przeciwnika zaszły zmiany, poleciłem więc Tarbiejewowi przyprowadzić mi kilku Austriaków; pułkownik zmartwił się trochę, wybąkał coś o niemożliwości, ale otrzymał suchą replikę, że nie wydaję nigdy niemożliwych rozkazów. Rzeczywiście nocy następnej wybrani wywiadowcy, korzystając z ochydnej pogody, przecięli druty austriackie w dwóch miejscach, wtargnęli znienacka do okopów, wykłuli kilkunastu Austriaków i wycofali się bez strat z trzema jeńcami oraz dwudziestoma karabinami zdobycznymi. Przewidywania nasze były słuszne: na moim lewym skrzydle znalazła się świeża węgierska dywizja.

21-go lutego ocknął się front zachodni; armia kronprinca zaatakowała twierdzę Verdun po niesłychanie gwałtownym przygotowaniu artyleryjskim; pierwsze uderzenie oddało Niemcom w ręce forty Vaux i Douaumont, ale na tym utknęli. Francuzi okazywali zacięty i coraz silniejszy opór, walka trwała już od dwóch tygodni i nabrała charakteru rzezi; Niemcy rzucali wciąż do ataku olbrzymie masy ludzi. Nie rozumiałem, dlaczego wybrali oni właśnie Verdun; twierdza ta posiadała do obrony znakomite warunki terenowe, była doskonale ufortyfikowana i przedstawiała najśilniejszy punkt francuskiego frontu. Walki te wskazywały jednak, że rachuby na wyczerpanie Niemców zawiodły dotychczas całkowicie, duch przyrodzonej im ofensywy nie osłabł bynajmniej, a technika była na najwyższym poziomie rozwoju.

Mieliśmy w sztabie lokalną sensację: por. Zmieścyn nie wstawał z powodu choroby przez dwa tygodnie z łóżka; gdy nareszcie wyzdrowiał, poszedł się przejść; nagle poczuł, że mu się coś na głowie rusza, złapał za papachę i znalazł w niej młodą myszkę; po powrocie zbadał swe nakrycie głowy i odkrył tam jeszcze cztery myszki, które zamieszkiwały widocznie stale w ciepłym ukryciu barankowym.

21-go marca ukazało się po kilku chmurnych tygodniach słońce; musiało chyba ciężko chorować, bo było blade, bezsilne, ale po kilku dniach zmagania z ustępującą niechętnie zimą wzmogło się na siłach, promienie jego nabrało mocy i nastąpił tak upragniony przełom pogody ku wiośnie. Śnieg znikł z pól prawie nagle, przyczaił się tylko po ciemnych wyrwach, zaszemrały strumyki, wysoko w błękicie nieba zadzwonił swój słodki hymn do słońca skowronek, zatańczyły pod wieczór w promieniach słońca roje efemeryd, rozpoczęły swe koncerty a capella chóry bardzo muzykalnych żab, zamieszkujących okoliczne bagna.

Przyleciały „Wojtki”, moi starzy przyjaciele, na dzierżawione przez siebie mokre łąki i przeglądały swe moczary z nader pociesznymi minami. Drogi przeschły, mogłem więc rozpocząć konne harce; niestety, zamieniały się one stale w karne ekspedycje; zawsze musiałem wpaść na jakiś nieporządek i sprawować sądy; do okopów zaglądałem rzadko, bo mi oddelegowano w świat obydwóch brygadierów, musiałem więc pilnować gospodarstwa na miejscu. .

Szef sztabu wrócił, dostał poważny „monit” i wziął się na serio do pracy, ale wyż barometryczny trwał niedługo; w jednym z pułków poczęstowano go tak dokumentnie, że wrócił mocno zawiany. Widocznie posiadał on rozpowszechnioną u Rosjan wadę, lubił kieliszek „w kompanii”. Gdy winowajca oprzytomniał, sprawiłem mu ciężkie „moralne kazanie", uprzedzając, że wyleci jak z procy ze stanowiska przy powtórzeniu się czegoś podobnego. Zauważyłem wogole, że ostatnimi czasy oficerowie zaczęli się bawić zbytnio kieliszkami i kartami, zakazałem więc ponownie wszelkiego alkoholu i hazardowych gier. Wódeczkę produkowali na miejscu poczciwi wieśniacy; moja policja przyłapała miejscową gorzelnię u zamożnego chłopa, zwolnionego z wojska z powodu choroby, przylapano też przy okazji organizację szpiegowską.

Jeździłem do hrabiny; przeniosła się ona do Wiśniowca, gdzie się urządziła bardziej niż skromnie w żydowskim domku, w ciemnym, wilgotnym pokoiku, w którym okien otwierać nie można było z powodu zaduchu, panującego na uliczce. Hrabina Szuwałowowa uważała jednak, że mieszka „doskonale”. Ta kobieta to fenomen pomiędzy arystokratkami

Wiśniowiec

Pałac Wiśniowieckich i Mniszchów. Autor: Tomasz Leśniowski - Praca własna.

Zresztą przechorowała już poważnie przeniesienie się do tych apartamentów i była tak osłabioną, że musiała wyjechać na parę tygodni do Jałty. Spotkanie nasze, jak zwykle, było bardzo serdeczne; dowiedziałem się natychmiast, że dowódca korpusu po moim przejściu z Łazarewem narzekał, jakobym nie liczył się z niczyim zdaniem i był w stosunkach ze sztabem stale kańciastym; ledwośmy skończyli z tym tematem, ukazał się i sam Ekk. Zamroziło mnie to, wolałem więc wynieść się wkrótce, chociaż robiliśmy we troje Wersal; na pożegnanie zostałem nawet zaszczycony osobistym podaniem mi palta przez mego pryncypała; wolałbym mniej grzeczności, a więcej stanowczości w stosunku do otoczenia.

Pomimo zaciekłości Niemców, manewr ich pod Verdun wyradzał się stopniowo; urwali jeszcze parę kawałków terenu, nie mających znaczenia, ale ponieśli olbrzymie straty. Upór ich można było tłumaczyć albo ciasnotą umysłu kronprinca, nie mogącego się w swej zarozumiałości pogodzić z porażką, albo chęcią podniesienia nastroju wewnątrz państwa dla przeprowadzenia nowej dwumiliardowej pożyczki.

Dla ulżenia Francuzom prowadzili Rosjanie na froncie dźwińskim szerokie natarcie, nota bene w czasie wiosennych roztopów, przy zupełnym bezdrożu, akcji tej brakowało jednak większego rozmachu. Niemcy ustąpili bez poważnej walki dwie pierwsze linije swych stanowisk a potem przeszli do szeregu silnych kontrataków, według zwykłej zresztą niemieckiej metody, skończyło się więc na paru lokalnych powodzeniach. Wogółe operacja ta była źle przygotowana, generałowie – wykonawcy nie sprawdzili planu działania w swym zakresie na miejscu i kierowali bitwą wyłącznie przy pomocy telefonu.

Zwykle jednak takie zachowanie starszych dowódców uchodziło dotychczas bezkarnie; całego szeregu generałów, faktycznie nieudolnych, nie usuwało się, bo cesarz tego nie lubiał, był zbyt łagodny, doszło wreszcie do tego, że poszczególne operacje kierowało się niezawsze w kierunku najkorzystniejszym strategicznie, ale według zaufania, które wzbudzał ten lub ów generał, stojący chociażby w gorszych warunkach operacyjnych

Komunikaty urzędowe o tej operacji były, jak zwykle, mętne, pełne niesmacznej blagi; napisano całe rozprawy na temat zdobycia marnych wioseczek, z których nota bene przeciwnik potem Rosjan wyrzucił. Trafiały mi do rąk niekiedy komunikaty włoskie. Orientowały się one doskonale, co do warunków meteorologicznych na włoskim froncie, poza tym nie wiele można się było z nich wiecej dowiedzieć.

Ujawniło się jedno ze źródeł doskonałych informacji niemieckich o planach rosyjskiego dowództwa; w Berdyczowie, gdzie rezydował sztab naszego frontu, stał na czele telegrafu iskrowego kpt. Karnegi. Otóż żandarmeria ustaliła, że rozmawiał on stale z Berlinem i Lwowem, ptaszka zamknięto, ale uciekł i zniknąl bez śladu.

generał

Foto generała Aleksieja Brusiłowa z 1917 roku. Autor foto nieznany, a pobrane zostało z Domeny publicznej.

Gazety petersburskie podały, że minister Poliwanow ustąpił; był to cios, zadany armii i państwu; wraz z Wielkim księciem Mikołajem był Poliwanow tą siłą ożywczą, która pozwoliła armii się podźwignąć po klęskach roku poprzedniego Przyczyną usunięcia była opozycja ministra przeciwko objęcia naczelnego dowództwa przez cesarza, co się cesarzowej bardzo nie podobało. Następcą został gen. Szuwajew, były główny intendent, staruszek, nie posiadający odpowiednich horyzontów myślowych, mało znany w armiji. Nasz front otrzymał gen. Brusiłow, pozbyliśmy się nareszcie Iwanowa.

Przysłano mi z Petersburga dwie gwiazdy z mieczami – św. Stanisława i św. Anny; słabo zareagowałem na to szablonowe odznaczenie.Stosunki moje z duchowieństwem dywizyjnym były naprężone, traktowałem je, ze względu na me pochodzenie, ostrożnie, ale bez zbytniej pobłażliwości; żądałem od „batiuszków” stałego obcowania z żołnierzem, głównie w okopach, gdzie wojsko stało w obliczu śmierci. Nie podobało się to, bo większość duchownych osób była zbyt nerowo usposobiona w stosunku do ognia przeciwnika; dla dodania im animuszu miewałem z nimi rendes –vous tylko na froncie. Jednocześnie bardzo pragnęli wielebni ojcowie ozdabiać swe piersi orderami z mieczykami, dawanymi wyłącznie za bojowe zasługi; wychodząc z założenia, że mieczem duchownym jest Krzyż Chrystusowy, nie zatwierdzałem żadnego przedstawienia tego rodzaju; naturalnie, wywołało to wśród zainteresowanych głuchą niechęć i narzekania na „prześladowanie prawosławia przez inorodca”. Miałem również otwarty zatarg z dywizyjnym”błagoczynnym”; pragnął on wysadzić z siodła popa artyleryjskiego, by go zastąpić swoim kandydatem, naskarżył więc na niego naczelnej władzy duchownej w sekrecie przede mną; dowiedziałem się o tym z rozporządzenia „protoprezbitera”, usuwającego Bogu ducha winnego i lubianego popika, zareagowałem więc stanowczym telegramem wzwyż, i ostatecznie niewinna ofiara pozostała w dywizji, a z intrygantem porachuję się przy okazji.

Pogoda była piękna, słoneczna. Płynąłem czułnem i polowałem na kaczki, których na Horyniu jest dużo; spędziłem na wodzie pięć godzin; ofiarami naszych instynktów morderczych padło pięć kaczek i... jeden szczupak, który nieostrożnie ukazał się na powierzchni wody. W domu zastałem drobną niespodziankę: w portret białej damy trafiły dwie zabłąkane kule karabinowe, które wpadły przez otwarte okno., ocalały więc szczęśliwie szyby, o które bardzo trudno. Od paru dni zaczęli mi dokuczać Austriacy: co rano i po południu ostrzeliwali sztab pociskami różnych kalibrów, przysłali nawet parę dwunastocalowych prezentów; jeden zarył się pod fundamentem mego pokoju i na szczęście nie eksplodował, gdyby nastąpił wybuch, rozniósłby on całe skrzydło domowe. Straty mieliśmy małe, zginęło trzech żołnierzy i kilka koni.

Postanowiłem się odwdzięczyć. Obserwacja ustaliła, że o czternastej godzinie zjeżdża sporo jeźdźców do kompleksu budynków w pobliżu Poczajowa: przypuszczalnie mieściło się tam kasyno oficerskie. Na tę odległość nie mogła moja artyleria strzelać ze swych stałych stanowisk, kazałem więć przenieść potajemnie w nocy do okopów frontowych dwie haubice i zamaskować je starannie. Nazajutrz przyjechali o zwykłej godzinie panowie Austriacy, prawdopodobnie na obiad, a wtedy zagrały moje haubice z dobrym skutkiem; jeden z domów zapalił się po kilku minutach, a prawie jednocześnie widzieliśmy odjeżdżających w przyspieszonym tempie kilkunastu jezdnych. Obserwowałem cały epizod, siedząc na dachu swego domu, z pewna przyjemnością. Rewanż byłskuteczny, od tego dnia przestano mnie niepokoić.

Źródła: E. de Henning-Michaelis "Burza Dziejowa" t. 2. Ścieżka dostępu Biblioteka Narodowa.



Autor artykułu : gen. E. Henning-Michaelis




© Copyright Leonard Hajduk

Design www.bambynek.com